Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Kazanie na święto św. Jana Marie Vianneya 8 VIII -x. Jenkins Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29191 Przeczytał: 287 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 13:26, 09 Sie 2013 Powrót do góry

Cytat:
8 sierpnia w tradycyjnym kalendarzu liturgicznym jest wspomnienie św. Jana Marii Vianneya, w nowym kalendarzu było 4 sierpnia.

Św. Jan Vianney urodził się w Dardilly koło Lyonu w 1786 roku. Pokonawszy bardzo wielkie trudności w nauce, otrzymał święcenia kapłańskie i po trzech latach został mianowany proboszczem małej wioski Ars, bardzo zobojętniałej w wierze. Przez modlitwę, surowe umartwienia i gorliwą pracę odrodził duchowo parafię. Jego świętość zaczęła ściągać do Ars tysiące pielgrzymów, którzy chcieli usłyszeć jego kazania i wyspowiadać się przed nim. Wskutek tego św. Jan spędzał w konfesjonale po szesnaście godzin dziennie. Wyniszczony pokutą i nadludzkim trudem zmarł 4 sierpnia 1859 roku. Pius XI ogłosił go patronem proboszczów.

Za Mszalik Rzymski

http://www.traditia.fora.pl/swieci-i-blogoslawieni,64/sw-jan-vianney-sw-proboszcz-z-ars,2525.html



Kazanie na święto św. Jana Marie Vianneya 8 VIII

Ks. Jan Jenkins

Drodzy wierni,

W dniu dzisiejszym, drodzy wierni, wspominamy świętego, który jest nam szczególnie drogi, a mianowicie świętego Jana Marię Vianneya, patrona księży parafialnych. Wielu z was prawdopodobnie dobrze zna jego biografię. Jego nadzwyczajne umartwienia i niestrudzona żarliwość dla niesienia duszom pomocy w sakramencie pokuty jest wzorem dla wszystkich kapłanów. W tym miejscu chciałbym jednak wskazać na trzy okoliczności z życia św. Proboszcza z Ars, do których analogię możemy znaleźć w czasach obecnych.

Po pierwsze pamiętać należy o czasie, w jakim przyszło mu żyć. Nie były to chwalebne czasy średniowiecza ani nawet czas, w którym Kościół cieszył się względnym pokojem. Jan Vianney urodził się w roku 1786, czyli w przeddzień rewolucji francuskiej. Jako młody człowiek przeżył czystki rewolucyjne i własnymi oczyma patrzył na katastrofę, jaką rewolucja przyniosła jego ojczyźnie.

Jako młody chłopiec nie mógł nawet uczęszczać do swego kościoła parafialnego, gdyż kapłani tej parafii złożyli przysięgę rządowi rewolucyjnemu. Musiał potajemnie udawać się do odległych gospodarstw, gdzie wierni kapłani narażali życie by zapewnić swym owcom sakramenty. Przypomina to nieco nasze czasy, gdy tradycyjna Msza św. nie może być sprawowana w pięknych kościołach, które dla niej zostały zbudowane, ale ofiarowana jest często w domach i niejako w katakumbach. Choć okoliczności są nieco inne, widzimy jak od swych młodych latach św. Jan Maria Vianney przedkładał wiarę swych przodków nad posłuszeństwo rewolucjonistom. Zamiast ulec naturalizmowi i duchowi buntu, rodzina jego trzymała się Tradycji, oraz pobożnych praktyk swych przodków.

Po wtóre, nasz święty świadom był swego powołania do kapłaństwa od swych najmłodszych lat, a jednak pragnienie to nie mogło ziścić się bez niezwykłej determinacji z jego strony. Bezbożny rząd powołał do wojska wszystkich kleryków, Opatrzność jednak pozwoliła mu przejść bezpiecznie przez wszystkie te przeciwności. W późniejszym okresie mógł kontynuować swe studia, trzeba jednak zauważyć, że ówczesne seminaria były skażone nowymi prądami filozoficznymi. Dekret rządowy nie pozwalał wykładać filozofii św. Tomasza, której miejsce zajął kartezjanizm. Nie może dziwić, że święty nasz miał trudności z opanowaniem systemu tak sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem. Niemniej jednak, dzięki swej wytrwałości i pomimo niezdolności do przyswojenia sobie fałszywej filozofii, uzyskał święcenia kapłańskie – jak na ironię jednak przełożeni uznali, iż nie powinno się mu pozwolić na słuchanie spowiedzi. Później miał się stać spowiednikiem całej niemal Francji, i już kilka lat po swych święceniach spędzał w konfesjonale szesnaście godzin dziennie.

Również w naszych czasach jesteśmy świadkami podobnych prześladowań. Tradycyjna i odwieczna filozofia Kościoła jest ośmieszana i podważana. Nawet tradycyjna terminologia Kościoła uległa całkowitemu zapomnieniu, tak że wiele oficjalnych dokumentów najwyższych organów Kościoła jest całkowicie niezrozumiałych. Kapłani, którzy wciąż udzielają sakramentów w tradycyjny sposób nazywani są ekskomunikowanymi, zaś ich spowiedzi określa się jako nieważne z tego tylko powodu, iż pragną oni sprawować je w taki sam sposób jak św. Proboszcz z Ars. Podobnie jak w jego przypadku, ci którzy praktykują obecnie umartwienia nazywani są ekstremistami. Możemy jednak odpowiedzieć na ten zarzut w ten sam sposób, w jaki odpowiedział Jan Vianney ludziom twierdzącym, iż pokutuje zbyt surowo: nie mogę czynić inaczej, wymaga tego zbawienie dusz.

Całe życie św. Jan Vianneya stanowiło wyzwanie wobec głoszonej przez rewolucję francuską doktryny naturalizmu. Jak nikt inny wiedział, że jedyną drogą do zbawienia jest Krzyż i że musimy żyć tym Krzyżem, by upodobnić się do Zbawiciela. Dusze nie dostępują zbawienia dzięki wygodzie i bogactwu, ale dzięki potowi i wysiłkom Chrystusa Pana oraz tych wszystkich, którzy towarzyszą Mu w niesieniu Krzyża.

Jedno z oskarżeń, jakie wysuwa się ostatnio wobec ruchu Tradycji, odeprzeć jest bardzo łatwo. Ostatnio, przy kilku okazjach, środowiska broniące Tradycji Kościoła oskarżone zostały o „pelagianizm”. Nie bez powodu budzi to zdumienie – po raz pierwszy też wrogowie ruchu tradycjonalistycznego posłużyli się względem niego tym epitetem.

Czym dokładnie jest pelagianizm?

Jest to bardzo stara herezja wywodząca się z IV wieku, a jej twórcą był niejaki Pelagiusz, urodzony w Anglii lub Irlandii lecz mieszkający długo w Italii i zmarły w roku 418. Herezja jego całkowicie negowała grzech pierworodny i konieczność łaski. By lepiej ją zrozumieć sięgnąć należy do zatwierdzonych przez papieża, potępiających tę naukę dekretów Synodu z Kartaginy.

Po pierwsze, Pelagiusz twierdził, że nawet gdyby Adam nie zgrzeszył - musiałby umrzeć. Oznacza to, że Adam nie został stworzony do nieśmiertelności, ani w stanie łaski. Nauczał też, że grzech Adama miał skutki jedynie dla niego samego, a nie dla całego rodzaju ludzkiego – że rodzaj ludzki zraniony został jedynie przez zły przykład Adama, a nie poprzez utratę łaski. Wspomniany Synod potępił również twierdzenie Pelagiusza, że dzieci rodzą się w takim samym stanie, w jakim znajdował się Adam przed swym upadkiem. Pelagiusz wyciągnął z tej swej tezy logiczny wniosek, że ludzie nie umierają w wyniku grzechu czy śmierci Adama, ani też nie zmartwychwstają dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa – wbrew wyraźnym słowom św. Pawła, że w Adamie wszyscy zgrzeszyli. Piąte twierdzenie Pelagiusza potępione przez Synod również przypomina nam błąd głoszony przez wielu współczesnych – uczył on, że Prawo Mojżeszowe jest równie użyteczne w drodze do nieba, co Ewangelia. Twierdził też, że przed przyjściem Zbawiciela istnieli ludzie, którzy nie byli skalani grzechem.

Pelagiusz odmówił odwołania swych nauk i stwierdził, że zamierza odwołać się do papieża, zamiast tego jednak udał się do Azji Mniejszej i został tam wyświęcony na kapłana przez nieznanego nam biskupa. Nauki jego rozprzestrzeniały się, jednak dzięki wysiłkom św. Augustyna, św. Ambrożego i św. Hilarego herezja została skutecznie stłumiona, choć na przestrzeni późniejszych wieków odżywała co jakiś czas, jak wiele innych starożytnych błędów. Właśnie walce z błędami Pelagiusza zawdzięczamy ogłoszenie wielu dogmatów naszej wiary, a mianowicie:

1. Że śmierć Adama nie wynikała z naturalnej konieczności, ale była skutkiem grzechu.
2. Że nowo narodzone dzieci muszą być chrzczone, ze względu na odziedziczony przez nie grzech pierworodny.
3. Że łaska uświęcająca nie tylko gładzi grzechy przeszłe, ale też jest pomocą w ich unikaniu.
4. Że łaska Zbawiciela daje nam nie tylko znajomość Przykazań Bożych, ale i siłę do ich wypełniania.
5. Że bez łaski Bożej jest nie tylko trudno, ale absolutnie niemożliwe wykonywać dobre uczynki.
6. Że uznajemy naszą grzeszność nie jedynie z pokory, ale uznając przez to nasz stan faktyczny.

Gdy jednak przyjrzymy się szerzonym obecnie błędom, zwłaszcza tym, z którymi możemy się spotkać we współczesnych parafiach, uznać musimy że wspomniane wyżej prawdy są w wielkiej mierze negowane, zaś błędy pelagianizmu święcą swój tryumf. Błędy te rozpowszechnione są zwłaszcza w tych parafiach, w których widoczny jest brak umiłowania Tradycji.

Zauważmy najpierw, że chrzest niemowląt jest obecnie bardzo często opóźniany i odkładany na całe miesiące a nawet lata – z całkowitym lekceważeniem nadprzyrodzonego dobra dzieci. Wiele parafii i kapłanów łamie prawo kanoniczne udzielając chrztu jedynie raz w miesiącu, podczas gdy Kościół wymaga, by chrztu dzieci nie odkładano ponad tydzień lub dwa, a jeśli znajdują się one w niebezpieczeństwie śmierci powinny być chrzczone bez zwłoki, nawet jeśli kapłan jest nieosiągalny. Wedle szeroko rozpowszechnionego obecnie błędu wszystkie dzieci zmarłe w niemowlęctwie, niezależnie od tego czy zostały ochrzczone czy też nie, trafiają do nieba. Uznaje się więc de facto, iż znajdują się one w takim stanie, w jakim znajdował się Adam przed upadkiem. To pelagianizm. W ostatnich latach mieliśmy również do czynienia z próbami podważenia tradycyjnego nauczania o Limbus puerorum, miejscu w które trafiają dusze nieochrzczonych dzieci.

W kaplicach wiernych Tradycji dokładamy wszelkich starań, by nowonarodzone dzieci przyjmowały chrzest tak szybko, jak to tylko możliwe. Dlaczego? Ponieważ Chrystus Pan nauczał, że aby osiągnąć zbawienie musimy odrodzić się z wody. Św. Paweł pisał do Efezjan „z natury byliście dziećmi gniewu” (2, 3).

Po drugie, twierdzi się ostatnio niezgodnie z prawdą, że nawet ateiści wykonywać mogą dobre uczynki. Pelagiusz z pewnością by się z tym zgodził, ponieważ – jak słyszeliśmy – utrzymywał on że każdy człowiek, wierzący czy nie, ochrzczony czy też nie, może czynić dobro. Słyszeliśmy niedawno, iż „Korzeń tej możliwości czynienia dobra – którą wszyscy posiadamy – tkwi w stworzeniu” (papież Franciszek). Innymi słowy, wszystko co potrzebne jest do czynienia dobra znaleźć można w naturze. Niezależnie od tego, czy autor tych słów zdawał sobie z tego sprawę czy nie, jest to doktryna pelagianizmu. To prawda, że poganin może uczynić coś dobrego w porządku naturalnym, nie ma to jednak żadnej wartości dla jego zbawienia. Zazwyczaj gdy mówimy o dobrych uczynkach mamy na myśli akty, które zbliżają nas do nieba. Jednak ateista, nawet jeśli wykonuje uczynki dobre w porządku naturalnym, nie może być zbawiony, o czym świadczą słowa św. Pawła: bez wiary niemożliwym jest się zbawić.

Pelagiusz, a za jego przykładem wyznawcy herezji amerykanizmu, nie przywiązują większego znaczenia do czasu spędzonego na modlitwie. Po co się modlić, skoro nie potrzebujemy łaski, aby być dobrymi? Pelagiusz z pewnością nie poświęcałby wiele czasu na klęczenie i odmawianie Różańca w nadziei na zyskanie wiecznej nagrody. Dlaczego mieliby to czynić kapłani? Kto potrzebuje sakramentów? Niestety, w minionym stuleciu a także obecnie mamy wielu księży, którzy przedkładają pracę nad modlitwę. Jesteśmy świadkami odrodzenia laicyzacji, gdy świeccy przejmują różne funkcje przynależne kapłanom. Widzimy jak księża i zakonnicy stają się aktywistami, uczestniczącymi w rozmaitych spotkaniach i otwierających bezpłatne jadłodajnie, a zaniedbującymi Święte Oficjum i czytania duchowe. W tej sytuacji nie powinny dziwić nas liczne skandale i brak powołań. Wszystko to ma swe korzenie właśnie w pelagianizmie.

W przeciągu ostatnich dziesięcioleci słyszeliśmy również wielokrotnie, że Żydzi nie muszą się nawracać, że do osiągnięcia zbawienia wystarczy im przestrzeganie Starego Prawa…jak gdyby Nasz Pan, Mesjasz, wypełnienie starotestamentowych proroctw i figur, nie przyszedł w Ciele by ustanowić Nowe i Wieczne Przymierze w swej własnej Krwi. Poza tym większość Żydów nie przestrzega wcale nakazów Starego Prawa, ale Talmudu. Jest to właśnie potępiona teza Pelagiusza, utrzymywał on bowiem, że Prawo Mojżeszowe jest równie pomocne w osiągnięciu nieba co Ewangelia. Wierni katolicy wierzą jednak, iż Stare Prawo zostało wypełnione i udoskonalone w Nowym, tak że grzechem jest przestrzeganie Starego Prawa – gdyż pośrednio negowałoby się w ten sposób, iż Jezus Chrystus jest Mesjaszem.

Coraz mniej ludzi traktuje grzech poważnie i uważa go za przeszkodę w dostąpieniu zbawienia. Obecnie uważa się, iż każdy kto umiera trafia automatycznie do nieba. Często słyszy się grzeszników mówiących: „Bóg to zrozumie” i „Już tego nie zrobię”. Ludzie wydają się uważać, że mogą w jakiś sposób sami przezwyciężyć grzech, albo raczej że nie ma on praktycznego znaczenia dla moralnego przeznaczenia człowieka – to czysty pelagianizm.

To samo można powiedzieć o całej reformie liturgicznej – o usuwaniu wszystkiego co mówi o ofierze czy zadośćuczynieniu za grzech. Grzech postrzega się obecnie raczej jako wykroczenie przeciwko bliźniemu, niż jako obrazę Boga. Jest to nic innego jak herezja pelagianizmu.

Wierni katolicy wiedzą jednak, że grzech stanowi ciężką zniewagę Boga i może być zmazany jedynie dzięki Najdroższej Krwi Chrystusa, zwłaszcza podczas spowiedzi i poprzez wynagrodzenie pokutą i poprawę życia. Z tego właśnie powodu setki tysięcy ludzi udawały się do św. Jana Vianneya i św. ojca Pio, by mogli oni wejrzeć w ich dusze i stwierdzić, czy nie były one skalane jakimiś zapomnianymi grzechami, które wymagałyby zadośćuczynienia i by ich modlitwy oraz ofiary zbliżyły ich do Boga.

Tak więc, jeśli przyjrzymy się dobrze doktrynie pelagianizmu stwierdzić musimy, że to właśnie ci, którzy oskarżają innych o tę herezję są najbardziej przez nią zaślepieni. Biedni ślepi pasterze, którzy prowadzą ślepych w pułapkę naturalizmu i rozpaczy! Cóż to za diaboliczna dezorientacja – oskarżać o tę herezję właśnie ludzi broniących doktryny o konieczności łaski! Nawet pobieżna znajomość pelagianizmu prowadzić musi do wniosku, że ludzie posługujący się tym terminem nie rozumieją po prostu jego znaczenia i w faryzejski sposób szukają drzazgi w oku innych, podczas gdy w ich własnym oku tkwi belka.

Tak więc, drodzy wierni, módlmy się żarliwie do św. Jana Marii Vianneya, byśmy potrafili choć do pewnego stopnia naśladować jego umiłowanie ofiary i pokuty i byśmy mogli otrzymać łaskę światła wiary dla tych, którzy ją utracili. Módlmy się też w szczególny sposób do Najświętszej Maryi Panny, protektorki wiary, byśmy w obliczu obecnej dezorientacji nigdy nie utracili tego najcenniejszego skarbu, i byśmy pewnego dnia, gdy grzechy nasze oczyszczone zostaną w miłości Bożej i ogniu prześladowania, mogli radować się na wieki we wspólnocie świętych. Amen.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)