Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Uciekinier [2006] Kazimierz Piechowski.Ucieczka z Auschwitz Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29152 Przeczytał: 326 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:48, 26 Sie 2016 Powrót do góry

Uciekinier [2006] Kazimierz Piechowski.Ucieczka z Auschwitz

Film opowiada o nieprawdopodobnej historii Kazimierza Piechowskiego - jedynego żyjącego organizatora i uczestnika najbardziej brawurowej i spektakularnej ucieczki z Auschwitz 20 czerwca 1942 roku. Wraz z trzema kolegami stworzył fikcyjny plan ucieczki, który miał zapobiec rozstrzelaniu pozostałych w obozie współwięźniów. Do owego planu należała kradzież mundurów SS, broni i auta wicekomendanta. Autor dokumentu Marek Tomasz Pawłowski przedstawił nam również życie Piechowskiego po ucieczce, choćby przynależność do AK (w szeregach której walczył do końca wojny), za którą został skazany na 10 lat więzienia (odsiedział 7). Wśród tych tragicznych wydarzeń znalazło się miejsce na ukazanie szczęścia, jakie spotkało naszego bohatera. Jest nim realizacja jego życiowej pasji - podróży.

https://www.youtube.com/watch?v=AsnhlFPnHgs
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29152 Przeczytał: 326 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 12:10, 11 Lis 2016 Powrót do góry

UCIEC PRZEZNACZENIU - rozmowa z Kazimierzem Piechowskim, więźniem numer 918, uciekinierem z niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, Kustoszem Pamięci Narodowej.

Image

Do Auschwitz przywieziono Pana w wagonie bydlęcym 20 czerwca 1940 roku. Jakie było Pana pierwsze wrażenie?

Szok. Zazgrzytały hamulce, zaczęło się piekło. Wyskakiwać. Raus, verfluchte Polen. Z obu stron stali esesmani, bili czym się dało. Pomagali im kapo. Nikt z nas nie rozumiał dlaczego, nie wiedział, o co chodzi i gdzie jest. Kiedy dostaliśmy pasiaki i numery, wszystko się wyjaśniło.

Pierwszym zadaniem do wykonania było zbudowanie obozu, w którym mieliście ginąć…

Początkowo na tym terenie, poza nazwą Auschwitz, nie było prawie niczego – dwa, trzy bloki po naszym wojsku. Budowaliśmy baraki, kilometry drutów kolczastych, ulice. Straszna harówka. Nadchodziły kolejne transporty więźniów, a my nie mogliśmy nadążyć budować coraz więcej i więcej baraków, bloków, a zatem zabijanie było rozwiązaniem tego problemu. Więzień znaczył mniej niż gruda ziemi.

Jak wyglądał obozowy poranek?

Od rana były przekleństwa i bicie, po to, by jak najprędzej uporać się z układaniem sienników pod ścianą. Potem chochelka kawy – tak to nazywali, ale diabeł wie, co to było – i to było wszystko. Jeśli więzień miał tyle silnej woli, żeby z kolacji zostawić część pajdki chleba na śniadanie, to miał nadzieję wrócić po pracy do obozu żywy. A przecież kolacja była bardzo skromna - tylko 25, czasem 15 deka chleba, łyżka margaryny lub marmolady. Zdarzały się, choć nieczęsto, kradzieże chleba. Było to najbardziej podłe przestępstwo w obozie. Winny był zabijany przez współtowarzyszy. Kiedy informacja o tym się rozeszła, kradzieże chleba ustały. Potem pędzono nas na apel, a po nim padała komenda: Arbeitskommando formieren! – wymarsz do pracy!

Za kradzież zupy z kotła Niemcy ukarali Pana godziną słupka.

Kapo Johann Siegruth powiesił mnie za związane łańcuchem do tyłu ręce na haku wbitym w słup podpierający więźbę dachową. Starałem się choćby czubkiem palca u nogi dotknąć podłogi, by choć trochę ulżyć cierpieniu. Z początku czułem w przegubach płonącą pochodnię, potem miliony biegających i gryzących mrówek. Z nosa i brody kapał pot. Opadłem z sił. Po zdjęciu udało mi się jakoś wstać, ale ręce nie nadawały się do pracy. Szczęśliwie kapo w komandzie to zauważył i pozwolił przez trzy dni symulować pracę.

1 marca 1941 roku obóz odwiedził Heinrich Himmler. Czy był Pan świadkiem tego wydarzenia?

Tak. Kuchnia zaserwowała gulasz – prawdziwy! Przygotowano blok pokazowy liczący około pięciuset więźniów. Na bloku były sienniki, prześcieradła i kołdry. Wszyscy dostali nowe pasiaki i buty, byli ogoleni. Czerwony Krzyż ze Szwajcarii zapisał: jedzenie dobre, noclegi dobre, praca trudna, ale możliwa. I to poszło w świat. Himmler przeszedł tam i z powrotem przed nowo ubranymi. Poklepał Rudolfa Hössa i odszedł. Powiedziałbym, że była to komedia w dwóch aktach.


Image

Czy poznał Pan ojca Maksymiliana Kolbe?

Tak, i długo będę to spotkanie pamiętał. W niedzielę Niemcy pozwalali na spacery na Birkenallee. Zmierzałem w kierunku Bloku Śmierci, z przeciwnej strony szedł ojciec Kolbe. Patrzył przed siebie w ziemię, jak zawsze zamyślony, przygarbiony, ręka w rękaw, okulary w drucianej oprawie. – Co tam u Ciebie? – zapytał. – Nie ma się czym chwalić. Wszystkim nie jest tu dobrze – odparłem. – Wiem, ciężką masz pracę? – Ciężką, bo nie mogę dostać pracy pod dachem, tylko ciągle pod gołym niebem, a to różnie bywa. – To niedobrze. Ale to może się zmienić. Wszystko jest możliwe. - Położył mi rękę na ramieniu i powiedział: - Nadzieja, tylko nadzieja. - Rozeszliśmy się. Kiedy dostałem pracę w magazynie, przypomniałem sobie tę rozmowę.

Był Pan obecny na apelu, na którym ojciec Kolbe zgłosił się na śmierć za Franciszka Gajowniczka.

Zastępca komendanta Karl Fritzsch lubił przyjmować nowe transporty. Mówił do więźniów: „Tu nie jest sanatorium, tylko obóz koncentracyjny. Tu trzeba pracować i tylko pracować, a jeżeli komuś taka głupota przyjdzie do głowy i zechce uciekać, to niech wie, że jeżeli ucieknie z komanda pracy, to dziesięciu za niego z komanda pracy pójdzie na śmierć. Jak ucieknie z bloku czy z baraku, to za niego z bloku lub z baraku dziesięciu pójdzie na śmierć. Taka jest prawda i tak będziemy postępować”. Zdarzyła się ucieczka więźnia z bloku 19, na którym był ojciec Kolbe i ja. Trzeba było wybrać dziesięciu. Do apelu stawaliśmy zawsze dziesiątkami, w dziesięciu rzędach. Łatwiej było policzyć. Na końcu leżały trupy – wszystko musiało się zgadzać. Fritzsch miał pejcz i buty z cholewami. Szedł przed pierwszym szeregiem i wskazywał. Esesmani wyciągali więźnia. Raus! – wyciągali następnego. Pięć kroków naprzód, drugi rząd, trzeci rząd… To był chyba czwarty rząd. Esesmani wyprowadzili więźnia, a on krzyknął na całe gardło: „Matko Boska, moje dzieci!” Rozpacz. Zobaczyłem, jak ojciec Kolbe, wyprostowany jak struna, szedł krok za krokiem, pomalutku w kierunku Fritzscha. Stanął przed nim. „Chcę iść na śmierć za tego więźnia” – powiedział. Konsternacja. Wariat? Każdy zębami trzyma się życia, a ten je oddaje. Fritzsch popatrzył i po chwili powiedział: „Niech on idzie, a tego dajcie z powrotem”. Ojciec Kolbe zginął śmiercią głodową, dobity zastrzykiem fenolu w piwnicy Bloku Śmierci.


Image

Czy był Pan świadkiem nieudanej ucieczki?

Tak. Schwytanego więźnia wyciągnięto z Bloku Śmierci, zawieszono mu na szelkach ogromny bęben, z tyłu tablicę z napisem Hurra, hurra, ich bin schon wieder da! (Hurra, hurra, znów tu jestem). Skazany walił w bęben, idąc obozowymi uliczkami, by zobaczyli go wszyscy więźniowie. Widzieliśmy w nim śmierć. Im bardziej zbliżał się do miejsca straceń, tym mniej intensywnie uderzał. Szedł coraz wolniej. Zdjęli z niego bęben. Esesman kopnął skrzyneczkę. Więzień zawisł. Niemcy zaaranżowali to jak na filmie.

Czy wśród obozowych kapo spotkał Pan osoby przychylne więźniom?

Tak. Otto Küsel, kapo nr 2. Nosił zielony winkiel, jak kryminalista, ale nie był mordercą, tylko kasiarzem i wykształconym człowiekiem. Uratował mi życie, kiedy wiedziałem, że staczam się dzień po dniu, nie mając już sił. Kiedy rano padło hasło do formowania komand pracy, zawołał, bym dołączył do wskazanego komanda. Dowiedziałem się od współwięźniów, że będziemy pracować w Hauptwirtschaftslager (HWL), magazynach, które zaopatrywały formacje SS od Wrocławia do Dniepropietrowska. Przed południem rozładowywaliśmy wagony, po południu ładowaliśmy ciężkie samochody. Harówka straszna, ale odkryło się przede mną niebo. Deszcz na mnie nie padał, nie brnąłem w śniegu lub błocie. Ta robota dawała nadzieję na przetrwanie.

Tam poznał Pan przyszłych towarzyszy ucieczki?

Tak. Pierwszy dostał się tam Ukrainiec, Gienek Bendera. Pracował w warsztatach jako mechanik samochodowy. Do pomocy dobrał zakonnika Józka Lemparta, przez co wyciągnął go z pracy pod gołym niebem. Do HWL dostał się również Staszek Jaster, który został windziarzem.


Image

Jak wyglądał plan ucieczki?

W maju 1942 roku przyszedł do mnie Gienek i ze smutkiem powiedział, że nasi w Politische Abteilung, obozowym gestapo, powiedzieli mu, że jest na liście do gazu. Byłem w szoku. To był jedyny kolega, na którego liczyłem. Zapytał, czy sądzę, że można stąd uciec. Ciągle mówił o swoim synu Ryśku, którego chciałby zobaczyć. Wiedziałem, że ucieczka z obozu centralnego była absolutnie niemożliwa i nie chciałem z nim o tym rozmawiać. Drążył mnie przez trzy dni. Wiedział, że znam niemiecki. W końcu się zgodziłem. Bendera powiedział, że może skombinować samochód. Dowiedziałem się, gdzie w magazynach jest składnica mundurów. Gienek dorobił klucz do garaży i miał przygotować samochód. Moim zadaniem było zostawić niezabezpieczony właz do kotłowni w dniu ucieczki, byśmy mieli dostęp do magazynu. Nie mogliśmy tylko przewidzieć tego, co stanie się na ostatnim szlabanie. Postanowiliśmy uciekać w sobotę, gdyż tylko wtedy esesmani w magazynach pracowali do godziny 12 i wyjeżdżali mit seine Fräulein – jakbyśmy to dziś powiedzieli - na weekend.

Ucieczka oznaczała represje wobec pozostałych w obozie więźniów. Co zamierzaliście zrobić, aby do nich nie doszło?

To był majstersztyk: mając w pamięci słowa Fritzscha, wpadliśmy na pomysł, że musimy stworzyć fałszywe komando pracy. Jeśli ucieknie – nie będzie kogo ukarać. Na terenie obozu wszelki transport odbywał się zaprzęgiem ludzkim. Było wiele tzw. Rollwagenkommando, a najmniejsze musiało być czteroosobowe. Gienek zwerbował Józka, ja zaś szukałem chętnego do naszej ucieczki między znajomymi harcerzami, do których miałem zaufanie. Alek Kiprowski z Tczewa i Zbyszek Damasiewicz odmówili. Zgodził się dopiero Staszek Jaster.

Nadszedł 20 czerwca 1942 roku…

…Rano wyszliśmy zwyczajnie z naszym komandem do pracy. Korzystając z okazji usunąłem śrubę uniemożliwiającą otwarcie włazu w kotłowni. O dwunastej kapo wprowadził nas z powrotem do obozu, co zostało odnotowane w księdze przy bramie Arbeit macht frei. Na strychu niedokończonego bloku powtórzyliśmy plan ucieczki. We czterech podjechaliśmy rolwagą pod bramę Arbeit macht frei, ja z żółtą opaską vorarbeitera (brygadzisty). Melduję: „Rollwagenkommando, Vorarbeiter 918 i trzech więźniów”. Mimo ogolonych głów ze strachu włosy stały nam dęba. Szczęśliwie frajer esesman nie sprawdził w księdze, czy nasze komando istnieje. Przepuścił nas.

Image

Doszliśmy do garażu. Gienek został, a my weszliśmy do magazynu i zaopatrzyliśmy się w mundury i broń. Założyłem mundur Untersturmführera, a nie sierżanta, jak podała Danuta Czech w Kalendarzu wydarzeń w KL Auschwitz. Na nasz znak Gienek podjechał pod magazyn. Zdjął więźniarską czapkę i przepisowo się zameldował. Dostrzegł go strażnik z wieżyczki, ale nie zareagował - byłem już w mundurze SS. Gienek wszedł do budynku. Przebrał się. Koledzy w tym czasie załadowali broń do bagażnika auta. Za pierwszym zakrętem zasalutował nam esesman. – Widzisz Kazek, wszystko gra – uśmiechnął się Gienek. Jechaliśmy dalej. Nareszcie widzimy szlaban. Z lewej stolik, przy nim esesman, z prawej buda ze strażnikiem. Obaj uzbrojeni. Mamy do nich jakieś dwieście metrów. Szlaban na dole. Jeszcze się nie przejmujemy. Sto metrów. Szlaban na dole. Nie wiem, jak koledzy, ale ja się bardzo zdenerwowałem. Pięćdziesiąt metrów. Szlaban na dole. Dwadzieścia metrów. Szlaban ciągle na dole. Gienek redukuje na jedynkę, podjeżdża. Stanął. Esesmani nadal nie podnoszą szlabanu. Wtedy, muszę przyznać, popełniłem błąd. Na parę sekund uwierzyłem, że to koniec naszej eskapady. Umówiliśmy się, że w razie niepowodzenia na terenie obozu nie walczymy, ale likwidujemy samych siebie. Na chwilę poszybowałem myślami do mamy, na pożegnanie. W decydującym momencie nawaliłem! Ale jednak się udało. Poczułem mocne uderzenie w kark i za prawym uchem syczący głos siedzącego za mną zakonnika: - Kazek, zrób coś!. - Ocknąłem się. Otworzyłem drzwiczki samochodu i wypuściłem w kierunku strażnika wojskową wiązankę. Nie wystarczyło. Wyskoczyłem z samochodu, energicznie oparłem dłoń na kaburze. Podskoczył do korby. Szlaban w górze. Na to tylko czekaliśmy. Salutują nam. Wyjeżdżamy…

więcej tu:

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29152 Przeczytał: 326 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 12:24, 11 Lis 2016 Powrót do góry

70. rocznica wyzwolenia Auschwitz
"Podjechaliśmy pod rampę, za którą była wolność. Ja wyciągnąłem pistolet"


- Nazywam się Kazimierz Piechowski. Mam 95 lat. Jestem harcerzem orlim i przeżyłem to straszne piekło - zaczyna swoją przejmującą opowieść więzień, który uciekł z Auschwitz.

(tymi słowami zaczyna się 10 minutowy filmik, który warto obejrzeć i posłuchać)

(...)

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)