Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Wywiad z historykiem dr Dariuszem Ratajczakiem - już śp.+++ Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 18:03, 26 Sty 2009 Powrót do góry

Wywiad z historykiem dr Dariuszem Ratajczakiem

Wywiad w Radio Rodzina - Wrocław, A.D. 2003

Janusz Telejko: Dzisiejszym gościem w Radio Rodzina jest dr Dariusz Ratajczak. Serdecznie witam, szczęść Boże.

Dariusz Ratajczak: Szczęść Boże.

J. Telejko: Panie Dariuszu, czy historyk może świadomie mówić nieprawdę?

D. Ratajczak: Nie, absolutnie nie może. Jest to rzecz nie do zaakceptowania. Głównym celem działalności historyka jest zbliżanie się do prawdy, poszukiwanie prawdy. W istocie prawda jest jedynym przyjacielem historyka. Owszem, historyk może błądzić, może popełniać błędy i często tak się dzieje. Powiem szczerze: ja prawdopodobnie też bardzo często nie mam racji, popełniam błędy - cóż, jestem tylko człowiekiem - zawsze jednak pragnę zbliżać się do prawdy. Historyk i prawda to powinno być jedno. Historyk powinien być skażony prawdą, skażony dążeniem do prawdy. Historyk świadomie podający nieprawdę jest w istocie propagandystą. Niestety, zjawisko to obserwujemy również w dzisiejszych "demokratycznych czasach". Oczywiście nie tylko w Polsce, ale niech ona będzie podstawą naszej rozmowy, zgodnie z maksymą: "bliższa koszula ciału..." Dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, iż ciągle - uwaga ta odnosi się przede wszystkim do "trzeciorzeczpospolitowych" historyków zajmujących się dziejami najnowszymi - historia przesiąknięta jest polityką. Podejrzewam nawet, że nadal pełni ona rolę nauki pomocniczej polityki, że, mówiąc wprost, zależna jest od bieżących interesów warstw rządzących. I to jest rzecz godna ubolewania, gdyż podobno żyjemy w wolnym Kraju. W jakiś sposób ma to związek z tą straszliwą socjalistyczno-postępową cenzurą (nazwijmy ją polityczną poprawnością), która zastąpiła po 1989 r. cenzurę realnego socjalizmu, komunizmu, marksizmu, czy jak go tam zwał. Po 1989 roku wielu historyków wpadło z "komunistycznego deszczu" pod "politycznie poprawną rynnę", ale to jest też cenzura. Inna sprawa, że przyszło im to z łatwością. Kłamali za "komuny", kłamią i teraz. To są ludzie o mentalności, nikogo nie obrażając, kelnera. Ja to nazywam dosadniej: " kundlizm". Oczywiście funkcjonują tylko dlatego, że po 1989 r. nie przeprowadzono zdrowej weryfikacji na wyższych uczelniach. A zresztą - gdzie ją tak naprawdę przeprowadzono?!

J. Telejko: Teraz wróćmy do historii dr Dariusza Ratajczaka, bo to też jest historia; był Pan znanym i lubianym wykładowcą na Uniwersytecie Opolskim.

D. Ratajczak: ...byłem. Tak, byłem.

J. Telejko: ...wybitnym naukowcem i znawcą Kresów Wschodnich, a obecnie pracuje Pan jako stróż nocny - dlaczego?

D. Ratajczak: Z bardzo prostego powodu - w 1999 roku opublikowałem publicystyczną książeczkę pt. "Tematy niebezpieczne". W książce tej w jednym z podrozdziałów poruszyłem sprawę tzw. rewizjonizmu holokaustu, przytoczyłem tezy głoszone przez rewizjonistów holokaustu bez mojego komentarza autorskiego... i to się pewnym gremiom nie spodobało...

J. Telejko: Panie Dariuszu, kim są rewizjoniści holokaustu?

D. Ratajczak: Rewizjoniści holokaustu są środowiskiem złożonym z naukowców , dziennikarzy, publicystów. Przede wszystkim to prawdziwie międzynarodowe grono uważa, że żydowski holokaust nie był wydarzeniem wyjątkowym w XX wieku, że ten straszliwy XX wiek, który na szczęście skończył się, dotykał także tragediami inne nacje, inne narody: a więc Polaków, Cyganów, Japończyków, Ormian, Rosjan, Ukraińców itd. Dlatego twierdzą, że właściwie żadna nacja, żaden naród nie ma monopolu na cierpienie, w tym ciężko doświadczony podczas ostatniej wojny naród żydowski. Tymczasem dzieje się tak, że niektóre środowiska żydowskie chcą wmówić światu, że holokaust był jakby osią martyrologiczną XX wieku. Co więcej, osią martyrologiczną historii całego świata. Oczywiście tą podstawową rewizjonistyczną tezę uzupełniają inne poglądy. Na przykład taki, że podczas II wojny światowej nie zginęło 6 mln Żydów, tylko mniej. Ta teza jest o tyle do obrony, że jeszcze 15 - 16 lat temu twierdzono, że w straszliwej mordowni hitlerowskiej w Auschwitz - Birkenau zginęło 4 - 4,5 mln ludzi. Dzisiaj oficjalnie władze Muzeum Oświęcimskiego twierdzą, że milion, milion sto... No więc mamy w tym jednym przypadku różnicę trzech milionów. To są rzeczy, które trzeba badać i sprawdzać. Na tym polega praca historyka. Tymczasem możni tego świata twierdzą, iż "prawdy uświęcone" dyskusji nie podlegają. Czy na tym polega wolność badań naukowych? Czy nie nazwiemy tego cenzurą? A ja po prostu mówię: dajcie spokój historykom, zapewnijcie historii autonomię. Dajcie jej żyć. Właśnie - dajcie jej żyć. Czy żądam zbyt wiele?

J. Telejko: Kogo dotknęła i obraziła Pana publikacja "Tematy niebezpieczne"?

D. Ratajczak: Widzi Pan, to jest właśnie bardzo dziwne - chyba najmniej samych Żydów, dlatego, że głosów "anty-ratajczakowskich" w wydaniu środowisk ściśle żydowskich było stosunkowo mało i pojawiły się nieco później. Co więcej, chciałbym wymienić z nazwiska jednego polskiego Żyda, pana Jana Stopczyka- człowiek ten przeżył Auschwitz - który bardzo mocno mnie bronił. Wysłał nawet stosowny list na ręce opolskiej prokuratury z uwagą: "cenię Ratajczaka za odwagę, nie zamykajcie ust młodemu pokoleniu". Natomiast "centralą" walczącą z moją skromną osobą była forpoczta "postępu" w Polsce - "Gazeta Wyborcza", która całą sprawę nagłośniła i w ciągu 24 godzin ze znanego w Opolu i - tak jak Pan powiedział - lubianego wykładowcy stałem się banitą, czy ściganym infamusem. W ciągu kilkunastu godzin zostałem zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego, a potem, po neostalinowskim wewnętrznym śledztwie, wyrzucono mnie z uczelni. I oczywiście założono przeciwko mnie sprawę sądową, która ciągnęła się miesiącami.

J. Telejko: ...wiem, że się skończyła już ta sprawa. Jaki był werdykt sądu?

D. Ratajczak: Sprawa zaczęła się w 1999 roku a zakończyła w 2001. Ostatecznie warunkowo umorzono ją ze względu na niską szkodliwość społeczną. Ja wprawdzie w sądzie cały czas tłumaczyłem, że przecież nie wyrażałem własnego zdania co do tez głoszonych przez rewizjonistów holokaustu, podkreślałem, że jedynie referowałem problem (a to wolno mi było robić), chciałem także powołać stosownych ekspertów w osobach pp. profesorów Rainy i Bendera, ale sąd pozostawał niewzruszony. Uznał, że sam jest władny określić, czy referowałem poglądy, czy też się z nimi zgadzałem. Widzi Pan, od samego początku sprawa była "szyta grubymi nićmi"... Nie miałem zbyt wielkich szans, bo proszę zdać sobie sprawę z jednej rzeczy : jednostka wobec systemu jest niczym, tak samo, jak błogo śpiący na ulicy człowiek wobec walca kierowanego przez szaleńca. Mogę powiedzieć tak: zachowałem twarz, walczyłem o nią, ale na wyrok uniewinniający w 100% oczywiście nie miałem szans. Raz jeszcze powtórzę: sprawa była od samego początku "kręcona z góry", szły dyrektywy z ministerstwa sprawiedliwości, że trzeba szybko "tego Ratajczaka załatwić". Jeżeli bowiem nie zrobimy tego teraz, za chwilę pojawią się następni, którzy zaczną drążyć "bardzo niebezpieczny temat" . Mój Boże, czegóż to "nasze elity" nie wypisywały w tamtych czasach o mnie. Wysyłano mnie do zakładów psychiatrycznych, twierdzono, że moja sprawa może wpłynąć na stosunki polsko-żydowskie. Istna paranoja, "dom wariatów". Taki to był cyrk i takie występujące w nim małpy. Doprawdy żyjemy w ciekawych czasach. I "ciekawi" ludzie nami rządzą.

J. Telejko: Panie Dariuszu, czy ukazały się już po Pana książce inne publikacje na ten temat, polskich autorów, czy naukowców ?

D. Ratajczak: Nie. Owszem, były artykuły, a raczej stosowne fragmenty, opisujące mój przypadek, natomiast takie publikacje ukazały się wcześniej.

Do roku 1999 publikował na ten temat pan Tomasz Gabiś w jego periodyku "Stańczyk", ale, jak mówię, do roku 1999, bo proszę pamiętać, że wtedy to wszedł w życie artykuł 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej ,w którym jednoznacznie stwierdzono, iż tych rzeczy nie można pod groźbą kary więzienia poruszać. Po prostu nie można - i już. To oczywiście cenzura. Ja, jako historyk nie mogę się z tym zgodzić. Chociażby dlatego, że cenzura to grób dla historii. Jakież to upokorzenie dla historyka: ktoś decyduje za niego, czym ma się zajmować, wyznacza granice badań...

J. Telejko: Panie Doktorze, kilka słów o Pana rodzinnym domu, Pana karierze, pasjach?

D. Ratajczak: Urodziłem się w Opolu w roku 1962, z tym, że jak większość mieszkańców tego miasta nie jestem autochtonem, czyli Ślązakiem. Ojciec pochodzi z Wielkopolski, ze Śremu, śp. moja mama z Chodorowa w byłym województwie lwowskim, czyli łączę w sobie tradycję wielkopolską z wpływami wschodnio-galicyjskimi, kresowymi. Pochodzę z patriotycznego domu; ojciec jest synem Powstańca Wielkopolskiego. Dziadek Michał uczestniczył również jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Kampanię zakończył w miejscowości Głębokie na Wileńszczyźnie. Natomiast w czasie I wojny światowej walczył pod kajzerem Wilhelmem. Brał udział w rzezi pod Verdun. Ja zawsze Bogu dziękuję, że pochodzę z normalnego polskiego domu nieskażonego jakimiś miazmatami lewicowości, marksizmu, czy innymi niemiłymi zdrowemu rozsądkowi rzeczami.

To jest bardzo ważne, gdyż to kim jesteśmy w 80% zależy od wychowania rodzinnego. Może dlatego jestem przerażony tym, co się obecnie dzieje z młodym pokoleniem. Otóż młode pokolenie opuszcza rodzinny dom bez świadomości bycia Polakiem. W konsekwencji tak często otaczają nas dzisiaj ludzie, o których można tylko powiedzieć: "polskojęzyczny tłum". To jest przykre. Natomiast, jeśli chodzi o moje pasje... Historia jest moją pasją numer jeden, mam takie nawet szczególne hobby, a mianowicie dzieje klanów szkockich. Temat piękny, romantyczny i... bezpieczny. Poza tym lubię geografię polityczną oraz sport. Szczególnie piłkę nożną. Boleję, że w polskim futbolu na razie jest tak, jak jest. Ale to, co już przeżyłem, to przeżyłem. Myślę o mistrzostwach świata w piłce nożnej w 1974 i 1982 roku - tej radości nikt mi już nie odbierze.

J. Telejko: Jak Pan widzi swoją przyszłość naukową, Panie Doktorze? Sąd w zasadzie Pana uniewinnił, ale w opinii naukowców, historyków ciągle Pan jest oskarżany i "trędowaty". Jest Pan "persona non grata" na każdej wyższej uczelni.

D. Ratajczak: Zgadza się. 20 października tego roku - czyli dosłownie za chwilę - kończy mi się okres karencji, bo zostałem zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego do 20 października 2003 roku. Już złożyłem stosowne aplikacje do różnych wyższych uczelni, tak państwowych, jak i prywatnych . Wszędzie odpowiedź jest jedna: nie! Oficjalnie brak miejsc, a nieoficjalnie, przy kawie, dowiaduję się: "Wie Pan, tak naprawdę, gdyby to od nas zależało, to dawno byśmy pana zatrudnili, ale nie chcemy mieć kłopotów". I to jest mocno podejrzane... co innego ludzie mówią prywatnie, a co innego oficjalnie. Kłopoty z odwagą cywilną, ot co! Ale faktem jest, że nie ma większych szans na zatrudnienie w instytucie naukowym, na uniwersytecie. Jestem realistą. Inna rzecz, że poglądów nie zmieniłem, do Canossy nie pójdę. A tego zapewne wymagałaby łaskawa zgoda na zatrudnienie mnie w instytucji związanej z wyuczonym przeze mnie zawodem.

***********

J. Telejko: Porozmawiajmy teraz o naszej rzeczywistości. Sytuacja, która jest obecnie w Polsce przypomina troszeczkę sytuację tuż po "rewolucji" - rząd swoje, społeczeństwo swoje i ta przepaść między rządem a społeczeństwem pogłębia się. Mnoży się korupcja, afery. Jak Pan, jako historyk, ocenia obecną sytuację w Polsce? Czy nastąpi jakiś przełom i społeczeństwo dokona dobrego wyboru?

D. Ratajczak: Myślę, że ten przełom w końcu nastąpi. W historii Polski od co najmniej 200 lat mamy kłopoty z elitami politycznymi zaczynając od epoki saskiej, a kończąc na SLD. To musi się kiedyś skończyć . Ludzie wielkie nadzieje wiązali z AWS-em, ale jak Pan doskonale pamięta "nasi" zdradzili, stali się "onymi". Wielkie nadzieje wiązano z SLD - znowu zdradzono naiwną masę. Społeczeństwo musi wreszcie jasno określić, czego i kogo chce. Musimy w końcu wybrać narodowe polskie elity - takie elity, które nas nigdy nie zawiodą. Ludzie nie są tacy głupi, jak się niektórym przedstawicielom elit politycznych wydaje. Jeżeli Polacy głosowali np. za Unią Europejską (ponad 70 %) i dzisiaj dowiadują się, że warunki naszej akcesji są fatalne, to po raz kolejny przekonują się, że pewni ludzie po prostu kłamią, więcej - kłamstwo jest organiczną cechą ich osobowości. Zatem jest wielka potrzeba, aby Polacy uświadomili sobie, że są w tym narodzie naprawdę ludzie porządni, którzy mogą tworzyć narodowe elity. Trzeba tylko tych ludzi odnaleźć, trzeba tych ludzi zgrupować i trzeba na nich zagłosować. Taki jest m.in. cel działalności Stowarzyszenia Forum Polskie, którego mam zaszczyt być członkiem.

J. Telejko: Czy społeczeństwo polskie pójdzie jeszcze do wyborów?

D. Ratajczak: Myślę, że tak - i do wyborów parlamentarnych w Polsce i do tych europejskich. Będzie głosowało chyba po raz pierwszy na ludzi, którzy dadzą temu społeczeństwu gwarancje, że o losach Polski będą decydować Polacy, to jest środowiska nie tylko mówiące, ale przede wszystkim czujące po polsku. Stoimy u progu walki o wszystko... o być albo nie być naszej Ojczyzny. Na szczęście coraz więcej Polaków zaczyna zdawać sobie z tego sprawę.

J. Telejko: Czy ta Europa, do której wchodzimy; w której będziemy uczestniczyć, nie chce nas "zakwalifikować" jako obywateli drugiej kategorii?

D. Ratajczak: Drugiej albo nawet i trzeciej kategorii, Panie Redaktorze. Co więcej, Unia Europejska jest unią ponadnarodową, jest próbą stworzenia jakiegoś mega-europejskiego państwa. Ludzie kierujący Unią Europejską w ogóle nie myślą w kategoriach narodowych. Ich ideałem jest beznarodowe społeczeństwo manipulowane przez "jaśnie oświecone kręgi" polityczno-ekonomicznych "macherów". UE jest próbą realizacji starego masońskiego marzenia o "superpaństwie". W takim układzie nie mówmy, że będzie się rozwijała polska kultura narodowa i że pozostaniemy Polakami. Unia Europejska w jej obecnym kształcie jest śmiertelnym wrogiem idei państwa narodowego, względnie skrytą pod uniwersalnymi hasłami formą realizacji starych państwowo-narodowych celów Niemiec. I tak źle, i tak niedobrze. Dlatego naszą powinnością jest albo przekształcić ją w luźną konfederację państw narodowych, albo, jeżeli okaże się to niewykonalne, z tej Unii wystąpić z wielkim hukiem.

J. Telejko: Pana plany naukowe i autorskie - co Pan zamierza w najbliższym czasie opublikować? Może jakieś "tematy niebezpieczne"?

D. Ratajczak: W jakiś sposób tak. Tu jedna uwaga: historyk co rusz napotyka na tematy nie opracowane - nierzadko "niebezpieczne". To nie jest tak, że Ratajczak znajduje "tematy niebezpieczne". One po prostu są, one człowieka otaczają, a lata komunizmu, i nawet lata III Rzeczypospolitej, którą ja nazywam "PRL-em Bis", spowodowały, że tych tematów jest coraz więcej.

Powracając do Pana pytania... Zamierzam w najbliższym czasie wydać książkę poświęconą represjom komunistycznym czy stalinowskim na Opolszczyźnie, czyli w moim regionie, w latach 1945-55. Właściwie tekst już jest gotowy - 600 stron - i prawdopodobnie będę musiał go trochę skrócić, bo jak Pan doskonale wie współczesne oficyny nie chcą wydawać takich opasłych tomów. Teraz obowiązuje inna moda: krótko i na temat. Ale książka, od razu mówię, będzie bardzo ciekawa.

J. Telejko: Panie Doktorze, na Opolszczyźnie dużo ostatnio się mówi o mniejszości narodowej, o tworzeniu odrębnego państwa śląskiego - w zasadzie tworzy się taki mit, że Śląsk chce się oderwać od Polski. Dlatego ci, którzy przyszli na Śląsk tak, jak Pana rodzice ze Lwowa, zaczynają się tego Śląska bać.

D. Ratajczak: Tak, zaczynają się bać i mają powody, żeby się bać. Nie załatwiono kwestii własnościowych. To tykająca bomba zegarowa w obliczu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Proszę pamiętać, że prawo unijne będzie miało większą wagę od polskiego, czyli krajowego. Niemcy bezwzględnie wykorzystają tą sytuację, upomną się "o swoje". To jest poważne państwo, oni wiedzą, co robią... Jeżeli ktoś myśli, że zachodni sąsiedzi Polski zapomnieli o byłych ziemiach niemieckich na wschód od Odry - żyje w krainie latających niedźwiedzi. Jeśli chodzi o Śląsk i Ślązaków... Zawsze uważałem, że Śląsk jest polski - to jest rzecz bezdyskusyjna. Nie ma Polski bez Śląska. Polska bez Śląska jest krajem nawet już nie drugorzędnym, ale czwartorzędnym.

Nie ma oczywiście czegoś takiego, jak "narodowość śląska" - jest to wymysł kilku spryciarzy zgrupowanych wokół pana Gorzelika i to jest oczywiście typowa, w istocie proniemiecka dywersja. Ci faceci napisali już nawet książkę o historii "narodu śląskiego". Zachodzę w głowę, jak można napisać książkę o czymś, czego nigdy nie było?! Na Opolszczyźnie istnieje mniejszość niemiecka - ja nie odbieram tym ludziom prawa do tego aby czuli się Niemcami, ale trzeba znać pewne proporcje... Nie można na przykład twierdzić, że Ślązacy są etniczną częścią narodu niemieckiego, a Śląsk polsko-niemieckim "landem". Zresztą zdecydowaną większość mieszkańców Opolszczyzny stanowią Polacy. Żyją wśród nas również Ślązacy o polskiej orientacji narodowej. Tych ludzi spotkała wielka niesprawiedliwość. Po 1945 r. byli prześladowani przez komunistów, wielu z nich wyjechało do Niemiec, ale ja do dnia dzisiejszego znam polsko-śląskie rodziny mieszkające pod Opolem, które dumne są z tego, że ich dziadkowie, czy pradziadowie walczyli w Powstaniu Śląskim po stronie polskiej. Oczywiście wielu opolskim Ślązakom zamącili w głowie liderzy niemieckiej mniejszości w rodzaju Heinricha Krolla. To są niebezpieczni ludzie, wilki w owczej skórze. Mają pieniądze, cieszą się poparciem ze strony bogatego "Vaterlandu" Jest to potencjalnie piąta kolumna. Na szczęście zauważam, że szeregi mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie rzedną. Chyba jest szansa, aby ponownie przyciągnąć śląskie masy do polskości. Trzeba to robić delikatnie szanując śląskie odrębności regionalne, śląską gwarę (naprawdę urokliwą), zwyczaje itd. Jedno jest wszak pewne: nie ma Polski bez Śląska. Generał de Gaulle miał rację. Najbardziej polskim z polskich miast jest... Zabrze! Dodam: i Opole... i Opole, historyczna stolica polskiego Górnego Śląska!

J. Telejko: Z "niepokornym" doktorem Dariuszem Ratajczakiem, historykiem, człowiekiem, który napisał książkę, która "poruszyła" całą Polskę, a obecnie jest nocnym stróżem, rozmawiałem dzisiaj w Radiu Rodzina.

Serdecznie dziękuje za przybycie do studia i za rozmowę.

D. Ratajczak: Dziękuję. Szczęść Boże.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Nie 11:04, 29 Sie 2010, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 9:07, 29 Sty 2009 Powrót do góry

Z powyższego wywiadu można się dowiedzieć kim jest Pan Dariusz Ratajczak.

Na stronie [link widoczny dla zalogowanych] jest w zakładce po lewej stronie autor - Dariusz Ratajczak.

Image

[link widoczny dla zalogowanych]

Można wyczytać wiele ciekawych artykułów, wypowiedzi, można swoje poglądy postawić w świetle poglądów innych, zweryfikować, ubogacić...

[link widoczny dla zalogowanych]

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Śro 21:29, 14 Maj 2014, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 8:32, 05 Maj 2010 Powrót do góry

W temacie Holokaustu jest tu sporo napisane, wystarczy na stronie forum w "szukaj" wpisać hasło "holokaust" a otworzy sie kilka stron. Nie za bardzo wiedziałam gdzie dać poniższy artykuł, dałam go tu, do wywiadu z polskim historykiem.

Ujawniono kolejnego fałszerza historii, odwołano spotkania z “ocalałym z Holokaustu”

“Publiczne spotkanie w Wausau mężczyzny, który podawał się za ocalałego z Auschwitz, zostało odwołane po tym jak członkowie jego rodziny podważyli prawdziwość podawanej przez niego historii." – pisze w lakonicznym komunikacie lokalna gazeta wydawana w stanie Wisconsin.

Mieszkający w miejscowości Manitowoc Gunther Skaletz “często prowadził prelekcje w szkołach, kościołach i innych organizacjach w Wausau, twierdząc w swojej książce, że został zesłany do nazistowskiego obozu Auschwitz, stamtąd zwolniony, wcielony do armii niemieckiej i zmuszony do walki przeciwko Sowietom, którzy następnie pojmali go i wysłali do rosyjskiego obozu pracy, z którego później uciekł.”

Gunther Skaletz, który miał wystąpić na kilku spotkaniach w dniach 3, 4 i 5 maja br. w szkole średniej Wausau East High School z pogadanką dla młodzieży, należy do powiększającej się grupy żydowskich i nieżydowskich fałszerzy, którzy korzystając ze społecznej aury nadawanej tzw. ocalałym z Holokaustu, piszą książki, jeżdżą z pogadankami, występują w radio, telewizji i opowiadają najczęściej zmyślone historie o czasach wojny i swoim w niej udziale. Ich działalność jest nagłaśniana przez Przemysł Holokaustu, który nie interesując się prawdziwym przebiegiem II Wojny Światowej, dąży do całkowitej kontroli nad debatą historyczną i do jej ideologizacji, oraz do czerpania różnego rodzaju korzyści, w tym roszczeń finansowych.

Za: [link widoczny dla zalogowanych]
Źródło: [link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 8:40, 17 Cze 2010 Powrót do góry

Teresa napisał:
Wywiad z historykiem dr Dariuszem Ratajczakiem

Wywiad w Radio Rodzina - Wrocław, A.D. 2003

Ze smutkiem Sad trzeba napisać, że juz ś.p. dr Dariusz Ratajczak. Jak poinformowała wczoraj [link widoczny dla zalogowanych]

Zidentyfikowano ciało mężczyzny znalezione w samochodzie na parkingu przy Karolince

To dr Dariusz Ratajczak, były pracownik Uniwersytetu Opolskiego, osądzony jako “kłamca oświęcimski” . Zidentyfikował go jeden z członków rodziny.

Ratajczak (48 l.) był doktorem historii, jedynym w Polsce skazanym za "kłamstwo oświęcimskie".

Znajdujące się [link widoczny dla zalogowanych] renault kangoo, który prawdopodobnie od 28 maja stał na parkingu pod “Karolinką”.

O tym, że w samochodzie znaleziono zwłoki dra Ratajczaka, nieoficjalnie mówiono już w sobotę, prawdopodobnie na podstawie leżącego we wnętrzu pojazdu umowy jego kupna sprzed trzech tygodni.

Ratajczak - w opinii jednego z jego bliskich kolegów - miał kupić wóz po to, by jechać nim do Holandii.

Miał tam pracować jako tłumacz w jednej z firm zajmującej się handlem kwiatami. Mówił, że to praca dobrze płatna, dzięki której wreszcie stanie finansowo na nogi. Wcześniej pracował w Norwegii i Anglii na zmywakach.

Na razie nie wiadomo, co było przyczyną śmierci Ratajczaka. Sekcja zwłok zaplanowana została na czwartek.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 9:20, 17 Cze 2010 Powrót do góry

Może dla większego poznania czy zrozumienia pewnych spraw, zamieszczę jeszcze jeden wywiad z Tygodnika Polskiego:

Wojna “Imperium Zła” z ludzkością trwa już od co najmniej 100 lat. Jest to wojna informacyjna.

Dariusz Ratajczak – Prawda Ponad Wszystko.


Zbyszek Koreywo: Panie Dariuszu, gdzie i kiedy urodził się dzisiejszy doktor historii, D. Ratajczak?

Dariusz Ratajczak: Urodziłem się w Opolu 28 listopada 1962 roku, ale, podobnie jak znakomita większość mieszkańców tego miasta, nie jestem rodowitym Ślązakiem.

ZK: Kim byli Pana rodzice? Czym się zajmowali?

DR: Mój ojciec, Cyryl Ratajczak(rocznik 1928) pochodzi z Wielkopolski . Zresztą nazwisko Ratajczak jest charakterystyczne dla tego regionu Polski. Ojciec- syn Powstańca Wielkopolskiego i wielkopolskiego ochotnika w wojnie polsko- bolszewickiej, Michała Ratajczaka- urodził się w Śremie (40 km na południe od Poznania). Dziadek Michał, urzędnik miejscowej Kasy Chorych i lokalny działacz partyjny (od 1937r.należał do chadeckiego Stronnictwa Pracy) , zapewnił Ojcu i jego braciom dobre, dostatnie dzieciństwo. To była solidna, pracowita, drobnomieszczańska wielkopolska rodzina. W 1940 roku Ojciec, wtedy 12-letni chłopiec , został wywieziony przez Niemców na tzw. roboty. Właściwie przez całą wojnę pracował u niemieckich bauerów. Po powrocie do Śremu wraz z Ojcem włączył się w działalność Polskiego Stronnictwa Ludowego, co okupił miesięcznym aresztem w roku 1947. Siedział zresztą w jednej celi ze swoim Ojcem. Rok później, pod zmienionym imieniem (Cyryla zastąpił Antoni) rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Poznańskiego. Po ich zakończeniu i aplikacji przybył do Opola, gdzie podjął pracę w Zespole Adwokackim. Ojciec- dzisiaj na emeryturze- był obrońcą wybitnym, o uznanej renomie w środowisku adwokackim Kraju. Bronił m.in. jednego z braci Kowalczyków oskarżonych o wysadzenie auli WSP (Wyższa Szkoła Pedagogiczna) w Opolu. Występował w procesach politycznych stanu wojennego. Udzielał się również na niwie sportowej; był sędzią piłkarskim.

Nieżyjąca już Matka Alina (z domu Czuchryj) pochodziła z kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Urodziła się w Chodorowie (wschodni kraniec województwa lwowskiego) w rodzinie "nafciarskiej". Jej Ojciec, a mój dziadek, Stanisław Czuchryj, do wybuchu wojny pracował w Borysławiu w "Polminie"- czysto polskim przedsiębiorstwie naftowym. To go uratowało przed wywózką na Syberię. Rosjanie nie byli na tyle głupi, aby pozbywać się fachowca w branży. Po wojnie rodzina Matki- śladem setek tysięcy Polaków- przybyła na ziemie zachodnie. Tutaj Matka poznała Ojca, czego efektem jestem ja i moja siostra.

Historyczne doświadczenia mojej rodziny, tak po mieczu, jak i po kądzieli, niewątpliwie wpłynęły na moje zainteresowanie historią. Byłem jednak w uprzywilejowanej sytuacji, gdyż mogłem czerpać wiadomości od przedstawicieli dwóch różnych tradycji: wielkopolskiej i kresowej. Ta ostatnia początkowo bardziej przemawiała mi do wyobraźni, a to dzięki Matce, która uświadomiła mi, że nasze kresy Rosjanie nam ukradli. Dla mnie, 8-9 letniego chłopca był to niesamowity wstrząs, tym bardziej, że w szkole podstawowej pani nauczycielka utwierdzała nas w przekonaniu, że ZSRR to nasz największy przyjaciel. Poza tym dziadek i babcia ciągle powtarzali mi , że na wschodzie ziemia była urodzajna, pomidory wielkości małej dyni... i to do dziecka przemawiało. Ja po prostu zacząłem nie znosić tych, którzy nam te pomidory ukradli. A nielubienie Sowietów automatycznie przerzuciło się na krajowych komunistów. Miałem również to szczęście, że Ojciec często zabierał mnie na sprawy sądowe w okresie wakacyjnym. Jeździłem sobie z nim samochodem po całym kraju, a on opowiadał mi o dziadku Michale, wojnie bolszewickiej, swoim uwięzieniu. Właściwie od początku byłem stracony dla Polski Ludowej. Nie wstąpiłem ani do harcerstwa , ani do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

Idąc do liceum w Opolu wiedziałem już, że interesuje mnie przede wszystkim historia. Byłem bezwzględnie najlepszym historykiem i geografem w mojej klasie, uczestniczyłem jako jeden z dwóch przedstawicieli woj. opolskiego w Centralnej Olimpiadzie Historycznej w Warszawie. To umożliwiło mi dostanie się na studia bez egzaminów wstępnych. Wybrałem Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, raz, że chciałem zrobić przyjemność Ojcu, dwa, iż moi opolscy koledzy wybierali pobliski Wrocław. A ja nie chciałem studiować na uniwerku oznaczonym kryptonimem: BB. Niestety, nie chodziło o Brigitte Bardot, tylko Bolesława Bieruta.

Tamtej decyzji nie żałuję. Miałem naprawdę świetnych profesorów i kapitalnych kolegów. Niewątpliwie zahartowały nas i scaliły strajki studenckie z listopada- grudnia 1981 roku. My- nieopierzeni studenci zaczynamy studia, a tu masz- od razu strajk. No i tak strajkowaliśmy do 13 grudnia, aż nas ZOMO [Zmilitaryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej] (zresztą grzecznie) poprosiło o opuszczenie gmachu. Później ostra nauka, nielegalny przewóz i kolportaż książek, bujne życie towarzyskie, powrót do Opola i praca - od 1988 r.- na opolskiej wyższej uczelni.

ZK: Gdzie się sieje ziarna prawdy historycznej? I czy, Pana zdaniem, szeroko rozumiane społeczeństwo, może funkcjonować bez znajomości przeszłości?

Tak jak już nadmieniłem, historia otaczała mnie od zawsze. Myślę, że jednak najważniejsze jest środowisko rodzinne, w którym człowiek kształtuje swój kościec moralny, patriotyczny, a częściowo i ideologiczny. Dziękuję Bogu, że wychowałem się w zwyczajnym, polskim domu. Dzisiaj nie jest to już tak oczywiste. Obecnie większość młodych ludzi opuszcza dom rodzinny bez bagażu przeszłości, bez opowiadań dziadków i rodziców o czasach minionych. A jeżeli już- to są to bajdurzenia typu:" za Gierka to było dobrze". Dzieła zniszczenia dopełniają szkoły na wszystkich szczeblach nauczania. Wprawdzie nie ma już tam skretyniałych marksistów, ale "godnie" zastępują ich pusto-głowi politycznie poprawni idioci, których zresztą pełno tak w Polsce, jak i Australii. Głupota jak widać kontynentów nie wybiera. To oni, ci historycy od siedmiu boleści, wykańczają historię, która w ich wydaniu przestaje być nosicielką prawdy, mistrzynią życia, powodem narodowej dumy. To oni czynią celowo z historii służebnicę bieżących interesów politycznych, równie nędznych moralnie i intelektualnie elit rządzących, to oni wreszcie decydują o tym, jaki fakt czy osobę historyczną wyeksponować, a jaką zamilczeć na śmierć. Oczywiście wszystko to robią pod kątem bieżącej przydatności politycznej. To dlatego młodzi ludzie nic nie wiedzą o Dmowskim (bo to ultra patriota, a my zmierzamy do postmasońskiej hybrydy pod nazwą Unia Europejska), Witosie (bo bronił polskiej ziemi, a w Unii Europejskiej można ją przekazywać w obce ręce), Powstaniach Śląskich (bo to polski nacjonalizm, a Górny Śląsk powinien być miejscem współpracy polsko- niemieckiej) , poznańskim Czerwcu 1956 r. (bo nie było tam Jacka Kuronia et consortes, tylko władza strzelała do anonimowych Polaków), sprawie zabójstwa Bogdana Piaseckiego (bo mordu dokonali Żydzi, a o tym nie wypada mówić), et cetera. W zamian odmienia się przez wszystkie przypadki pogrom kielecki, wydarzenia marcowe i gehennę trockistów z KOR-u, a nad wszystkim czuwa ponadto "holocaust- industry" wmawiający ustami nauczycieli młodym ludziom nasze rzekome przewiny względem Żydów. Wszędzie półprawdy, kłamstwa, propaganda. I nie jest to bynajmniej szaleństwo, a metoda prowadząca do destrukcji świadomości historycznej, do odcięcia się od prawdziwie polskiej spuścizny historycznej, bez której naród istnieć nie może. Naród to przecież przeszłe, teraźniejsze i przyszłe pokolenia. Jeżeli rozbijemy pierwszy element tej triady- wszystko traci sens. A do tego prowadzi świadomie wybiórcza "twórczość" polit-poprawnych poprawiaczy historii.

ZK: Panie Dariuszu, jakie były okoliczności pierwszego kontaktu z historią niebezpieczną, niosącą zagrożenie osobiste?

Przede wszystkim muszę wyjaśnić, że jestem historykiem i publicystą historycznym zajmującym się głównie najnowszymi dziejami Polski, a zatem bardzo często natrafiam na historie, czy też tematy niebezpieczne. Tyle tylko, że to nie ja je wymyślam i to nie ja oceniam, czy są one niebezpieczne, czy też nie. Decyduje o tym niestety polityka, "społeczne zapotrzebowanie", obowiązujący trend, kurs itd. Moja niereformowalność polega natomiast na tym, że w odróżnieniu od innych, kompletnie nie interesują mnie owe trendy i mody. Jeżeli jest niezbadany fakt historyczny- badam go niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy też nie. Jeżeli jest problem, który przynajmniej wymaga zreferowania lub przybliżenia - referuję i przybliżam. Bez względu na to, czy mnie oskarżą np. o złamanie obowiązującego prawa. Dlatego też jestem rzeczywiście łatwym celem ataków. Taki już los człowieka nie przejmującego się cenzurą (kiedyś komunistyczną, dziś polit-poprawną) . Mój Boże, nie po to zostałem historykiem, aby pisać między wierszami.

Odpowiadając jednak bezpośrednio na Pana pytanie... Otóż w 1986 r. obroniłem w Poznaniu pracę magisterską "Polacy na Wileńszczyźnie 1939-1944" (później wydałem ją- po uzupełnieniach- w formie książkowej). Jeden z jej rozdziałów traktował o walkach wileńskich i nowogródzkich oddziałów AK z partyzantką sowiecką. Promotor mojej pracy, nieżyjący już prof. Jerzy Ochmański, znany lituanista (uczeń wielkiego Henryka Łowiańskiego), ale i " betonowy komunista" zasiadający w komisjach weryfikacyjnych w stanie wojennym, gdy go przeczytał, poczerwieniał i wywalił mnie za drzwi z adnotacją: "zmienić, bo nici z magistra". Przychodzę po tygodniu i słyszę od progu:

- "Zmienił pan?".

- " Tak- zmieniłem".

Dowcip polegał na tym, że zmiana polegała na dopisaniu zdania, iż to oddziały sowieckie inspirowały starcia z AK. Ochmański uwierzył mi na słowo, do tekstu już nie zajrzał.

ZK: A zatem jaka powinna być rola historyka? Co jest warunkiem sine qua non praktykowania historii?

DR: Historyk ma jedną podstawową rolę do spełnienia. Jest nią dotarcie do prawdy (podkreślenie moje). Prawda jest w istocie jedynym przyjacielem historyka. Historyk winien wiedzieć, że prawda nie ma odcieni; prawda jest zawsze jasna i jedna. Dążąc do prawdy, powinien unikać jak ognia podpowiedzi "życzliwych", typu: "każdy medal ma dwie strony, "złoty środek", " w ramach kompromisu" itd., bowiem prowadzą one na manowce, zbliżają do kłamstwa. Po ustaleniu prawdy- i tu dotykamy drugiej roli historyka- badacz powinien, bez względu na konsekwencje, podzielić się nią z innymi. Prawda bowiem musi mieć wymiar nie tylko indywidualny, ale i społeczny. Pisanie do szuflady, szczególnie w czasach, gdy zewsząd atakuje nas kłamstwo, nie ma najmniejszego sensu. Szkoda czasu i atłasu.

Druga część Pana pytania dotyczy w moim przekonaniu również cech, które winny charakteryzować historyka, gdyż warunek sine qua non praktykowania historii, czyli wolność słowa, jest już dawnym wspomnieniem. Zastąpiła ją polityczna poprawność, to jest soc-liberalna cenzura albo- jak to ktoś ładnie ujął- "tyrania dobrych intencji". Zatem w dzisiejszych, ponurych czasach warunkiem sine qua non praktykowania historii jest sam historyk: prawdomówny, niezależny, odporny na ciosy , wreszcie po prostu odważny. Tak, dożyliśmy czasów, w których- żartobliwie mówiąc (ale to gorzki żart)- historyk powinien być skrzyżowaniem intelektualisty z bokserem.

ZK: A gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęły się pierwsze kłopoty - czy była to uczelnia czy też działo się to na początku poza murami uniwersytetu. Czy i kto wywierał na Pana pierwsze naciski.

Odpowiedź na Pana pytanie wymaga przytoczenia wielu szczegółów, włącznie z podaniem nazwisk moich "szanownych prześladowców" .Nie mam nic przeciwko temu, aby dyspozycyjność, kłamstwo i- nie waham się użyć tego słowa- zwykłe chamstwo, tak typowe dla naszych elit politycznych oraz wielu pracowników nauki, ujrzało światło dzienne.

Gdy w roku 1988 podjąłem pracę na opolskiej uczelni (wtedy nosiła ona nazwę: Wyższa Szkoła Pedagogiczna im. Powstańców Śląskich (w roku 1994 WSP stała się Uniwersytetem Opolskim, ale już bez "Powstańców Śląskich", co było ukłonem w stronę rosnącej w siłę tzw. mniejszości niemieckiej na Śląsku Opolskim), zastałem tam sytuację, którą określiłbym słowem: transformacja. Polegała ona na tym, że opolscy profesorowie, docenci itd. właśnie zrzucali swe komunistyczno- PZPR-owskie szaty, chowali do szuflad co bardziej kompromitujące płody dotychczasowej twórczości (te wszystkie książki ku czci Rewolucji Październikowej), by przeistoczyć się w "szczerych" demokratów. Oni autentycznie bali się, że za chwilę nastąpi jakaś gigantyczna lustracja, która pozbawi ich wysokich stanowisk. Uspokoił ich dopiero premier Mazowiecki i jego "gruba kreska". Może dlatego też wielu z nich upodobało sobie później Unię Wolności. Od "czerwonego" do "różowego" tylko krok.

Ja w tym okresie byłem wprost zawalony pracą dydaktyczną. Prowadziłem zajęcia z najnowszej historii Polski i Europy na kilku kierunkach (również dla studentów wieczorowych), a poza tym uruchomiłem "Koło Historyczne", które raz w tygodniu grupowało studentów zajmujących się "wywabianiem białych plam w historii". Katyń, ZSRR a Powstanie Warszawskie, "Akcja Burza" na Kresach Wschodnich, Narodowe Siły Zbrojne, podziemie niepodległościowe po 1944 r.- m.in. te tematy znalazły się w polu naszych zainteresowań. Wprawdzie działo się to wszystko jeszcze przed finałem "Okrągłego Stołu", tj. w warunkach obowiązującej cenzury, ale- jak już powiedziałem- uczelniana "wierchuszka" nie była na tyle głupia, by nie czuć "wiatru zmian" i w konsekwencji zostawiono nas w spokoju.

W I połowie lat 90-tych miałem już ugruntowaną pozycję na uczelni. Nie chwaląc się, podczas moich wykładów i ćwiczeń sala zawsze była pełna. Przyjemnie było słyszeć od studentów, że jestem uważany za rzetelnego historyka, świetnego mówcę ( to akurat nie moja zasługa, a genów odziedziczonych po Ojcu- adwokacie) oraz człowieka, który nie boi się podejmować tematów niebezpiecznych z punktu widzenia politycznej poprawności; poprawności wlewającej się zrazu niepostrzeżenie, a później na podobieństwo wodospadu w uczelniane mury. A ja rzeczywiście występowałem przeciwko niej z otwartą przyłbicą, czując intuicyjnie, iż oto stoimy wobec niebezpieczeństwa zastąpienia cenzury komunistycznej jej soc-liberalną odpowiedniczką. Co więcej, uważałem, że efektem zwycięskiej inwazji polit-poprawności będzie niewolnicze podporządkowanie historii jako nauki- polityce. Na to nie było i nie ma mojej zgody.

Opracowałem sobie wtedy zestaw "tematów niepoprawnych", które realizowałem na zajęciach ze studentami. Pozwoli Pan, iż wymienię kilka zaledwie przykładów: "Zagłodź szczura, czyli o amerykańskim feminizmie krytycznie”, "Masoneria wczoraj i dziś";

“Hitleryzm i komunizm- wspólne korzenie"; "Czy kolonializm zasługuje na bezwzględne potępienie?", "Historia Algierii francuskiej", itd. itp.

To się studentom bardzo podobało, ale z drugiej strony coraz częściej byłem wzywany na tzw. dywanik do dyrektora Instytutu Historii, prof. Stanisława S. Nicieji (prywatnie promotora mojej pracy doktorskiej, a później wszechwładnego Rektora Uniwersytetu Opolskiego), który mówił mniej więcej tak: "Ja Panu nic nie narzucam, ma Pan świetne oceny okresowe, my Pana wiedzę cenimy, ale czy naprawdę musi Pan tak szarżować? Ja wiem, Pan to robi w oparciu o źródła, ale niech Pan nie idzie pod prąd, bo to się może źle skończyć". Szczerze mówiąc nie słuchałem uważnie profesora, chociaż był to wybitny specjalista od "chodzenia z prądem", co udowodnił kilka lat później skazując mnie bez wahania "na pożarcie" podczas zorganizowanej odgórnie akcji wykańczania dr Ratajczaka.

Te "przyjacielskie" pogawędki przy kawie nie były jednak początkiem prawdziwych kłopotów. Nie był nim nawet fakt obrony przeze mnie pracy doktorskiej: "Postawy ludności Śląska Opolskiego w świetle wyroków Wojskowych Sądów Rejonowych w latach 1945-1955".Tu krótkie wyjaśnienie. Praca ta- pomimo neutralnego tytułu- była w istocie 500- stronicowym przeglądem represji komunistycznych na Opolszczyźnie w pierwszym dziesięcioleciu 'Polski Ludowej". Jej "niewygodność" polegała na tym, że z nazwiska wymieniałem sędziów, prokuratorów, pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, milicjantów i donosicieli, którzy odpowiadali za mniejsze i większe zbrodnie tamtego okresu. Zdarzało się, że w przypisach padały nazwiska tatusiów obecnych pracowników Uniwersytetu Opolskiego! Dlatego też jej obrona odbywała się przy drzwiach zamkniętych.

Początek prawdziwych kłopotów wiąże się oczywiście z wydaniem przeze mnie w marcu 1999r. publicystycznej książeczki " Tematy niebezpieczne". Nim przejdę do następstw tej publikacji, pozwoli Pan, że raz jeszcze poczynię kilka uwag wstępnych.

Otóż podczas wykładów niejednokrotnie poruszałem tzw. wątek żydowski. Było to jak najbardziej zasadne, szczególnie w kontekście najnowszych dziejów Polski. Jeżeli np. mówiłem o funkcjach, strukturze i składzie osobowym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czyli ponurej ubecji, nadmieniałem, że w instytucji tej istniała nadreprezentacja osobników pochodzenia żydowskiego, szczególnie na szczeblach decyzyjnych. Jeżeli poruszałem sprawę potwornego zabójstwa syna Bolesława Piaseckiego, mówiłem w zgodzie z prawdą, iż wszelkie ślady mordu prowadzą do Izraela. Jeżeli wreszcie omawiałem stosunek większości Żydów do kwestii odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. i ich postawy w latach wojny polsko-bolszewickiej oraz po sowieckiej inwazji z 17 września 1939 r.- twierdziłem, iż nie byli oni bynajmniej wzorem patriotycznych cnót. To denerwowało uczelnianych bonzów. Skończyło się wreszcie na tym, że pod jakimś pozorem ograniczono mi w 1998r. zajęcia z najnowszej historii Polski, "przenosząc" do wieku XIX. Nie na wiele to się zdało, gdyż żydowskich ubeków zawsze mogli zastąpić równie antypolscy "Żydzi-litwacy".

Mimo wszystko było to dla mnie o tyle bolesne, że, po pierwsze, swoje wykłady opierałem zawsze na źródłach, a po drugie, wątek żydowski nie stanowił centrum moich historycznych zainteresowań. Traktowałem go na równi z innymi problemami. Oczywiście wiele było tu z mojej strony krytycyzmu, ale właśnie ta cecha immanentnie związana jest z wykonywanym przeze mnie zawodem. W każdym razie nikt oficjalnie nie zarzucał mi osławionego antysemityzmu.

Podobnie rzecz się miała z kilkoma wykładami poświęconymi rewizjonizmowi holokaustu, które wygłosiłem w murach uczelni na przełomie 1997/1998 r. Władze uczelni coś tam mruczały pod nosem, natomiast studenci... walili na nie drzwiami i oknami, gdyż po raz pierwszy chyba w dziejach polskiego uniwersytetu ktoś obiektywnie zreferował poglądy środowiska, które jest społeczną i historyczną rzeczywistością. Środowiska- dodajmy- które składa się również z Żydów.

Zresztą po tych wykładach wielu studentów domagało się ode mnie w kuluarach jasnego ustosunkowania się do tez głoszonych przez rewizjonistów. Odpowiadałem wtedy niezmiennie: " Jeżeli rewizjoniści uważają, że nie istniały komory gazowe- mylą się. Jeżeli uważają, że podczas wojny nie zginęło 6 milionów Żydów- mają rację. Jeżeli twierdzą, że holokaust nie jest osią martyrologiczną XX wieku- mają rację. W przeciwnym bowiem razie pogardzalibyśmy ofiarami sowieckiego Archipelagu Gułag, ormiańskimi ofiarami polityki tureckiej z lat I wojny światowej, czy naszymi rodakami- ofiarami niemiecko-sowieckich bestialstw z lat 1939-1945. A co z biednymi Tutsi mordowanymi przez oszalałych członków plemienia Hutu?!. Czy ofiary dzielą się na lepsze i gorsze?"

Jak już nadmieniłem, na początku marca 1999r. wydałem własnym sumptem i w symbolicznym nakładzie 320 egzemplarzy książkę "Tematy niebezpieczne". Zrobiłem to, aby w publicystycznej formie utrwalić, zostawić ślad po niektórych moich uczelnianych wykładach. Jeden z jej podrozdziałów nosił tytuł " Rewizjonizm holokaustu". Przez miesiąc na uczelni nic się nie działo, chociaż pierwsze egzemplarze "Tematów..." przekazałem osobiście Rektorowi Nicieji i uczelnianej "górze". Nie omieszkałem również sporządzić stosownych, uprzejmych dedykacji. Po miesiącu, dokładnie 7 kwietnia, wzywa mnie do siebie... nie, nie Rektor, czy Dyrektor Instytutu Historii, ale jeden z redaktorów... "Gazety Wyborczej", który mówi mi z uśmieszkiem na twarzy, że za chwilę "wklepiemy Pana w ziemię za tą książeczkę i jej podrozdzialik o holokauście".

No i zaczęło się. 8 kwietnia zbiera się w trybie natychmiastowym Rada Wydziału Pedagogiczno-Historycznego Uniwersytetu Opolskiego, która "spontanicznie" mnie potępia. Wyłamuje się tylko prof. Joanna Rostropowicz, która przytomnie zauważa: " nie mogę potępić Ratajczaka, bo tej książki nie czytałam. Odnoszę wrażenie, że nikt z obecnych jej nie przeczytał. Kim są, do cholery, ci rewizjoniści holokaustu?" Rostropowicz ma rację, ale co tam- kazali potępiać to potępiamy. Stalinizm zmartwychwstał w Opolu.

Jednocześnie "Gazeta Wyborcza" i inne lewicowe publikatory , Muzeum Oświęcimskie, Ambasada Izraela, "moralne autorytety" , niektórzy członkowie rządu Buzka oraz ludzie z otoczenia prezydenta Kwaśniewskiego (lewica i "prawica" w jednym szeregu)- rozpoczynają ostrą nagonkę. Dyrektor Muzeum w Oświęcimiu twierdzi, że jestem neonazistą, rzecznik Ambasady Izraela w Warszawie, Michał Sobelman, dziwi się , że "taki człowiek pracuje na polskim uniwersytecie" (jest to wyraźna sugestia by mnie "wyrzucić na zbitą twarz"), Władysław Bartoszewski wysyła mnie do zakładu psychiatrycznego itd. itp.

W tym samym czasie przestraszony Rektor Nicieja otrzymuje telefony od Very Important Persons z Ministerstwa Edukacji Narodowej, od "ludzi Szymona Wiesenthala" i kogo tam jeszcze z ostrzeżeniem: "jeżeli nie wyrzucicie tego Ratajczaka- uczelnia będzie bojkotowana i nie dostaniecie żadnych grantów". No i rektor zawiesza mnie w obowiązkach nauczyciela akademickiego. Cóż, to jest człowiek spolegliwy ,czuły na powiew wiatru historii (dzisiaj pełni zaszczytną funkcję senatora RP z ramienia SLD).

W kwietniu 1999 r. przeżywałem więc ciężkie chwile. Odwrócili się ode mnie strachliwi uczelniani koledzy (dochodziło do tego, że nie poznawali mnie na ulicy- i tak już zostało), opluto w mediach... Nie dość, że zawieszono mnie w wykonywaniu zawodu, to jeszcze uczelnia, na polecenie "góry", wytoczyła mi "proces", który trwał rok. To była jawna kpina ze sprawiedliwości. Na kolejnych rozprawach wygłaszałem 2- godzinne mowy na temat wolności słowa i prawa do wątpienia; ustosunkowywałem się do tez głoszonych przez rewizjonistów holokaustu, ale uczelniana inkwizycja rzadko udawała, że mnie słucha. Wyrok był gotowy: dyscyplinarne usunięcie z Uniwersytetu z zakazem pracy w zawodzie nauczycielskim na 3 lata. Miałem tylko tą satysfakcję, że intelektualnie wykończyłem "panów sędziów" (moralne dno i takaż wiedza prawna) oraz rzecznika dyscyplinarnego Uniwersytetu Opolskiego, prof. Wiesława Łukaszewskiego, który przez rok śledztwa nie potrafił przedstawić nawet jednego świadka oskarżenia. Gdy pokazałem Ojcu sporządzony przez niego akt oskarżenia w mojej sprawie- Ojciec stwierdził, że przy Łukaszewskim niejaki Andriej Wyszynskij (sowiecki prokurator, znany z wielu procesów pokazowych – przycz. mój) jawi się jako dobry prawnik. No ale Łukaszewski prywatnie jest... psychologiem, zaś skład sądu uczelnianego stanowili: chemik, historyk średniowiecza, jeszcze jeden psycholog oraz... ksiądz z Wydziału Teologicznego UO. Naprawdę, ciekawych teraz mamy księży...

Za to zbudowany byłem postawą moich studentów. Pisali petycje do Rektora i prasy w mojej obronie, strasznie przy tym ryzykując. Dwóch z nich od razu zawieszono w prawach studenta . Gdy się o tym dowiedziałem, zabroniłem im podobnych działań. Z dużą ulgą przyjąłem też moralne wsparcie ze strony wielu rodaków. Ludzie dzwonili do mnie bez przerwy, dodawali otuchy. Niezwykle aktywna była Polonia z USA i Kanady, która zasypała Uniwersytet e-mailami w mojej obronie. Kilka listów nadeszło również z Australii. Polacy intuicyjnie czuli, że na pojedynczego człowieka wali się potworna maszyneria politycznej poprawności, która działa na zasadzie walca drogowego. Ginąłem zatem w dobrym towarzystwie, uzupełnionym później przez odważnych naukowców (Mirosław Dakowski, Rafał Broda, Ryszard Bender, Peter Raina itd.), jak i równie odważnych redakcji niektórych gazet.

Byłbym szczęśliwym człowiekiem, gdybym w tym czasie walczył tylko z uczelniami tchórzami i ich rozkazodawcami. Ale gdzie tam! W maju 1999r. moją sprawą zajęła się prokuratura, która oskarżyła mnie o złamanie art. 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Artykuł ten- wzorem państw zachodnioeuropejskich i nie tylko - grozi karą do 3 lat więzienia za tzw. negowanie zbrodni nazistowskich. Ta ledwie skrywana cenzura, obowiązująca w Polsce od 1 stycznia 1999r., jest moim zdaniem grobem dla historiografii; kładzie bowiem tamę naukowemu wątpieniu, bez którego praca historyka nie ma sensu. Ustawodawca natomiast inspirowany przez "holocaust- industry" zdaje się mówić:" było tak i tak, spróbuj się wychylić, to cię wsadzimy do mamra".

Dobrze- odpowiadam- nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje zbrodni nazistowskich (na Żydach- bo o to w tej ściśle nacyjnej ustawie chodzi), ale niech mi nikt nie wmawia, że było tak jak chcą Panowie Gross, Wilkomirski i cały tabun kłamców pracujących dla "przemysłu holokaustu". W Australii też ich zresztą nie brakuje.

Rzecz jasna obiektem dociekań prokuratury i sądu (jestem już po dwóch wyrokach, ale końca sprawy nie widać; obecnie grozi mi 10 miesięcy więzienia) jest książka "Tematy niebezpieczne", czyli jej podrozdział "Rewizjonizm holokaustu". Moje tłumaczenia, że tylko referuję poglądy rewizjonistów- zdają się psu na budę. Podobnie moje próby wprowadzenia świadków obrony, ekspertów itd. Cóż, sąd wie najlepiej... Wychodzi na to, że dotknąłem czegoś, co wywołuje furię możnych tego świata. Logicznie bowiem rozumując- nie represjonuje się konsekwentnie, od 3 lat, człowieka, który zajmuje się nic nie znaczącymi głupstwami!

ZK: A w jaki sposób zaczynał pan karierę naukową?

DR: W roku 1986 , po ukończeniu studiów, powróciłem do Opola. Z marszu złożyłem papiery na Wyższą Szkołę Pedagogiczną. Moje aplikacje rozpatrywano...przez 2 lata. To był czas kwitnącej jeszcze komuny, a za mną podobno przyszły z Poznania jakieś papiery od wiadomej instytucji i tak trwałem w zawieszeniu. Może niezupełnie w zawieszeniu, gdyż w tzw. międzyczasie upomniało się o mnie "Ludowe Wojsko Polskie"- pełne jeszcze w tym czasie głupich "trepów" ścigających nas za krzyżyki wyłożone na mundurze lub wojskowym dresie.

Formalnie w lutym 1988r. zostałem asystentem w Instytucie Historii opolskiej wyższej uczelni. Dwa lata później opublikowałem swą pierwszą książkę "Polacy na Wileńszczyźnie 1939-1944". Cztery lata później opublikowałem kolejną pozycję: "Świadectwo księdza Wojaczka", której drugie wydanie- rozszerzone- ukazało się rok później. W 1994 r. rozpocząłem zbierać materiały do pracy doktorskiej poświęconej de facto zbrodniom stalinowskim na Opolszczyźnie. Obroniłem ją w czerwcu 1997 r., automatycznie awansując na stanowisko adiunkta w Instytucie Historii Uniwersytetu Opolskiego. Nieco wcześniej natomiast, w 1996r., wespół z dr Ryszardem Miążkiem napisałem książkę: "Krajowa Armia Podziemna 1949-1952".Od jesieni 1997 r. począłem gromadzić materiały do rozprawy habilitacyjnej poświęconej arcybiskupowi Bolesławowi Kominkowi. Prace te zostały przerwane z wiadomych względów. W kwietniu 1999r, po opublikowaniu książki "Tematy niebezpieczne", zawieszono mnie w prawach nauczyciela akademickiego, a następnie dyscyplinarnie zwolniono z Uniwersytetu Opolskiego z zakazem pracy w zawodzie nauczycielskim przez 3 lata. Po wyrzuceniu z pracy opublikowałem w 2001 r. książkę: "Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne" .W tym roku ukaże się jej rozszerzone wydanie oraz nowa pozycja mojego autorstwa: "Sprawa dr Dariusza Ratajczaka, czyli Uniwersytet za zamkniętymi drzwiami". Obecnie pracuję w charakterze stróża nocnego w Opolu.

ZK: Panie Dariuszu, czy zgodzi się Pan ze mną, że prostytucja moralna ma równie stare korzenie jak i ta fizyczna, cielesna? Innymi słowy zawsze byli ludzie, których sumienia można było kupić. Niemniej ostatnio, powiedzmy od zakończenia II Wojny Światowej, ilość moralnych prostytutek gwałtownie rośnie z każdym rokiem. Skąd, Pana zdaniem, bierze się ten fenomen? Co powoduje, że tak duża część światowej populacji zatraciła podstawy moralne, które tak mozolnie, od czasów Chrystusa, ludzkość budowała.

Wiem, że zadaję pytanie czysto filozoficzne ale być może głębokie zrozumienie historii pomoże Panu na nie odpowiedzieć.

DR: Poruszył Pan bardzo ciekawy temat. Prostytutka moralna jest “inteligentniejszą” siostrą sprzedajnej prostej dziewczyny ofiarowującej ciało na rogu ulicy. Obiektem jej zainteresowania nie jest ciało, a ludzkie sumienie. To jest jej właściwy obiekt pożądania. Oczywiście jeżeli trzeba- zaofiaruje również własne ciało (dlatego właśnie wykazuje zrozumienie i tolerancję dla wyuzdania seksualnego), ale będzie ono jedynie środkiem prowadzącym do celu. A tym jest kupienie i prostytucja sumienia.

Zawsze istnieli ludzie, których sumienia były do kupienia. Nierzadko zajmowali eksponowane stanowiska; decydowali o losie jednostek, grup społecznych i narodów. Uważam jednak, że przez setki lat to nie oni wyznaczali moralny bieg dziejów. Dlaczego? Otóż dlatego, że nawet ci antymoraliści czuli swoją ziemską marność, skończoność, czy niedoskonałość wynikającą z uświadomienia sobie faktu (najczęściej na łożu ostatecznej boleści, ale mniejsza o szczegóły) bycia śmiertelnym człowiekiem. Najgorszy drań czuł jednak respekt przed śmiercią, a konkretnie przed karą, która go spotka za życie unurzane w bagnie niegodziwości. U większości tych ludzi po prostu w pewnym momencie (jak już powiedziałem- najczęściej za późno) budziło się jednak sumienie. W każdym razie na pewno tak było od początku ery chrześcijańskiej. Strach przed Boską karą, trwoga przed wiecznym potępieniem łamały najtwardsze kanalie. Wreszcie w tamtych odległych czasach na dłuższą metę nie było społecznego przyzwolenia na amoralne postępowanie. To było charakterystyczne: ci prości, często niesłychanie prymitywni ludzie, niejednokrotnie ofiary obłędu będącego skutkiem głodu, wojen, morowego powietrza ( obłędu, który okresowo zamieniał ich nieomal w zwierzęta) w końcu powracali albo starali się powracać na tory moralności. Bo tak nakazywał Bóg, bo nie da się żyć długo wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy. Wina i wstyd ścieliły drogę porządkowi moralnemu. Prawda, niedoskonałemu, ale jednak porządkowi...

Sytuacja uległa zasadniczej zmianie w II połowie XVIII wieku. To wtedy właśnie w sposób zdecydowany zakwestionowano istnienie Boga. Stwórcę zastąpił człowiek- istota rzekomo mocarna, odpowiedzialna tylko przed sobą, wolna od wszystkich dotychczasowych ograniczeń; wolna od tradycyjnie pojętej moralności. Ten pogląd upowszechniany przez “ wybrańców”- to jest rodzącą się kastę intelektualistów- wydał zatrute owoce w postaci rewolucji francuskiej (dokładniej: rewolucji we Francji), rewolucji bolszewickiej, meksykańskiej itd. Nawet “rewolucja hitlerowska”, ograniczona nacyjnie, była jego zmutowanym dziecięciem.

Po II Wojnie Światowej, po fiasku eksperymentu bolszewicko-hitlerowskiego (dla “intelektualnych inkwizytorów” był on do pewnego momentu rodzajem “użytecznego durnia”) powrócono do źródła, czyli haseł głoszonych przez intelektualnych sprawców rewolucji we Francji. Wykorzystano przy tym na niespotykaną dotąd skalę “zdobycze współczesnej cywilizacji”- myślę oczywiście o mediach. Upowszechniane za ich pomocą hasła sprowadzały się w istocie do jednego: tradycyjna moralność nie istnieje, wszystko jest względne, zależy od punktu widzenia ; wszystko jest na sprzedaż- również “ śmieszne, zalatujące naftaliną” ludzkie sumienie. Publika, po 200 latach “wstępnej obróbki”, uległa tej propagandzie . Nie miała szans w starciu z potęgą dysponującą wyrafinowanymi środkami oddziaływania na człowieka. Co więcej, przyjęła ją za swoją, gdyż życie bez sumienia albo z “sumieniem obrotowym” jest bardzo wygodne: zwalnia od odpowiedzialności. Tak więc możni tego świata- prawdziwi następcy XVIII wiecznych osobistych nieprzyjaciół Pana Boga- posiłkując się hasłem pozornej, wybiórczej wolności (“nie ma wolności dla wrogów wolności”- to o nas, panie Zbigniewie), plotąc długi złoty łańcuch (sprowadziłbym go do dwóch kwestii: “intelektualni opresorzy” zapewniają maluczkim wygody życia codziennego, a w zamian żądają ścisłego respektowania stworzonego przez nich porządku), reinterpretując historię itd., itp., uczynili z ludzi bezwolne stado reagujące na podobieństwo “psów Pawłowa”. To jest System, w którym wolność polega na jej braku, tolerancja jest jej zaprzeczeniem, a bezmyślność zastępuje zdrowy rozsądek. To jest m.in. osławiona polityczna poprawność- strażnik interesów klas rządzących od Waszyngtonu przez Warszawę do Canberry. Tragedia polega na tym, że większość ludzi chce żyć w tej złotej klatce. Widać luksusowe wegetowanie ma swoje uroki.

Jestem mimo wszystko optymistą. To się prędzej czy później rozpadnie jak domek z kart. Nie można bez końca żyć w sztucznym, wymyślonym świecie. Ludzie przejrzą na oczy. Przemawia przeze mnie w tym miejscu nie tylko historyk, ale i osoba przekonana o sile Boskiego porządku rzeczy. Cóż, ja już tego pewnie nie dożyję, polegnę w walce z Systemem. Nie ma jednak wojny bez ofiar; ofiary są nawet konieczne. Szczególnie w słusznej sprawie.

ZK: Użył Pan sformułowania “Rewolucji Francuskiej a właściwie Rewolucji we Francji”. Czy zechciałby Pan wyjaśnić czytelnikom Tygodnika jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma określeniami?

DR: Rewolucja Francuska... Jakaż to obraza dla Francji. Przecież jej inspiratorami były międzynarodowe kręgi masonerii, które wybrały na pierwszą ofiarę właśnie Francję- kluczowy i najbogatszy kraj europejski. Dokładniej- głęboko wtajemniczone kręgi masońskie- “iluminaci”. Stąd rewolucja we Francji, gdyż z duchem Francji, z ideą “Wiecznej Francji” oraz Najstarszą Córą Kościoła nie miała ona wiele wspólnego. Prawdziwa Francja to Kapetyngowie i krwawiąca Wandea podczas bandyckiej rewolucji- nie zaś dobrane towarzystwo masonów i około-masonów mordujących ludzi w imię “postępu”, walki z religią itd.. Ale, tego nie zapominajmy, prawdziwa Francja to także Napoleon Bonaparte, który ukrócił to barbarzyństwo posługujące się hasłem: “dobro ludzkości” i poszedł w kierunku respektowania francuskiego interesu państwowo-narodowego.

Podobnie nie było rewolucji rosyjskiej. Był natomiast sponsorowany przez światowych globalistów i Niemców bolszewicki przewrót w Rosji. Jeżeli już- mówmy o rewolucji żydowskiej w Rosji, gdyż to Żydzi właśnie wypełnili szczeble decyzyjne bolszewickiej machiny rewolucyjnej. Bez determinacji małomiasteczkowego żydowskiego motłochu w Rosji, bolszewicy zostaliby wyrzuceni na śmietnik historii już w roku 1919. Tak nawiasem mówiąc, dzisiaj “holocaust-industry” podkreśla żydowskie cierpienia podczas II wojny światowej. Mam nieodparte wrażenie, że praktyka ta to parawan mający zasłaniać żydowski, całkiem spory, udział w zbrodniach komunizmu.

ZK: W świetle tego co Pan właśnie powiedział, czy nie boi się Pan posądzenia o antysemityzm? Wszak w czasie bolszewickiej rewolucji zapewne zginęła też jakaś ilość Żydów?

DR: W zawierusze rewolucyjnej ginęli i Żydzi, ale bynajmniej nie pozostaje to w sprzeczności z faktem, że w rozdmuchaniu tego piekła na ziemi i późniejszych działaniach represyjnych wobec Rosjan oraz innych nacji wielu z nich odgrywało istotną rolę. Jest charakterystyczne, że np. ówczesne raporty dyplomatów państw zachodnioeuropejskich z Rosji stwierdzają, delikatnie mówiąc, nadreprezentatywność przedstawicieli tej nacji w dobranym, to jest bandyckim towarzystwie bolszewików. Wystarczy poczytać “Białą Księgę” brytyjskiego Home Office z tamtego okresu, a dokładniej jej pierwsze wydanie, gdyż w następnym odpowiednie passusy poświęcone żydowskiemu zaangażowaniu w rewolucję wyparowały.

Oczywiście trudno tu mówić o winie wszystkich rosyjskich, ukraińskich itd. Żydów. Byłoby w końcu absurdem twierdzenie, że np. ludzie majętni albo liczni Żydzi- tradycjonaliści pałali miłością do bolszewików. Wielu z nich zresztą uciekło przed rewolucją do.... rzekomo antysemickiej Polski, gdzie potraktowano ich nad wyraz uprzejmie. Wkrótce otrzymali obywatelstwo Rzeczypospolitej, a ich zrewoltowane latorośle uzupełniły szeregi... Komunistycznej Partii Polski. Wdzięczność nie jest chyba nadmiernie rozbudowaną żydowską cechą narodową. Ale to tak na marginesie.

Raz jeszcze podkreślam: bez udziału po stronie bandyckiej rewolucji zbolszewizowanej żydowskiej biedoty oraz żydowskich młodzieńców paradujących z naganem zatkniętym za pasek w ramach osławionej “Czerezwyczajki”- bolszewicy mieliby nieliche kłopoty z utrzymaniem się u władzy.

Pyta Pan o osławiony antysemityzm... Cóż, zapewne nadal istnieją osobnicy, którzy uważają, że Żydzi odpowiadają za całe zło na tym padole łez. To już nawet nie są antysemici; to są wariaci. Podobnie istnieje całkiem sporo Żydów, którzy uważają tzw. gojów za podludzi, zwierzęta, “pegarim”, czy co tam jeszcze. Na wariatów nie ma rady- i tyle.

Współcześnie natomiast “antysemityzm” stał się rodzajem bezwzględnej , wyjątkowo brutalnej walki “establishmentu” z niezależnie myślącymi ludźmi ( żeby było śmieszniej- również z Żydami w rodzaju dr Israela Shahaka). Napiszesz, w zgodzie z prawdą, książkę czy artykuł o niemal rasistowskim charakterze Państwa Izrael- jesteś antysemitą; wytkniesz “błędy przeszłości” Simonowi Wiesenthalowi albo poskrobiesz p. Adama Michnika tudzież “Gazetę Wyborczą”- jesteś antysemitą; napiszesz kilka słów prawdy o tych wszystkich Wiesel`ach, Jerzych Kosińskich albo... kilku australijskich kłamczuchach- polakożercach żydowskiego pochodzenia- oczywiście jesteś antysemitą; powiesz, znowu zgodnie z prawdą, że Adam Mickiewicz nie miał żydowskich korzeni- czynisz tak boś antysemita. I tak dalej, dalej, dalej. Istna paranoja, czyli- powracamy niejako do źródła- ważny czynnik politycznej poprawności.

Tak, walka z rzekomym, zrodzonym w nienawistnych głowach antysemityzmem jest jednym z filarów “political correctness.” Przy tym owi “zawodowi filosemici” w kółko gadają o tolerancji, a tak naprawdę to prawdziwi antyintelektualni opresorzy albo nierzadko żydowscy szowiniści. To ludzie “zionący miłosierdziem”. Nie będę szczególnym odkrywcą, jeśli powtórzę za klasykami maksym, że współcześnie antysemitą nie jest ten, kto nie lubi Żydów, lecz ten, kogo Żydzi (oczywiście niektórzy, czyli wpływowi) nie lubią. Signum temporis.

ZK: Panie Dariuszu. Właśnie odbyła się kolejna rozprawa sądowa w Opolu, gdzie oskarżano Pana z paragrafu o tzw. “kłamstwo Oświęcimskie”. Jaki był jej epilog ?

DR: Po trzech latach Sąd Okręgowy w Opolu warunkowo umorzył postępowanie w mojej sprawie. Ja wprawdzie wnosiłem o pełne uniewinnienie, ale w dzisiejszych czasach, jak się Pan domyśla, jest to praktycznie niemożliwe. Myślę, że w zaistniałych warunkach osiągnąłem to, co było do osiągnięcia, tym bardziej, że prokurator twardo obstawał przy karze opiewającej na 10 miesięcy pobytu w więzieniu. Wyrok wyjątkowo źle przyjęła "Gazeta Wyborcza", która piórem Andrzeja Osęki ("GW", 8 czerwca 2002) smutna konstatowała, że w "takich sprawach" zapadają "tylko takie wyroki". Rozumiem ich smutek; w końcu to właśnie organ p. Michnika przypadek mój rozdmuchał do niebotycznych rozmiarów. Zgromadzona 7 czerwca br. na sali sądowej publiczność po ogłoszeniu wyroku, a wcześniej po wysłuchaniu mojej mowy obrończej, dawała mi w prywatnych rozmowach jasno do zrozumienia, że jedynym wyrokiem winno być uniewinnienie. To prawda, ale raz jeszcze podkreślam: sprawa od samego początku była "kręcona z góry" (w 1999r. przez minister sprawiedliwości- p. Hannę Suchocką), atakowały mnie bezpardonowo "moralne autorytety", głos zabierała Ambasada Izraela, Centrum Wiesenthala et cetera- a zatem opolski sąd i tak zachował się względnie odważnie. Zresztą dla atakujących wyrok sądowy był sprawą wtórną .Dla nich najważniejsze jest to, że tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak nie mają prawa nauczać polskiej młodzieży. Tu są niezwykle konsekwentni. W końcu nadal jestem portierem z niemal zerowymi szansami powrotu do wyuczonego i ukochanego zawodu.

ZK: Niech mi będzie wolno zrekapitulować Pana aktualną sytuację. Doktor historii, wybitny znawca Kresów z czasów wojny, kronikarz Armii Krajowej, uwielbiany przez studentów wykładowca Uniwersytetu Opolskiego, pracuje dziś jako nocny portier? I jakież to obowiązki ma Pan tam do wypełniania?

DR: Wie Pan, w kwietniu 1999 r., gdy rozpętano “aferę dr Ratajczaka”, podszedł do mnie znajomy i powiedział mniej więcej tak:

“ to , że wyrzucą Ciebie z pracy na uniwersytecie jest niczym. Wykończą Cię bracie finansowo. Nie dostaniesz nigdzie pracy, pójdziesz na żebry, będziesz zadżumiony, będziesz nikim; koledzy nie poznają Cię na ulicy; koledzy z którymi wczoraj piłeś piwo”. Miał rację. Z dnia na dzień zostałem na bruku, bez pieniędzy i bez przyjaciół. Wszędzie strach, oportunizm... Nie mogąc pracować w wyuczonym zawodzie, zacząłem się rozglądać za innymi zajęciami. Odbyłem wiele rozmów kontrolnych w firmach wydawniczych, oświatowych i turystycznych. Okazało się jednak, że moje wykształcenie, umiejętności, tytuł naukowy i znajomość j. angielskiego nie są ważne. Ważne jest to, że nazywam się Dariusz Ratajczak. “Ten Dariusz Ratajczak, który podpadł Żydom”. To wystarczało- wszędzie odmowa. W końcu udało mi się “złapać” pracę portiera w hurtowniach alkoholu, płyt paździerzowych etc. Cóż tam robię? Ano, dozoruję w nocy (między 18 a 6 rano) piechotą 8 hektarowy teren na skraju Opola (“tam gdzie diabeł mówi: Guten Nacht”), odganiam pijaczków złaknionych alkoholu (posługuję się sękatym kijem; niestety nie mam nawet na wyposażeniu damskiego “aerozolu z pieprzem”) , przeganiam lisy, kuny i szczury. . .

ZK: Bardzo proszę, niech Pan podzieli się z czytelnikami Tygodnika Polskiego informacją, jak udaje się Panu utrzymać rodzinę? Czy zarobki nocnego portiera wystarczają na wiązanie końca z końcem? Innymi słowy, czy pod koniec miesiąca Pana żona ma co włożyć dzieciom do garnka?

DR: Zarabiam miesięcznie na rękę 530 zł (ok. 140 dolarów amerykańskich), moja żona ok. 200 dolarów. W sumie więc jesteśmy finansowymi pariasami (łącznie nasze pensję ledwie dobijają do jednej średniej krajowej). Najbardziej przykre jest dla mnie to, że już chyba nigdy nie będzie mnie stać na należytą edukację moich dzieci. Mój syn nie pójdzie w naukowe ślady ojca. Raczej w te ostatnie - portierskie. Cóż, pieniądze szczęścia nie dają, ale jednak są potrzebne. Pozwoli Pan, że w tym miejscu podziękuję kilku Polonusom z USA, którzy latem 1999r. przekazali mi 500 dolarów amerykańskich “na życie” oraz p. Ryszardowi z Australii, który przekazał na moje ręce czek w wysokości 30 dolarów australijskich. Serdeczne Bóg Zapłać.

Spisał: Zbyszek Koreywo

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Śro 21:34, 14 Maj 2014, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 9:46, 17 Cze 2010 Powrót do góry

z powyższego wywiadu napisał:
Jak już nadmieniłem, na początku marca 1999r. wydałem własnym sumptem i w symbolicznym nakładzie 320 egzemplarzy książkę "Tematy niebezpieczne". Zrobiłem to, aby w publicystycznej formie utrwalić, zostawić ślad po niektórych moich uczelnianych wykładach. Jeden z jej podrozdziałów nosił tytuł " Rewizjonizm holokaustu". Przez miesiąc na uczelni nic się nie działo, chociaż pierwsze egzemplarze "Tematów..." przekazałem osobiście Rektorowi Nicieji i uczelnianej "górze". Nie omieszkałem również sporządzić stosownych, uprzejmych dedykacji. Po miesiącu, dokładnie 7 kwietnia, wzywa mnie do siebie... nie, nie Rektor, czy Dyrektor Instytutu Historii, ale jeden z redaktorów... "Gazety Wyborczej", który mówi mi z uśmieszkiem na twarzy, że za chwilę "wklepiemy Pana w ziemię za tą książeczkę i jej podrozdzialik o holokauście".

No cóż, taki tytuł:

[link widoczny dla zalogowanych]

– pojawił się na stronie gazeta.pl. Chociaż nawet dziecko wie, że o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale – to nie wiedzą tego "dziennikarze" G. Wyborczego. Szybko jednak zmienili zdanie, bo po ponad 150 komentarzach krytyki i oburzenia czytelników tytuł został zmieniony.

Ta sama gazeta w 1999 r. (powyżej w ostatnim wywiadzie dla Tygodnika Polskiego możemy przeczytać) nagłośniła temat wydania esejów historyczno-politycznych "Tematy niebezpieczne", przez które Dariusz Ratajczak został zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego na Uniwersytecie Opolskim, a następnie otrzymał zakaz wykonywania zawodu na 3 lata.

Co było takiego strasznego w owej publikacji? Autor przedstawił poglądy rewizjonistów historycznych dotyczące holokaustu (sic!). Był to zaledwie jeden rozdział całej książki. On sam wielokrotnie twierdził, że z tymi poglądami się nie zgadza. Mimo to Wyborcza ochrzciła dr Ratajczaka “kłamcą oświęcimskim” przez co on sam aż do śmierci nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie.

Pisał do prawicowych tytułów (Opcja na prawo, Najwyższy CZAS!, Myśl Polska) jako historyk i publicysta. Prowadził niezależne wykłady, wykładał w całej Polsce. Aby się utrzymać pracował przez pewien czas jako nocny stróż. Dawni przyjaciele omijali go z daleka..

Dobrze wspominali go studenci i w większości nie zgadzali się z tym co go spotkało. Pokój jego duszy.
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 10:04, 17 Cze 2010 Powrót do góry

Z powyższego wywiadu:

dr Dariusz Ratajczak napisał:
Jestem mimo wszystko optymistą. To się prędzej czy później rozpadnie jak domek z kart. Nie można bez końca żyć w sztucznym, wymyślonym świecie. Ludzie przejrzą na oczy. Przemawia przeze mnie w tym miejscu nie tylko historyk, ale i osoba przekonana o sile Boskiego porządku rzeczy. Cóż, ja już tego pewnie nie dożyję, polegnę w walce z Systemem. Nie ma jednak wojny bez ofiar; ofiary są nawet konieczne. Szczególnie w słusznej sprawie.

Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie, a Światłość wiekuista niechaj mu świeci. Przez nieskończone Milosierdzie Boże, niech odpoczywa w Pokoju wiecznym!

Tak! wcześniej czy później, sztuczny, zakłamany świat się rozpadnie, oby ludzie w porę przejrzeli na oczy, przekonali się i przyjęli siłę Boskiego porządku rzeczy. Czy poległ Pan z Systemem? Napewno nie! bo PRAWDA wcześniej czy później ukaże się w swoim świetle. "(...) ofiary są nawet konieczne. Szczególnie w słusznej sprawie." Tak! nie ma zwycięstwa bez ofiary!
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 10:53, 17 Cze 2010 Powrót do góry

Poniżej artykuł sprzed czterech lat:

Olszewski Mirosław: "Żydożerca szuka pracy" - Nowa Trybuna Opolska. – 2006, nr 151, 1 lipca 2006.
[link widoczny dla zalogowanych]
Dariusz Ratajczak, historyk oskarżony przed kilkoma laty o kłamstwa oświęcimskie

"Jestem byłym Ratajczakiem i chyba wszystkim jest z tym lepiej"

Żydożerca szuka pracy

Pójdę do Canossy, ukorzę się, ale gdzie drogowskaz? – pyta Dariusz Ratajczak, “kłamca oświęcimski”, rewizjonista Holocaustu wyrzucony z UO.

Siedzimy w ogródku piwnym obok opolskiego ratusza. Postarzeliśmy się. Siedem lat temu fotoreporterzy zdejmowali Ratajczaka od dołu. Świetnie wyglądał, gdy z wyciągniętą ręką perorował przed sądem, że wolność badawcza nie może być ograniczana przez sejmowe układy partyjne i prawa narzucane przez Wysoką Izbę. Mówił: – Każdy szanujący się historyk jest z natury rzeczy rewizjonistą. Bo zadaje sobie pytania: czy aby na pewno? Czy aby na pewno wyrżnięto tylu Ormian, ile się podaje? Czy aby na pewno Napoleon przegrał wskutek zdrady? Czy aby na pewno Pearl Harbour było dla prezydenta USA zaskoczeniem?

Ale sąd nie zajmował się dylematami Ratajczaka. Kierując się zapisanym w stanowionym przez Sejm prawie nakazem karania kłamców Holocaustu, Ratajczaka nie uniewinnił.

Dziś autor przyznaje:

- Te moje “Tematy niebezpieczne” były zbiorem dość kiepskich esejów. Pisałem je na kolanie. OK – Powiem wprost: chciałem wydać książkę, która wywołałaby dyskusję, stąd w niej pewne przegięcia. Bo jak inaczej spowodować reakcję, niż przesadzając? Ale nigdy nie przypuszczałem, że może ona wywołać aż takie skutki.

“Tematy niebezpieczne” – książka autorstwa Ratajczaka – okazały się gwoździem do jego trumny. Referował opinie tzw. “rewizjonistów Holocaustu”, zaprzeczających oczywistej prawdzie, że w Auschwitz-Birkenau mordowano Żydów w komorach gazowych.

Grzechem Ratajczaka było, że nie wziął w cudzysłów referowanych przez siebie poglądów. Można więc było przypisać mu akceptację dla poglądów neonazistów. Było wrażenie: Nie wziął w cudzysłów, zatem je wspiera…

Ratajczak: – Najbardziej mnie boli to, że znalazłem się w gronie historyków, którym nakłada się kaganiec. No bo proszę zobaczyć: od 45 roku do teraz liczba Żydów wymordowanych w Auschwitz-Birkenau zmalała z 6 milionów do poniżej jednego miliona. To dane oficjalne. Owszem, nawet gdyby tam zginął jeden człowiek, to już byłaby to tragedia. Ale jak to się dzieje, że jedni historycy mogą zgodnie z prawem kwestionować liczby Zagłady, a inni nie? Jak to jest, że jedni mogą zjechać z 6 milionów do poniżej miliona i nic się złego im nie dzieje? Są koncesjonowanymi rewizjonistami? Są więc tacy, którym nie wolno badać i nawet się mylić, i są tacy historycy, którym wolno wszystko?

Uparł się Ratajczak

Mówi, że przypięto mu łatkę antysemity. Gdy Ratajczak w kwietniu 1999 roku wydał swoją książkę “Tematy niebezpieczne”, był pracownikiem Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego. Był znanym, lubianym przez studentów wykładowcą. Cenionym przez zwierzchników.

- Władze Uniwersytetu Opolskiego uznały, że ja kwestionuję okoliczności Holocaustu. Zacząłem być postrzegany jako ktoś, kto nie tyle wątpi, co zaprzecza oficjalnej wykładni dziejów. To prawda – chciałem, żeby na ten temat odbyła się debata. Oto staję ja – historyk paskudny – a z drugiej strony staje cała ekipa najwspanialszych, co mówię bez cienia ironii, przedstawicieli nauk historycznych z uczelni. I oni roznoszą mnie w pył i w proch… Ale oni nie chcieli konfrontacji. Uciekli przed nią. Owszem, gdzieś tam, po kątach mówili mi, że może i ja mam rację, ale – panie, tego – ja mam działkę do obrobienia, daczę do podmurówki, a w ogóle to co kogo tak naprawdę Żydzi obchodzą?

Chciałbym odwrócić czas

- Rozbeczałem się pierwszy raz w życiu – mówi Ratajczak. – Gdy odgarniałem śnieg w firmie, w której się zatrudniłem. Podjechał do mnie w wypasionej furze jakiś gość i zapytał, co ja, doktor i niedawno jego wykładowca, tu robię. Odpowiedziałem, że śnieg zwalam na kupę. Pokiwał głową, powiedział, że to jakieś draństwo, a mnie gardło ścisnęło. Trzy dni ryczałem…

Ratajczaka utrzymuje ojciec. Ma osiemdziesiąt lat, za sobą adwokacką przeszłość zawodową. Daje synowi pieniądze, ale nigdy nie mówi: ukorz się. Bo to syn Wielkopolski – twardy, ambitny człowiek. Z tych, co jeśli wiedzą, że mają rację, nie ustąpią.

Rodzina Ratajczaka się rozpadła. Żona nie wytrzymała presji środowiska:

- Jest młodsza ode mnie. Na początku całej tej zadymy była przy mnie, potem coraz bardziej się oddalała. Ja zostałem okrzyknięty kłamcą oświęcimskim, a z takim piętnem trudno żyć. Nawet mnie samemu. Mam przed sobą sprawę rozwodową, bo ileż może przynieść do domu facet, który pracuje jako portier? Niewiele. A to jest już powód, by skarżyć się, że bieda w oczy zagląda rodzinie. Jestem zrozpaczony. Chciałbym odwrócić czas, gdy pisałem to jedno zdanie w książce. Ale to niemożliwe.

Poglądy Ratajczaka dotknęły jego rodzinę nie tylko w kwestii spodziewanego rozwodu:

- Mój syn poszedł swego czasu w marszu żywych w Oświęcimiu. I traf chciał – w przypadki jednak nie wierzę – że dziennikarka lokalnej “Gazety Wyborczej” podeszła do niego i zapytała, czy jest synem tego słynnego kłamcy oświęcimskiego. Syn odparł, że jest, a przede wszystkim, że dumny jest z ojca. Lecz cóż się potem ukazało w gazecie? Otóż zdjęcie z podpisem, że syn Ratajczaka uczestniczył w marszu, gdy tymczasem jego ojciec zaprzecza istnieniu Auschwitz-Birkenau! Istnieniu obozu!!! No, ręce opadają…

- Żadnych pochopnych wniosków – zastrzega Ratajczak. – Nawet z tego, że z “Gazety Wyborczej” dzwonili do mnie, mówiąc: panie Ratajczak – weź pan sobie trochę odpuść, bo my pana lubimy, nawet pomożemy panu znaleźć pracę. Choćby w Zieleni Miejskiej. A ja mam na to jedną odpowiedź: walcie się! Jestem niezależnym człowiekiem, pozostanę historykiem, który zawsze będzie miał wątpliwości, zawsze będzie się starał negować uznane prawdy, niezależnie od tego, czy będą dotyczyć Żydów czy Ormian…

Ratajczakowi tylko trochę żal, gdy widzi swoją byłą, jak jeździ po mieście w luksusowych samochodach: – Wygłaszałem w sądzie płomienne mowy w obronie wolności słowa. Myślałem, że do kogoś to dotrze, ale się myliłem. Słowa uleciały, dla zwykłych ludzi liczy się tylko doraźność. Szmal stał się bożkiem, któremu coraz więcej ludzi bije pokłony…

TEN Ratajczak?!

Ratajczak, któremu w październiku 2003 roku upłynął trzyletni okres banicji jako nauczyciela historii (nałożony przez UO), do dziś nie może znaleźć pracy w zawodzie, który kocha.

- Ja jestem TEN Ratajczak. Więc nawet jeśli zgłaszam się z prośbą o zatrudnienie jako nauczyciel historii do szkoły gdzieś na wsi, to dyrektorzy unoszą brwi: TEN Ratajczak?! Ten od Żydów i Radia Maryja? No to powiem panu w zaufaniu, że ja się nie będę podkładał! Ja pana zatrudnię, a nie wiadomo, kto z tego jakie wnioski wyciągnie…

Ratajczak: – Za 600 złotych znalazłem pracę poza granicami województwa. Dyrektor tej szkoły miał twardy kręgosłup, ale ja się nie mogłem tej pracy podjąć. Więcej bym zapłacił za dojazdy, niż zarobił…

Naukowiec, doktor historii, niegdyś pupil Uniwersytetu Opolskiego, dziś pracuje pod komendą pań z wykształceniem zawodowym jako portier. Niedawno dostał rower, by szybciej objeżdżać teren, którego pilnuje.

- Tak, jestem skończony – mówi. – Nie wrócę na uczelnię, nie zatrudnią mnie jako nauczyciela nawet w szkole podstawowej. Bo jestem człowiekiem, który nie wyrzeknie się prawa do wątpliwości nawet za cenę działki przy domu, na której mógłbym uprawiać warzywa i zapraszać gości na grilla.

- Zresztą, któż do mnie z moich dawnych znajomych z uczelni chciałby przyjść? Gdy zacząłem mieć kłopoty z powodu tego jednego zdania, telefon odzywał się coraz rzadziej, a teraz przestał w ogóle.

- Jestem byłym Ratajczakiem i chyba wszystkim jest z tym lepiej…

Miroslaw Olszewski


Albo Polska będzie wielka, albo przestanie istnieć. Nie stać nas nawet na średniość. To będzie zadanie dla Waszego pokolenia. Jesteście je winni również cieniom tych, którzy zginęli w nierównej walce w pierwszych latach po zakończeniu II Wojny Światowej. – dr Dariusz Ratajczak
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 19:29, 17 Cze 2010 Powrót do góry

Jeszcze ciekawe słowa dr Dariusza Ratajczaka z powyższego  wywiadu z nim:

dr Dariusz Ratajczak napisał:


Pyta Pan o osławiony antysemityzm... Cóż, zapewne nadal istnieją osobnicy, którzy uważają, że Żydzi odpowiadają za całe zło na tym padole łez. To już nawet nie są antysemici; to są wariaci. Podobnie istnieje całkiem sporo Żydów, którzy uważają tzw. gojów za podludzi, zwierzęta, “pegarim”, czy co tam jeszcze. Na wariatów nie ma rady- i tyle.

[link widoczny dla zalogowanych]

Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 10:49, 22 Cze 2010 Powrót do góry

Cytat:
Pisał do prawicowych tytułów (Opcja na prawo, Najwyższy CZAS!, Myśl Polska) jako historyk i publicysta. Prowadził niezależne wykłady, wykładał w całej Polsce. Aby się utrzymać pracował przez pewien czas jako nocny stróż. Dawni przyjaciele omijali go z daleka..

Czy istnieje kłamstwo tubylcze? - dr Dariusz Ratajczak

Poniższy tekst został opublikowny w piśmie "Najwyższy Czas!" z następującą adnotacją:

"(publikujemy ostatni tekst śp. dr Dariusza Ratajczaka, nadesłany do nas ponad rok temu)"


Okazuje się, że tak, a na problem zwrócił mi uwagę mój australijski kolega, który kilka lat temu popełnił tekst, w którym opisywał przypadek miejscowego polityka nieopatrznie twierdzącego, iż skądinąd godni szacunku Aborygeni… nie wynaleźli koła. Oczywiście postępowcy z Canberry rozszarpali „rasistę” z wprawą żarłacza tygrysiego. Absolutnie nikogo nie obchodziło, że tubylcy rzeczywiście nie mieli zielonego pojęcia o rzeczonym kole. No, ale nie o prawdę historyczną tu chodziło. Niewątpliwie Aborygeni są obecnie „świętymi krowami”. Zdecydowana większość australijskich badaczy przeszłości podkreśla ich szlachetność, pokojowe nastawienie i gehennę, jaką zgotowali im występni biali osadnicy. Szczególnie odnosi się to do rdzennych Tasmańczyków, którzy w XIX wieku podobno zostali celowo wytępieni przez kolonistów. Zajmijmy się bliżej tą sprawą.

Już w 1948 roku Clive Turnbull pisał w książce „Black War”, iż „polityka eksterminacyjna nie odnosiła się tylko do nazistowskich Niemiec [ale i do Australii – D.R.]”. Kilkadziesiąt lat później jego słowa potwierdziła Lyndall Ryan w pozycji „The Aborigines of Tasmania”. Napisała, że Tasmańczycy byli ofiarami świadomej polityki ludobójstwa (genocide). Natomiast Rhys Jones i Tomek Haydon w pracy „The Last Tasmanian” jasno dali do zrozumienia, że podbój Australii był „holokaustem dokonanym przez niemiłosiernych Europejczyków”. Wszystko byłoby cacy, czyli zgodne z politycznie poprawnymi trendami, ale oto w historycznym światku Australii pojawił się niejaki Keith Windschuttle (to w ogóle bardzo ciekawa i barwna postać – historyk, pisarz, dziennikarz, w młodości zwolennik Nowej Lewicy, później już tylko prawicowiec) z wydaną kilka lat temu w formie tomu pierwszego książką „The Fabrication of Aboriginal History: Van Diemen’s Land, 1803-1847”, w której mocno podważył główne tezy głoszone przez współczesnych naukowców.

Rewizjonista, dodajmy, w dużym stopniu oparł swoje sądy na wcześniejszych pracach, w tym książce klasyka tematu i naocznego świadka wydarzeń, Jakuba Erskine’a Caldera („The Native Tribes of Tasmania”). Przede wszystkim zauważył, że w walkach na Tasmanii zginęło więcej białych niż tubylców (187 do 118; dodajmy, że w czasie kolonizacji wyspy liczba Aborygenów nie przekraczała 2 tysięcy – inni twierdzą, że było ich 5 tysięcy). Autor podważa również pogląd, iż tubylcy toczyli świadomą „wojnę narodową” z Europejczykami. Przecież dla tych prymitywnych nomadów pojęcie „narodowego celu” musiało być czystą abstrakcją. Twierdzi nadto, że rdzenni Tasmańczycy byli ludem raczej agresywnym. Znani byli z okrutnych rajdów na izolowane farmy, nadziewali na włócznie bezbronne kobiety i dzieci. Mimo to znajdowali wielu obrońców – tak wśród kolonistów, jak i w lokalnym rządzie.

Spostrzeżenia „australijskiego Dawida Irwinga” znakomicie korespondują z uwagami Patrycji Cobern. Odważna niewiasta opublikowała 25 lat temu w „The Bulletin” artykuł pod wielce intrygującym tytułem „Who really killed Tasmania’s Aborigines?” („Kto naprawdę zabił Aborygenów z Tasmanii?”), w którym postawiła tezę, iż miejscowi tubylcy wymierali jeszcze przed przybyciem Europejczyków na wyspę (pierwsi brytyjscy osadnicy, prowadzeni przez porucznika Jana Bowena, pojawili się tam w 1803 roku, zakładając Risdon Cove nad rzeką Derwent). Gdyby zatem koloniści pojawili się u brzegów Tasmanii nieco później, najpewniej nie odkryliby żadnych siedzib ludzkich. Cobern podaje kilka przyczyn samoistnej degrengolady Tasmańczyków. Były to: obżarstwo (pochłanianie nadmiernej ilości zjełczałych produktów), brak higieny (obejmował on również prymitywne przecinanie pępowiny podczas narodzin), plemienna prostytucja skutkująca chorobami wenerycznymi, infekcje będące następstwem zadawania sobie rytualnych cięć i ran, słabe zabezpieczenie przed względnie surowym klimatem wyspy (na Tasmanii zimą temperatury spadają nawet do -13 stopni Celsjusza; nie było zatem dziełem przypadku, że miejscowi kradli koce przybyszom z Europy). Autorka konkluduje: „cichy morderca tasmańskich plemion nie miał białej twarzy; były nim rasowe praktyki oraz obyczaje”. Nie był to zresztą morderca konsekwentny.

Do dnia dzisiejszego na Tasmanii żyje kilkuset europejsko-tubylczych mieszańców, domagających się zresztą terenów wyłącznie dla siebie (ostatnia pełnej krwi Tasmanka, niejaka Truganini, zmarła z przyczyn naturalnych w… 1876 roku). Windschuttle już publikuje kolejne książki. Właśnie ukazuje się drugi tom jego dzieła o Aborygenach, tym razem poświęcony Nowej Południowej Walii i Queenslandowi. Wcześniej, bo w roku 2004, autor „wyskoczył” z pozycją „The White Australia Policy”, w której napisał m.in., że historycy przesadzają z „australijskim rasizmem”. Generalnie obiecuje jeszcze wiele razy mocno wstrząsnąć politycznie poprawnymi podstawami australijsko-aborygeńskiej historii. A będzie czym potrząsać, gdyż już dzisiaj wskazuje się, że tubylcy gustowali w kanibalizmie, toczyli między sobą zażarte wojny o kobiety, absolutnie nie posiadali poczucia „narodowej wspólnoty”.

A zatem, podsumowując, przybywający do Australii koloniści, sami nie będąc aniołami, nie odkrywali raju. Przeciwnie – budowali go z talentem i uporem właściwym przedstawicielom zachodniej cywilizacji…

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 19:57, 05 Lip 2010 Powrót do góry

Nie wiadomo co było przyczyną śmierci dr. Ratajczaka, którego zwłoki znaleziono na parkingu przy opolskiej Karolince

Dzisiejsza sekcja zwłok byłego naukowca Uniwersytetu Opolskiego nie dała odpowiedzi na pytanie co było przyczyną jego śmierci.

- Wiemy jedynie, że na jego ciele nie było obrażeń zewnętrznych wskazujących na udział osób trzecich - wyjaśnia Lidia Sieradzka z Prokuratury Okręgowej w Opolu. - Żeby poznać przyczynę śmierci, musimy zlecić dodatkowe badania.

[link widoczny dla zalogowanych]

Nawet miesiąc może potrwać ustalenie przyczyny śmierci dr. Dariusza Ratajczaka

(...)

- Przed nami jeszcze wiele godzin nagrań do analizy. Na razie za wcześnie na rozstrzygnięcia – mówi Sieradzka.

Nieoficjalnie wiemy, że renault kangoo, który Ratajczak kupił 3 tygodnie przed odnalezieniem jego zwłok, od dłuższego czasu wjeżdżał i wyjeżdżał z parkingu. Były historyk UO miał w nim mieszkać.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 20:21, 05 Lip 2010 Powrót do góry

Dr Dariusz Ratajczak pochowany w rodzinnym grobie

Dzisiaj - 2010-06-22 - o godz. 11.00 na cmentarzu komunalnym w opolskiej Półwsi odbyło się nabożeństwo żałobne i pogrzeb byłego historyka Uniwersytetu Opolskiego.

Spoczął w rodzinnym grobie. W ostatnim pożegnaniu wzięło udział kilkadziesiąt osób, głównie rodzina i najbliżsi znajomi zmarłego.

Przypomnijmy, że ciało dr. Ratajczaka zostało znalezione w piątek 11 czerwca w samochodzie pod Centrum Handlowym Karolinka. Nie wiadomo, jak długo leżało w aucie, jednak stan rozkładu był zaawansowany.

Sekcja zwłok nie wykazała żadnych śladów, które mogłyby wskazywać na udział osób trzecich w śmierci byłego historyka UO. Niczego jednak nie rozstrzygnęła.

- Podczas sekcji sprawdza się uszkodzenia mechaniczne. Teraz potrzebne są badania dodatkowe, by przedstawić je biegłemu – tłumaczyła w TVO 17 czerwca Lidia Sieradzka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Opolu. – Na ich wynik będziemy musieli poczekać nawet miesiąc – dodała.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 20:40, 05 Lip 2010 Powrót do góry

Kiedy zmarł dr Ratajczak? Na grobie widnieje data 29 maja. Prokuratura jej nie komentuje

[link widoczny dla zalogowanych]

Przypomnijmy, że ciało znaleziono 11 czerwca w samochodzie zaparkowanym pod opolskim Centrum Handlowym Karolinka.
Na grobie byłego historyka Uniwersytetu Opolskiego, który został pochowany 22 czerwca na cmentarzu komunalnym w Opolu, widnieje data zgonu – 29 maja 2010 roku.

Prokuratura Okręgowa w Opolu ustala, kiedy zmarł Ratajczak.

- Sekcja zwłok nie dała jasnej odpowiedzi w tej sprawie, obecnie przeprowadzane są dodatkowe ekspertyzy. To potrwa – mówi TVO Lidia Sieradzka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Opolu.

Na pytanie o majową datę zgonu umieszczoną na grobie dr. Ratajczaka odpowiada.

- Nie będę tego komentować, byłoby to naruszeniem dóbr osobistych rodziny zmarłego.

(...)
(do obejrzenia filmik)

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29684 Przeczytał: 305 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 21:25, 05 Lip 2010 Powrót do góry

Dziś za G Wyborczym czytamy:

Zatrucie alkoholowe przyczyną śmierci dra Ratajczaka

Opolska prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie śmierci dra Dariusz Ratajczaka, byłego historyka Uniwersytetu Opolskiego, uznanego przez sąd za kłamcę oświęcimskiego. Sekcja zwłok wykazała, że umarł z powodu zatrucia alkoholem.

Ciało dra Ratajczaka zostało znalezione 11 czerwca w samochodzie stojącym na parkingu przy centrum handlowym Karolinka w Opolu. Nie od razu było wiadomo, że denatem jest były historykiem UO, bowiem jego zwłoki znajdowały się w zaawansowanym stadium rozkładu. Identyfikacja została dokonana w kilka dni później na podstawie znaków szczególnych.

Od tego momentu opolska prokuratura rejonowa prowadziła śledztwo, które miało określić, czy do śmierci dra Ratajczaka mogła się przyczynić osoba trzecia.

- Sekcja zwłok wykazała jednak, iż przyczyną śmierci mężczyzny było śmiertelne zatrucie alkoholem. Na tej podstawie została podjęta decyzja o umorzeniu dalszego śledztwa w tej sprawie - mówi Marzena Stojek, zastępczyni prokuratora rejonowego w Opolu.

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole 2010-07-05

I pozamiatane, tak się ukręca łeb sprawie Rolling Eyes
Zobacz profil autora
MiKaEl
Użytkownik


Dołączył: 30 Lis 2008
Posty: 91 Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 22:23, 06 Lip 2010 Powrót do góry

wstrząsające, niewiarygodne i potworne jest to co mogli zrobić z dr Ratajczakiem. Confused
takich i podobnych zdarzeń jest niestety w Polsce znacznie więcej Sad

Pozostaje modlitwa o wolność i prawdę w naszych sercach i u tych, którzy dopuszczają się nikczemnej oceny rzetelnych ludzi szkalując ich dobre imię.
Jakżr trudny jest ten "nasz" świat?


Ostatnio zmieniony przez MiKaEl dnia Wto 22:29, 06 Lip 2010, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)