Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Urzędy zamiast wiary - Ryszard Legutko Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28419 Przeczytał: 443 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 12:03, 02 Sty 2013 Powrót do góry

Urzędy zamiast wiary – Ryszard Legutko

Kościół notorycznie popada w sytuacje konfliktowe z liberalną demokracją, szczególnie w kwestiach moralnych, które ustrój ten całkowicie zawłaszczył i poddał władzy ciał ustawodawczych i sądów. to tam dzisiaj rozstrzyga się, co jest, a co nie jest prawnie dopuszczalne w kwestiach dotyczących życia i śmierci, dobra i zła.

Do niedawna to chrześcijanie kształtowali etykę rodzinną (i czynili to z dobrym skutkiem), lecz kompetencja ta została im zabrana i wchłonięta w liberalno-demokratyczny mechanizm. Rozstrzygnięto dziesiątki kwestii dotyczących życia rodzinnego, a nawet seksualnego w sposób całkowicie sprzeczny z nauczaniem chrześcijańskim, a rozstrzygnięcia te – np. dotyczące aborcji, homoseksualizmu, eutanazji – stały się obowiązującym prawem. Chrześcijanie zostali zmuszeni do upokarzającego podporządkowania się prawu uznanemu przez nich za niemoralne, a nieposłuszeństwo pociąga za sobą wiadome skutki.

Antyreligijna rzeczywistość

Praktycznie nie ma przestrzeni życia społecznego, w której wpływ chrześcijaństwa nie zostałby zakwestionowany. Wychowanie, moralność, wrażliwość, sposób bycia, nawet dieta, wszystko, co w jakiś sposób zostało uformowane przez chrześcijaństwo, porządek liberalno-demokratyczny podał w wątpliwość. Niedziela stała się dniem wolnym od pracy, nie zaś świętem. Toczą się specjalne batalie – jak dotąd udane – by móc w Wielki Piątek organizować zabawy i dyskoteki. Środa Popielcowa przestała już być honorowana, a Wigilia z kolegami przy piwie stała się niedawno pewnego rodzaju modą, która z pewnością będzie się rozwijała. Prawo jest tak skonstruowane, a sposób myślenia tak ukształtowany, że praktycznie nie ma szans, by jakikolwiek obyczaj, czy jakakolwiek reguła wywodząca się z chrześcijaństwa ostała się pod naporem liberalnej demokracji.

Gdyby starzy komuniści doczekali naszych czasów, to doznaliby bolesnego poczucia porażki, widząc, że liberalnym demokratom udało się zrealizować – bez specjalnego wysiłku, pozwalając ludziom unosić się wraz z nurtem nowoczesności – cele krucjaty antyreligijnej, którą oni prowadzili z taką brutalną determinacją. Kościoły zamienione w muzea, kluby lub gmachy publiczne; rosnąca sekularyzacja; prawo zbudowane na zasadzie świeckości państwa, spychające publiczną obecność religii coraz bardziej na margines; potulny kler podporządkowujący się kolejnym regulacjom; puste świątynie; potężna, wpływowa kultura masowa sankcjonująca wrogie religii nastawienie, która akceptuje księdza tyko jako zbuntowanego przeciw religii liberała, inaczej postrzegając go jako odrażającego łajdaka. Czyż niereligijna i antyreligijna rzeczywistość dzisiejszego świata zachodniego nie jest bliska tej porywającej wizji przyszłości bez religii, jaką komuniści próbowali urzeczywistnić, lecz im się nie udało?

Nieunikniona konsekwencja systemu

Prawda jest taka, że wymienione zjawiska godzące w chrześcijaństwo są absolutnie prawomocną i naturalną konsekwencją tego ducha nowoczesności, który ufundował liberalną demokrację. Tej wersji nowoczesności oraz antychrześcijańskości nie da się rozdzielić, bo stanowią jedność. Nie ma w tej tradycji europejskiej i nigdy nie było niczego, co mogłoby uczynić ją przychylną chrześcijaństwu. Fale wrogości narastały i malały, czasami malały do poziomu obojętności, lecz nigdy nie przekształciły się w fale życzliwości.

Strategia ugodowa chrześcijan wobec tychże zjawisk wynika z błędnego rozpoznania otoczenia, w którym przyszło im działać. Fałszywe jest zatem mniemanie, któremu wielu ulega, że Kościół powinien przejąć pewien sztafaż liberalno-demokratyczny, otworzyć się na dzisiejsze wyobrażenia i preferencje, a wówczas będzie łatwiej dotrzeć do ludzi z Dobrą Nowiną. Takie mniemanie jest zrozumiałe, lecz nie przyniesie sukcesów. Uległa mu część chrześcijan nawet podczas II Soboru Watykańskiego, wprowadzając pewne zmiany zgodne z wrażliwością liberalno-demokratyczną, co w efekcie miało po jakimś czasie odwrócić tendencje antychrześcijańskie.

Wszystkie te zmiany nie rozmiękczyły jednak antychrześcijańskich uprzedzeń, nie przywróciły Kościołowi wiernych, nie uczyniły liberalno-demokratycznego otoczenia przychylniejszym dla chrześcijan. Nie stało się tak, bo stać się nie mogło. Niechęć do chrześcijaństwa jest głęboka i żadne umizgi Kościoła wobec dzisiejszego świata tego zmienić nie mogą. Zbyt dalekie pójście w te umizgi zagraża natomiast samej istocie chrześcijaństwa.

Wrogość się nie zmniejszy, i nowe zastępy wiernych się nie pojawią, ponieważ mechanizm dechrystianizacyjny ma swoją własną dynamikę, którą ustępstwa chrześcijan jedynie wzmacniają. Nie wystarczy już uczynić architektury sakralnej mniej hierarchiczną, a więc bardziej demokratyczną, odwrócić księdza przodem do wiernych lub rozważać zniesienie celibatu, aby zrobić dobre wrażenie.

Teraz trzeba pójść znacznie dalej: zabronić potępiać cokolwiek, poza tym, co nakazuje potępiać ortodoksja liberalno-demokratyczna, oraz nakazać chwalić wszystko, co ta sama ortodoksja chwalić nakazuje. Dzisiaj miarą minimum oddania liberalnej demokracji ze strony chrześcijan jest poparcie dla roszczeń działaczy homoseksualnych i akceptacja praw reprodukcyjnych kobiet. Aż strach pomyśleć, jak będą wyglądały żądania wobec chrześcijan za kilka lat.

Kiedy non possumus?

Dlatego niezwykle szkodliwą funkcję pełnią tak zwani katolicy otwarci. Ich relacje z liberalną demokracją przypominają dialog prowadzony przez ich starszych kolegów z marksizmem. Katolicy otwarci wylewnie aprobują system oraz jego ideologię, kategorycznie odcinają się od katolików zamkniętych i nieliberalnych, a także wyrażają nadzieję, że będą współtworzyli ustrój, wlewając od czasu do czasu w liberalno-demokratyczne naczynia kropelki katolicyzmu.

Trudno się zatem dziwić, że przyjmując takie stanowisko, katolicy otwarci poddawani są kolejnym upokorzeniom, do których już tak się przyzwyczaili, że traktują je jako naturalną kolej rzeczy. Przy każdym nowym ruchu przeciw chrześcijaństwu – czy to dotyczącym in vitro, czy kolejnym rozszerzaniu praw reprodukcyjnych, czy rehabilitacji nowego zwyrodnienia seksualnego – występują jako pierwsi obrońcy, dowodząc z pogodnym obliczem, że nic w istocie się nie stało, że winni są katoliccy integryści, i że teraz właściwie jest nawet lepiej niż przedtem, zanim liberalni demokraci pchnęli dzieło postępu na nowy etap. Kardynał Wyszyński ustępował komunistom, lecz wreszcie powiedział „non possumus”.

Patrząc na katolików otwartych trudno uwierzyć, że byliby zdolni kiedykolwiek wypowiedzieć takie słowa, niezależnie od tego, jak daleko posunęłaby się w swoim antychrześcijaństwie liberalna demokracja. Już łatwiej wyobrazić ich sobie jako grupę dziewczątek ze śmiesznymi pierzastymi akcesoriami – niczym na meczu rozgrywanym na amerykańskim kampusie uniwersyteckim – zachęcających swoich faworytów do boju o postęp.

Zasmucające widowisko, jakim jest ów dialog, pokazuje – tak jak w wypadku spotkania chrześcijan z marksistami – dramatyczną asymetrię obu stron. Ta asymetria dotyczy zarówno realnej władzy, jak i ideologii. W zakresie władzy pozycja liberalnych demokratów jest niemal monopolistyczna – to oni decydują o prawie, oni wydają orzeczenia w trybunałach, oni kształtują opinię publiczną – zaś pozycja katolików skrajnie marginalna: mogą jedynie prosić o fawory ze strony dobrodusznie nastawionych władców dzisiejszego świata, lecz nie uczestniczą w jego kształtowaniu.

Nawet supliki, które wnoszą, nie mogą być wypowiadane w ich języku, lecz w języku władzy. Proszą o zrozumienie dla katolicyzmu nie jako katolicyzmu, lecz jako ruchu, który liberalnej demokracji nie zagrozi, a nawet może ją wspierać. Składając te supliki i zdobywając okazjonalne łaskawe pochwały władzy, tracą właściwą perspektywę oceny tego, o co toczy się walka: mylą okazjonalne fawory, jakich doznają, z pozycją rzeczywistą chrześcijaństwa w świecie. Nie rozumieją, że zależność między jednym a drugim jest odwrotnie proporcjonalna: im więcej faworów dla otwartych katolików, tym pozycja katolicyzmu jest słabsza.

Ryszard Legutko

Żródło: [link widoczny dla zalogowanych]

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)