Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 W domu najlepiej - Scott i Kimberly Hahn rozdz.V Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiekTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:08, 30 Sty 2009 Powrót do góry

W domu najlepiej - Scott i Kimberly Hahn

[link widoczny dla zalogowanych]

Jest to książka opisująca ich pielgrzymkę - powrót do Kościoła katolickiego. Kim był i jest Scott Hahn można przeczytać jego wywiad:REFORMACJA - DEFORMACJA - ROZMOWA Z SCOTTEM HAHNEM.

http://www.traditia.fora.pl/nom-novus-ordo-missae,6/reformacja-deformacja-rozmowa-z-s-hahnem,1335.html

oraz rekomendację jego książki "Przyczyny wiary" tu:

http://www.traditia.fora.pl/nom-novus-ordo-missae,6/protestantyzm-sola-fide-sola-scripture-etc,1338.html


Poniżej zamieszczam V i VIII rozdział książki "W domu najlepiej" Zachęcam do przeczytania tych obszernych fragmentów:

V. SCOTT NA TROPIE PRAWDY

Napisał: SCOTT I KIMBERLY HAHN

Scott:

Postanowiliśmy wrócić do miasta, w którym się poznaliśmy i gdzie znajdował się nasz dawny college. Chcieliśmy zakorzenić naszą rodzinę w tym sympatycznym miasteczku, gdzie znaliśmy wielu ludzi. Ufałem też, że znajdę tam pracę, która pozostawi mi wolne wieczory na studiowanie niepokojących mnie trudnych kwestii.

Przyjąłem ofertę pracy na stanowisku asystenta Grove City College. Było to idealne zajęcie. Od dziewiątej do piątej zajmowałem się sprawami administracyjnymi. Dostałem też kilka godzin wykładów na wydziale teologii – prowadzenie jednego kursu w semestrze. Wieczorami mogłem więc spokojnie studiować.

Jeden z moich byłych profesorów z college'u zapytał, dlaczego przeprowadziliśmy się z powrotem do miasta. Słyszał, że byłem pastorem rozwijającego się zboru w Wirginii i wykładowcą w tamtejszym seminarium. Nasza decyzja wprawiła go w zdumienie. Wyjaśniłem mu, że życie w pobliżu obwodnicy okręgu Kolumbii miało zbyt szybkie tempo. Chcieliśmy wychowywać nasze dzieci w… a nie mogłem podać mu wszystkich powodów, ponieważ sam jeszcze nie byłem ich pewien.

Wkrótce po naszej przeprowadzce, podczas odwiedzin u moich teściów w Cincinnati, odkryłem antykwariat, który wykupił księgozbiór zmarłego księdza, znanego biblisty. Wciągu następnych dwóch lat wyniosłem stamtąd około trzydziestu paczek z jego książkami teologicznymi. Wieczorami pochłaniałem je intensywnie przez pięć, sześć, czasami nawet siedem godzin. Po raz pierwszy poznawałem katolicyzm z tak zwanej pierwszej ręki.

Niekiedy bawiliśmy się wieczorami z Kimberly w grę, którą nazywałem: „Zgadnij, jaki to teolog”. Przy jednej z takich okazji, przeczytałem jej fragment z dokumentów Soboru Watykańskiego II i zapytałem:

– Kto to powiedział?

– To brzmi zupełnie jak twoje kazania z Wirginii – odrzekła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo tęsknię za twoim nauczaniem.

– To nie ja. To Sobór Watykański II. Prawda, że niewiarygodne?

– Nie mam zamiaru tego słuchać – usłyszałem w odpowiedzi.

Nie przestawałem czytać wszystkich możliwych książek z zakresu teologii katolickiej. Pewnego wieczoru w drodze do gabinetu zatrzymałem się w jadalni i powiedziałem:

- Kimberly, muszę być uczciwy. Ostatnio czytam sporo katolickich książek i mam wrażenie, że Bóg powołuje mnie do Kościoła katolickiego.

Reakcja Kimberly była błyskawiczna:

– Czy nie moglibyśmy zostać episkopalianami? – Ewidentnie istniało coś groźniejszego niż Kościół episkopalny; wszystko, tylko nie katolicyzm.

Poszedłem do seminarium grekokatolickiego, by uczestniczyć w ich liturgii nieszporów. Nie była to Msza święta, a jedynie modlitwa z pokłonami, wśród ikon, zapachu kadzidła i głosu dzwonków. Po zakończeniu seminarzysta zapytał mnie:

– Co pan o tym myśli? Niewiele myśląc wymamrotałem:

– Teraz już wiem, po co Bóg dał mi ciało. Abym mógł oddawać Mu chwałę wraz z Jego ludem w liturgii.

Wróciłem do domu, wciąż szukając i błagając Boga o pomoc. Wciąż miałem nadzieję znaleźć jakiś słaby punkt w wierze katolickiej, coś co powstrzymałoby mnie od, jak mówiliśmy, „przepłynięcia Tybru” czy też „papizmu”.

Zacząłem się więc przyglądać Kościołowi prawosławnemu. Spotkałem się z Peterem Giląuistem, ewangelikiem nawróconym na prawosławie, aby dowiedzieć się, dlaczego wybrał Antiocheński Kościół Prawosławny, a nie rzymskokatolicki. Jego uwagi umocniły mnie w przekonaniu o błędności protestantyzmu. Pomyślałem jednak, że podawane przez niego argumenty za prawosławiem, a przeciwko katolicyzmowi są mało przekonywujące i powierzchowne. Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłem, że wyznawcy prawosławia są tak samo beznadziejnie podzieleni między sobą jak i protestanci, z tym że podziały u nich idą wzdłuż granic etnicznych. Istniały grupy określające się jako Cerkiew grecka, rosyjska, ruska, rumuńska, bułgarska, węgierska, serbska i inne. Od wieków żyły one obok siebie, jak rodzeństwo, które utraciło ojca.

Dalsze studia doprowadziły mnie do wniosku, że prawosławie posiada wprawdzie wspaniałą liturgię i tradycję, ale pod względem teologicznym znajduje się w stanie stagnacji. Przekonałem się także o jego błędach doktrynalnych wynikających z odrzucenia pewnych prawd biblijnych, a zachowanych przez Kościół katolicki. Szczególnie dotyczyło to sformułowania filioque „i Syna” dodanego do Nicejskiego Wyznania Wiary. Ponadto, odrzucenie przez nich papieża jako głowy Kościoła wydawało się mieć u podstaw głównie wielką politykę, a nie solidne argumenty teologiczne. Pomogło mi to zrozumieć, dlaczego w swojej historii prawosławni chrześcijanie byli skłonni wynosić cesarza i państwo ponad biskupa i Kościół (zjawisko znane jako „cezaropapizm”). Przyszło mi też do głowy, że Rosja przez cały dwudziesty wiek zbiera żniwo tej właśnie prawosławnej koncepcji.

Jeszcze z czasów seminaryjnych pozostał mi zwyczaj nocnych telefonicznych „maratonów dyskusyjnych” na tematy fachowe z moim starym przyjacielem z Gordon-Conwell, Gerrym Mataticsem. Czułem w nim bratnią duszę, gdyż kochał Biblię nie mniej niż ja, a jeszcze bardziej nienawidził Kościoła katolickiego. W tym czasie pełnił służbę pastora w zborze prezbiteriańskim w Harrisburgu. Obaj byliśmy zgodni, że Kościół katolicki jest zupełnie czymś innym niż pewne wyznania protestanckie, takie jak metodyści, luteranie czy zbory Boże uważając, że rozmijają się one z doktryną biblijną w paru drobnych punktach.

W wypadku błędów Kościoła katolickiego chodziło jednak o coś więcej niż drobne rozminięcie się z doktryną. Żadna inna grupa wyznaniowa na świecie nie wysuwała tak śmiałych roszczeń na swój temat, jak czynił to Rzym. Na przykład metodyści nigdy nie pretendowali do tego, by uważano ich za jedyny, prawdziwy, założony przez Jezusa Kościół. Natomiast luteranie nigdy nie twierdzili, jakoby przywódca ich „Kościoła” był papieżem, czyli nieomylnym zastępcą Chrystusa na ziemi. A liderzy zborów Bożych nie mogli pochwalić się nieprzerwaną linią sukcesji, sięgającą czasów samego Piotra.

Jak niegdyś kardynał Newman, Geny i ja widzieliśmy wyraźnie, że jeżeli Kościół katolicki błądzi, to nie ma wątpliwości, że jest to diabelska sprawa. Z drugiej strony, gdyby okazało się, że ma on słuszność, byłoby oczywiste, że jest on założony i prowadzony przez Boga. Żaden z nas nie brał jednak na serio takiej możliwości.

Szczerze mówiąc byłem przerażony perspektywą chwili, kiedy Gerry dowie się, co czytam i jakie myśli przychodzą mi do głowy. Ponieważ jednak rozmawialiśmy tak dużo i tak często, wiedziałem, że jest to tylko kwestia czasu.

Wreszcie pewnego wieczoru stało się. Dyskutowaliśmy na temat Pisma Świętego już od ponad godziny, kiedy nagle nabrałem ochoty, żeby przeczytać mu fragment książki „Duch i formy protestantyzmu” ojca Louisa Bouyera. Nie zamierzałem podawać mu tytułu, nazwiska autora ani nawet jego przynależności wyznaniowej. Byłem po prostu ciekaw jego reakcji.

Po długiej przerwie wykrztusił:

– No, niezły ten kawałek, Scott Co to było?

Jego odpowiedź zbiła mnie z tropu. Nie przewidziałem, że jemu to się spodoba. Co miałem teraz zrobić? Lekko drżącym głosem odpowiedziałem:

– Louis Bouyer.

– Bouyer? Nie słyszałem o nim. Co za jeden? Anglikanin?

-Nie.

– W porządku, Scott. Poczytam luteranów.

– Nie, to nie jest luteranin.

– No, to co on za jeden? Metodysta?

-Nie.

– Daj spokój, Scott, skończmy tę ciuciubabkę. Przestań się wygłupiać. Kto to jest?

Zasłoniłem usta i mruknąłem:

– Katolik.

Usłyszałem, jak Gerry stuka w słuchawkę i woła:

– Scott, chyba coś na linii. Kompletnie nie rozumiem, co mówisz.

Spróbowałem jeszcze raz odrobinę wyraźniej:

- Powiedziałem, że to katolik.

– Scott, coś chyba rzeczywiście nie w porządku z tym telefonem. Mógłbym przysiąc, że słyszałem słowo: katolik.

– Zgadza się, Gerry. Szczerze mówiąc, ostatnio przeczytałem sporo ich literatury.

Poczułem jak z nagła wzbiera we mnie potok słów.

– Muszę ci to wyznać, Gerry, trafiłem na żyłę złota. Nie wiem dlaczego, ale w seminarium nikt nam nawet nie wspomniał o najwybitniejszych umysłach teologicznych naszych czasów, takich jak Henri de Lubac, Reginald Garrigou-Lagran-ge, Joseph Ratzinger, Hans Urs von Balthasar, Josef Pieper, Jean Danielou, Christopher Dawson i Matthłas Scheeben. To niewiarygodne – nawet jeśli nie mają racji – to żyła złota!

Gerry był jak ogłuszony:

– Hej, Scott, nie tak szybko! Zaczekaj chwilę! Co się z tobą dzieje?

– Gerry, potrzebuję twojej pomocy – westchnąłem.

– Pomogę ci, bracie – zgodził się skwapliwie. – Pomogę ci. Daj mi tylko spis tytułów, a ja dostarczę ci bibliografię najlepszych antykatolickich książek, jakie znam.

Posłałem więc Gerry'emu spis najlepszych znanych mi książek z teologii katolickiej. Gdy jego lista nadeszła, okazało się, że przeczytałem już wszystkie książki, które na niej zamieścił.

Po miesiącu Geny zadzwonił ponownie.

Nadzieje Kimberly poszły w górę. Od dawna już modliła się za mnie i ufała, że Bóg ześle pomoc.

Gdy brałem słuchawkę do ręki, szepnęła:

– Wreszcie ktoś potraktował cię poważnie, Scott. Pomodlę się w intencji waszej rozmowy.

W ciągu miesiąca dzielącego nas od ostatniej rozmowy Geny zdążył przestudiować wszystkie pozycje znajdujące się na mojej liście i jeszcze kilka dodatkowych. A teraz dzwonił z pytaniem:

– Czy mógłbyś podać mi jeszcze parę tytułów? Chciałbym być naprawdę obiektywny.

W oczach Kimberly Gerry był „rycerzem w lśniącej zbroi”, posłanym przez Boga, by ocalić jej męża od herezji. Zdecydowanie miał wszelkie ku temu kwalifikacje. Jako laureat wysokich wyróżnień naukowych był członkiem prestiżowego Towarzystwa Phi Beta Kappa, specjalizował się w starożytnej grece i łacinie, znał hebrajski i aramejski. Był aż nadto przygotowany do przyjęcia pojedynku.

– Jasne, Gerry – odpowiedziałem. – Podeślę ci jeszcze parę pozycji. Z przyjemnością.

Mniej więcej po miesiącu odbyliśmy trzy czy czterogodzinną rozmowę, która trwała do około trzeciej nad ranem. Wśliznąłem się po cichu do łóżka, żeby nie obudzić Kimberly.

– No i jak wam poszło? – szepnęła. Nie zmrużyła nawet oka.

– Poszło świetnie. Usiadła na łóżku.

- Naprawdę? Wiedziałam, że Pan wysłucha mojej modlitwy i Gerry nam pomoże.

– Gerry bardzo się stara. Przeczytał wszystkie książki.

– On naprawdę potraktował cię poważnie, Scott.

– O, tak, bardzo poważnie.

– I co ci powiedział? – zapytała.

– No cóż. Powiedział, że jak dotąd nie znalazł ani jednej doktryny katolickiej, której nie dałoby się uzasadnić biblijnie.

Stanowczo nie były to słowa, które Kimberly spodziewała się usłyszeć.

– Co takiego? – zawołała.

W ciemnościach usłyszałem, jak opadła z powrotem na łóżko, ukryła twarz w poduszce i zaczęła szlochać. Próbowałem ją pocieszyć, ale zaprotestowała:

– Nie dotykaj mnie. Czuję się oszukana.

– Przykro mi. Tak bardzo mi przykro. Gerry nie dał jeszcze za wygraną, więc nie trać nadziei.

Gerry, który podobno miał mnie ocalić, sam ledwo trzymał się na nogach. Rozpoczął własne, rzetelne poszukiwania biblijne. W ich wyniku odkrył, jak wielki sens ma wiara katolicka, zwłaszcza gdy spojrzeć na nią w świetle teologii przymierza i Ojców Kościoła.

W trakcie rozlicznych rozmów międzymiastowych próbowaliśmy wspólnie ustalić, w czym błądzi Kościół katolicki. W czymś przecież błądzić musiał – to było nie do podważenia. Ale jak tego dowieść? Za każdym razem gdy czuliśmy, że już już odkrywamy jego „piętę Achillesa”, nie tylko znajdowaliśmy odpowiedź, ale była to odpowiedź nie do obalenia. Sytuacja stawała się poważna.

W międzyczasie Kimberly urodziła nasze drugie dziecko, Gabriela. Pojawienie się kolejnego syna dało mi wiele radości, ale i wzmogło moją potrzebę znalezienia rozwiązań. Jako zapracowana matka, której obowiązki nie pozostawiały zbyt wiele czasu na zajmowanie się teologią, Kimberly czuła się coraz bardziej niespokojna i zagubiona. Ja natomiast parłem do przodu jak fanatyk.

Nie było to proste, gdyż Kimberly zupełnie nie miała ochoty rozmawiać na temat Kościoła katolickiego. Co gorsze, księża, których odwiedzałem, zachowywali się dokładnie tak samo. Bywało, że wymykałem się z domu w poszukiwaniu księdza, który odpowiedziałby mi na niektóre z męczących mnie jeszcze pytań. Wszyscy po kolei próbowali mnie zniechęcić.

– Ojcze Jimie – zapytałem jednego z nich – co powinienem zrobić, żeby przejść na katolicyzm?

– Po pierwsze – odpowiedział – proszę, nie mów do mnie „ojcze”. Po drugie, moim zdaniem w ogóle nie powinieneś przechodzić na katolicyzm. Od Soboru Watykańskiego II jest to uważane za nieekumeniczne! Najlepsze co możesz zrobić, to starać się być jak najlepszym prezbiterianinem. Wyświadczysz największą przysługę Kościołowi katolickiemu, trzymając się po prostu od niego z daleka.

Zaskoczony, próbowałem coś wyjaśnić.

– Ależ ja nie proszę, żeby ojciec złapał mnie za kołnierz i wciągnął na siłę do Kościoła. Myślę, że to Bóg powołuje mnie tam, gdzie znalazłem swój dom, swoją rodzinę przymierza.

– No cóż - odpowiedział lodowatym tonem -jeśli szukasz kogoś, kto pomógłby ci zmienić wyznanie, to trafiłeś pod zły adres.

Byłem wstrząśnięty.

W drodze do domu modliłem się, by Pan zaprowadził mnie do kogoś, kto odpowie na moje pytania. Zacząłem nawet myśleć o zapisaniu się na kurs teologii prowadzony przez katolicki uniwersytet.

Złożyłem podanie na studia doktoranckie na Uniwersytecie Duąuesne w Pittsburgu. Zostałem przyjęty i przyznano mi stypendium. Co tydzień dojeżdżałem na zajęcia. Byłem jedynym protestantem na niektórych moich seminariach, a także jedynym studentem biorącym w obronę Jana Pawła II! Było to przedziwne. Ciągle musiałem tłumaczyć księżom (a nawet eks-księżom) w jaki sposób pewne dogmaty katolickie są zakorzenione w Biblii, a zwłaszcza w teologii przymierza. To, że znajdę tam odpowiedzi na swoje pytania, nie było wcale takie oczywiste.

Pewien znajomy katolik z Grove City zabierał się czasem ze mną do Pittsburga, by spotkać się z ojcem Johnem Dębickim, księdzem z Opus Dei. Wiedziałem jedynie tyle, że był to ksiądz, który poważnie podchodził do moich problemów, udzielał przemyślanych odpowiedzi i nie ukrywał, że się za mnie modli. Był niezwykle skromnym człowiekiem – dopiero później odkryłem, że miał za sobą studia teologiczne w Rzymie, gdzie też otrzymał doktorat.

Kilku katolików z Duquesne podeszło do mnie na stronie mówiąc:

– Przy tobie Pismo Święte ożywa. To, co mówisz, brzmi zupełnie jak katolicyzm.

– Myślę, że to jest katolicyzm – odparłem. Jeszcze tego samego wieczoru podzieliłem się mój ą refleksją z Kimberly:

– Dlaczego Gerry i ja jesteśmy jedynymi osobami widzącymi w Biblii te wszystkie katolickie idee? Odpowiedziała dość cynicznie:

– Być może Kościół, o którym czytacie, po prostu już nie istnieje.

Zastanawiałem się, czy ona przypadkiem nie ma racji. Była to przerażająca perspektywa. Wiedziałem jednak, że Kimberly modli się o pomoc dla mnie. Ja sam także dużo się modliłem.

Dostałem od kogoś pocztą plastikowy różaniec. Patrząc na jego paciorki uświadomiłem sobie, że staje przede mną ta najtrudniejsza przeszkoda: Maryja. (Katolicy zazwyczaj nie zdają sobie sprawy, jak wielkim problemem dla ewangelicznych chrześcijan jest doktryna i kult maryjny.) Skoro jednak już tyle doktryn Kościoła katolickiego okazało się mieć uzasadnienie biblijne, postanowiłem w tej jednej kwestii uczynić krok w wierze.

Przekręciłem klucz w drzwiach gabinetu i w ciszy zacząłem modlić się tymi słowami:

– Panie, Kościół katolicki ma słuszność dziewięćdziesiąt dziewięć razy na sto. Jedyną poważną przeszkodą pozostaje Maryja. Przepraszam z góry, jeśli to, co za chwilę zrobię, jest dla Ciebie obrazą… Maryjo, jeśli przynajmniej połowa tego, co mówi o Tobie Kościół katolicki jest prawdą, to proszę, zanieś tę konkretną prośbę w moim imieniu do Pana przez tę modlitwę.

Potem odmówiłem swój pierwszy Różaniec. Odmówiłem go w tej samej intencji jeszcze kilka razy w ciągu tygodnia, po czym zupełnie o tym zapomniałem. Trzy miesiące później uświadomiłem sobie, że począwszy od dnia, kiedy zmówiłem pierwszy Różaniec, ta pozornie beznadziejna sytuacja uległa kompletnej zmianie. Moja prośba została wysłuchana!

Byłem zaszokowany własną ślepotą i niewdzięcznością. Natychmiast podziękowałem Bogu za Jego miłosierdzie, wróciłem do Różańca i od tej pory odmawiam go codziennie. Jest to potężna modlitwa – niewiarygodna broń, czerpiąca moc z faktu Wcielenia. Bóg wybrał pokorną, wiejską dziewczynę i wyniósł ją do godności Tej, która dała bezgrzeszną naturę ludzką Drugiej Osobie Trójcy Świętej, aby mógł stać się naszym Zbawicielem.

Niedługo potem zadzwonił do mnie stary znajomy z college'u. Ewidentnie usłyszał gdzieś o moim flircie z „nierządnicą babilońską”, jak był uprzejmy to nazwać. Nie bawił się w delikatność.

– To co, Scott, wielbisz już Maryję?

– Nie przesadzaj, Chris. Wiesz chyba, że katolicy nie wielbią Maryi. Oni ją tylko czczą.

– Co za różnica, Scott. Tak czy owak nie ma to żadnych podstaw biblijnych.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Obracając w ręku Różaniec, szepnąłem do Maryi:

– Pomóż mi. – Ośmielony, odezwałem się głośno:

– Jesteś taki pewien?

– No, a jakie?

Zacząłem po prostu mówić to, co w danym momencie przychodziło mi do głowy:

– To bardzo proste, Chris. Przypomnij sobie tylko dwie podstawowe zasady biblijne. Po pierwsze, jak ci wiadomo, Chrystus będąc człowiekiem idealnie wypełnił prawo Boże, łącznie z przykazaniem „czci ojca swego i matkę swoją”. Hebrajskie słowo „czcić” – kabodah dosłownie znaczy „oddawać chwałę”. Chrystus czcił nie tylko swego Ojca Niebieskiego, ale także doskonale uczcił swoją ziemską matkę, Maryję, obdarzając ją swoją własną, boską chwałą. Druga zasada jest jeszcze prostsza – naśladowanie Chrystusa. Naśladujemy Go nie tylko czcząc nasze ziemskie matki, ale i oddając cześć Tej, której On oddaje cześć – oddając Jej taką samą chwałę, jaką On Jej oddaje.

Po długiej chwili ciszy usłyszałem głos Chrisa:

– Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o tym w taki sposób.

Szczerze mówiąc, ja również nie słyszałem.

– Chris, to po prostu skrót tego, co mówią od wieków kolejni papieże na temat kultu maryjnego. Rozpoczął nowy atak:

– No dobrze, papieże papieżami, ale gdzie masz to w Biblii?

Niewiele myśląc odpaliłem:

– Chris, Łk 1,48 brzmi: „Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Tym właśnie jest Różaniec, Chris, spełnieniem tego Słowa.

Nastąpiła długa przerwa w konwersacji, po czym Chris błyskawicznie zmienił temat.

Odtąd coraz bardziej doświadczałem tego, jak odmawianie Różańca pomaga mi głębiej wnikać w teologiczny sens Pisma Świętego. Kluczem było oczywiście rozważanie piętnastu tajemnic. Odkryłem również, że sama modlitwa rozwijała pewien rodzaj intuicji teologicznej, odnoszącej się do wszystkich tajemnic naszej wiary. Wzbogacała (choć nie działając wbrew nim) naturalne zdolności intelektu o to, co niektórzy teologowie nazywali „logiką miłości”.

Pierwszy raz odkryłem tę „logikę miłości” kontemplując Świętą Rodzinę z Nazaretu, wzór dla każdej rodziny. To z kolei skierowało mój wzrok na przymierze i wreszcie na życie wewnętrzne samego Boga jako jedynej wiecznej Świętej Rodziny: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Ta przepiękna, przykuwająca uwagę wizja, wypełniała moje serce i umysł. Wciąż jednak nie byłem pewien, czy mam prawo widzieć ziemskie odbicie Bożej rodziny przymierza w Kościele katolickim. Czekało mnie jeszcze wiele godzin studiów i modlitwy.

Przez cały ten czas podtrzymywaliśmy z Gerrym zwyczaj naszych rozmów telefonicznych. Pewnego dnia zadzwonił, by zaprosić mnie na spotkanie z jednym z naszych najwybitniejszych wykładowców. Dr John Gerstner był wykształconym w Harvardzie kalwińskim teologiem o mocnych przekonaniach antykatolickich. Geny powiedział mu, że rozważamy całkiem na serio możliwość przyjęcia za prawdę roszczeń Kościoła katolickiego. Bardzo skwapliwie zgodził się więc z nami spotkać i odpowiedzieć na nasze pytania.

Gerry ustalił zasady spotkania. Mieliśmy przynieść greckie kodeksy Nowego Testamentu, hebrajskie Biblie, łacińskie teksty soborowe i wszystko, co mogło być nam potrzebne, by dyskutować na wszelkie interesujące nas tematy, a szczególnie nad doktryną sola fide.

Zamierzaliśmy spotkać się we trzech na kolacji w restauracji York Steak House w Harrisburgu, niedaleko miejsca, gdzie mieszkał Gerry. Oznaczało to, że będę jechał przez kilka godzin w obie strony razem z dr Gerstnerem. Na myśl o rozmowie z tak gorliwym i wykształconym teologiem ogarniały mnie jednocześnie entuzjazm i trema.

Natychmiast po wyjeździe dr Gerstner i ja rozpoczęliśmy czterogodzinną intensywną dyskusję teologiczną. Wydobyłem na światło dzienne cały zapas nagromadzonych we mnie od lat argumentów, wskazujących na Kościół katolicki jako kulminacyjny punkt historii zbawienia Starego Testamentu i ucieleśnienie Nowego.

Dr Gerstner słuchał pilnie, odpowiadając na każdy punkt z rozwagą i szacunkiem. Miałem wrażenie, że uważa moje argumenty za w pewnym sensie odkrywcze. Był jednak zdania, że nie wymagaj ą one od nikogo, by wstąpił do Kościoła katolickiego, który nazywał „synagogą szatana”. W pewnym momencie zapytał:

– Scott, jak umotywujesz biblijnie instytucję papiestwa?

– Doktorze Gerstner, jak pan wie, Ewangelia Mateusza uwypukla rolę Jezusa jako syna Dawida i króla Izraela, posłanego przez Ojca, by zapoczątkować królestwo niebieskie. Sądzę, że Mt 16,17-19 pokazuje, jak Jezus to czyni. Dał On Szymonowi trzy rzeczy: po pierwsze – nowe imię „Piotr” (czyli Skała); po drugie - obietnicę, że zbuduje na nim swój Kościół; po trzecie – klucze królestwa niebieskiego. Szczególnie ten trzeci element wydaje się bardzo zastanawiający. Mówiąc o „kluczach królestwa” Jezus nawiązuje do ważnego starotestamentowego fragmentu z Księgi Iząjasza 22,20-22, gdzie król Ezechiasz, spadkobierca tronu Dawida, mianuje Eliakima nowym zarządcą pałacu, zastępując nim dotychczasowego zarządcę, Szebnę. Każdy może łatwo rozpoznać, który z dotychczasowych członków rady królewskiej został nowym zarządcą, gdyż otrzymuje on „klucze królestwa”. Zawierzając „klucze królestwa” Piotrowi, Jezus ustanowił urząd zarządcy, kierującego sprawami Kościoła będącego Jego królestwem na ziemi. „Klucze” są więc symbolem urzędu i prymatu Piotra, przekazywanego kolejnym następcom, jak to miało miejsce w ciągu wieków.

– To mocny argument, Scott – stwierdził dr Gerstner.

– Jak w takim razie odpierają go protestanci?

– Cóż, nie pamiętam, żebym zetknął się z nim wcześniej – przyznał. – Musiałbym to przemyśleć. Przejdźmy do twoich pozostałych punktów.

Zacząłem więc wykazywać, że ideą nadającą sens całej wierze katolickiej jest koncepcja Bożej rodziny przymierza. Wyjaśnia to rolę Maryi jako matki, papieża jako ojca, świętych jako naszych braci i siostry, świąt jako uroczystości rodzinnych takich jak rocznice czy urodziny.

– Doktorze Gerstner, wszystko zaczyna mieć sens, jeśli widzi się, że w centrum Pisma Świętego stoi przymierze. Słuchał mnie z uwagą:

– Scott, myślę jednak, że z tym przymierzem posuwasz się trochę za daleko.

– Być może, doktorze Gerstner, jestem jednak absolutnie przekonany, że przymierze jest kluczem do całego Pisma Świętego, co zresztą głosili najsłynniejsi protestanci, jak Jan Kalwin czy Jonathan Edwards. W przeciwieństwie do nich uważam natomiast, że przymierze nie jest kontraktem, ale świętymi więzami rodzinnymi pomiędzy Bogiem a Jego ludem. Jeśli w którymkolwiek z tych punktów popełniam błąd, proszę, niech mi go pan wykaże, a będę wdzięczny. Moja kariera wisi na włosku.

- Poczekajmy na Gerry'ego – powiedział.

Po przybyciu na miejsce spotkania spędziliśmy parę godzin na drobiazgowym roztrząsaniu szeregu kwestii, głównie zaś usprawiedliwienia. Przedstawiłem stanowisko katolickie, zgodnie z którym usprawiedliwienie nie polega jedynie na uniewinnieniu, ale jak naucza Sobór Trydencki, na obdarzeniu Bożym synostwem. Przez najbliższe sześć godzin Gerry i ja prezentowaliśmy rozmaite poglądy katolickie – żaden z nich nie został odparty. Zadaliśmy też wiele pytań, na które nie otrzymaliśmy satysfakcjonujących odpowiedzi.

Pod koniec rozmowy spojrzeliśmy na siebie z Gerrym – obaj byliśmy bladzi. Nie tego się spodziewaliśmy. Modliliśmy się już od tak dawna i ufaliśmy, że wreszcie ktoś wybawi nas od konieczności przejścia przez hańbę zmiany wyznania.

Kiedy na moment zostaliśmy sami, powiedziałem: – Gerry, czuję się oszukany przez naszą reformacyjną tradycję. Przyszedłem tu z myślą, że wreszcie ktoś wydobędzie mnie z toni. Tymczasem katolicy znowu zdobyli wszystkie punkty. Teksty Soboru Trydenckiego, które nam cytował, były wyrwane z kontekstu. W dobrej wierze poprzeinaczał kanony, oddzielając je od definicji zawartych w dekretach.

W drodze powrotnej rozmawialiśmy jeszcze z dr. Gerstnerem. Poprosiłem go, żeby pokazał mi, w którym miejscu Biblia naucza zasady sola scriptura. Nie zaskoczył mnie żadnym nowym argumentem. Zadał mi za to pytanie:

– Scott, jeśli zgadzasz się, że mamy do dyspozycji natchnione i nieomylne Słowo Boże w Piśmie Świętym, to czego nam jeszcze potrzeba?

– Doktorze Gerstner – odparłem – nie sądzę, żeby zasadniczy problem leżał w tym, czego nam potrzeba, ale skoro zadał pan to pytanie, wyrażę swoją opinię. Od czasów Reformacji powstało ponad dwadzieścia pięć tysięcy różnych denominacji protestanckich, a jeśli wierzyć ekspertom, obecnie powstaje pięć nowych tygodniowo. Każda z nich głosi, że jest prowadzona przez Ducha Świętego i opiera się na prostej prawdzie Biblii. Bóg widzi, że potrzebujemy czegoś więcej.

Na chwilę zapadła głęboka cisza.

– Chodzi mi o to, doktorze Gerstner – kontynuowałem -że gdy nasi Ojcowie założyciele dali nam konstytucję, nie ograniczyli się jedynie do dania nam spisu naszych praw i obowiązków. Czy rnoże pan sobie wyobrazić, co działoby się dzisiaj, gdyby pozostawili nam sam dokument, nawet tak doskonały jak ten, wraz z błogosławieństwem typu: „Niech duch Waszyngtona prowadzi każdego z naszych obywateli”? Zapanowałaby anarchia – czyli mniej więcej to, z czym mamy do czynienia wśród protestantów, gdy idzie o jedność Kościoła. Dlatego nasi Ojcowie założyciele dali nam coś jeszcze prócz konstytucji – dali nam rząd, składający się z Prezydenta, Kongresu i Sądu Najwyższego, których zadaniem jest interpretowanie konstytucji i wcielanie jej w życie. A jeśli coś takiego jest niezbędne dla potrzeb takiego kraju jak nasz, to o ile bardziej dla zarządzania Kościołem o zasięgu światowym. Dlatego właśnie ja osobiście zaczynam podejrzewać, że Chrystus pozostawił nam coś więcej niż Księgę i swego Ducha. Prawdę mówiąc, w Ewangelii nie znajdziemy nawet wzmianki o tym, aby On sam pisał cokolwiek do swoich apostołów; zresztą także wśród nich liczba autorów ksiąg włączonych do Nowego Testamentu nie sięga nawet połowy. Znajdziemy natomiast słowa Chrystusa, wypowiedziane do Piotra: „Na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” [Mt 16,18]. Wydaje mi się więc logiczne, że Jezus pozostawił nam Kościół – złożony z papieża, biskupów i soborów – którego zadaniem jest interpretowanie Pisma Świętego i wcielanie go w życie.

Doktor Gerstner przez chwilę rozmyślał w ciszy.

– To bardzo ciekawe, Scott – powiedział wreszcie – ale mówiłeś, zdaje się, że twoim zdaniem, nie tu leży zasadniczy problem? Na czym więc, według ciebie, on polega?

– Doktorze Gerstner, sądzę, że sprawą najistotniejszą jest to, co o Słowie Bożym mówi Biblia, gdyż nigdzie nie ogranicza ona Słowa Bożego jedynie do Pisma Świętego. Wręcz przeciwnie, w wielu miejscach poucza nas, że autorytatywne Słowo Boże można znaleźć w Kościele: w jego tradycji (2 Tes 2,15; 3,6), przepowiadaniu i nauczaniu (l P 1,25; 2 P 1,20-21; Mt 18,17). Dlatego uważam, że Biblia potwierdza katolicką zasadę sola verbum Dei: „samo Słowo Boże”, a nie protestanckie sola scriptura: „samo Pismo”.

Doktor Gerstner w odpowiedzi zapewnił mnie kilkakrotnie, że nauczanie tradycji katolickiej, papieży i soborów ekumenicznych jest sprzeczne z Pismem Świętym.

– To znaczy z czyj ą interpretacją Pisma Świętego? – uściśliłem. – Poza tym wszyscy specjaliści od historii Kościoła zgodnie twierdzą, że skład Nowego Testamentu został ustalony na synodzie w Hipponie, w roku 393, i na synodzie w Kartaginie, w roku 397, przy czym oba te synody posłały swoje werdykty do Rzymu, celem uzyskania aprobaty papieża. Zgodzi się pan ze mną, że od roku 30 do 393 upłynęło trochę zbyt dużo czasu, by można było obyć się bez Nowego Testamentu? Prócz tego, istniało wiele innych ksiąg, które w tamtych czasach można było uznać za natchnione. Na przykład List Barnaby, Pasterz Hermasa, czy Dzieje Pawła. Nowy Testament zawiera natomiast takie księgi jak Drugi List świętego Piotra, List świętego Judy, czy Apokalipsa, które zdaniem niektórych powinny zostać z niego wykluczone. Czyją decyzję uznamy więc za godną zaufania i ostateczną, jeśli odrzucimy nieomylny autorytet Kościoła?

Doktor Gerstner odpowiedział ze spokojem:

– Papieże, biskupi i sobory mogą popełniać błędy. Na jakiej podstawie twierdzisz, Scott, że Bóg zapewnił Piotrowi nieomylność?

Zastanowiłem się chwilę:

– Cóż, doktorze Gerstner, protestanci i katolicy zgadzają się co do tego, że Bóg ewidentnie zapewnił Piotrowi nieomylność co najmniej w kilku wypadkach, na przykład, gdy pisał Pierwszy i Drugi List świętego Piotra. Skoro więc Bóg zapewnił mu nieomylność w jego nauczaniu na piśmie, dlaczego nie miałby zachować go od błędów, gdy osobiście występował jako autorytet? Pójdźmy dalej – jeśli Bóg uczynił to dla Piotra (i pozostałych autorów Pisma Świętego), dlaczego nie mógłby zrobić tego samego dla jego następców? Zwłaszcza że mógł przewidzieć anarchię, która nastąpiłaby w wypadku przeciwnym. Poza tym, doktorze Gerstner, jak możemy być pewni, że dwadzieścia siedem ksiąg tworzących Nowy Testament rzeczywiście stanowi nieomylne Słowo Boże? Ich lista została przecież sporządzona przez omylne sobory kościelne i papieży.

Nigdy nie zapomnę jego odpowiedzi.

– Scott, znaczy to po prostu tyle, że dysponujemy jedynie omylną kolekcją nieomylnych dokumentów!

– I to naprawdę wszystko, co może nam zagwarantować protestancka tradycja chrześcijańska? – zapytałem.

– Widzisz, Scott, jedyne, co możemy zrobić, to wyciągać właściwe wnioski z przesłanek historycznych. Poza Pismem Świętym nie istnieje dla nas żaden nieomylny autorytet.

– Ależ, doktorze Gerstner, skąd w takim razie mam wiedzieć, że otwierając Ewangelię Mateusza, List do Rzymian, czy List do Galatów, mam do czynienia z autentycznym, nieomylnym Słowem Bożym?

– Jak już powiedziałem, Scott, dysponujemy jedynie omylną kolekcją nieomylnych dokumentów.

Raz jeszcze poczułem się bardzo rozczarowany jego odpowiedziami, choć widziałem, że wiernie przedstawia stanowisko protestanckie. Przez dłuższą chwilę rozważałem wyłożoną przez niego wizję ostatecznego autorytetu chrześcijanina i logiczną niespójność wersji protestanckiej.

Mogłem jedynie odpowiedzieć:

– Mam wrażenie, doktorze Gerstner, że logicznie rzecz biorąc, musi to być Biblia i Kościół – albo żadne z nich!

Przyjechałem do domu następnego dnia wczesnym rankiem. Gdy podzieliłem się refleksjami z naszego spotkania, Kimberly wpadła w panikę. Miała nadzieję, że ta rozmowa zakończy całą sprawę.

Wymogła na mnie przyrzeczenie:

– Proszę, nie spiesz się z tym za bardzo. To byłoby zbyt bolesne.

– Kimberly – zapewniłem ją-jeśli zdecyduję się przejść na katolicyzm, to na pewno nie przed rokiem 1990. Przyrzekam ci to. A zdecyduję się tylko w wypadku, jeśli rzeczywiście nie będę miał innego wyjścia. Jeśli moje wnioski okażą się nie do obalenia. – Był rok 1985. Sądziłem, że gdybym rzeczywiście miał przejść na katolicyzm, to pozostanie mi dosyć czasu na podjęcie przemyślanej, racjonalnie uzasadnionej decyzji.

– No dobrze, chyba da się to przeżyć – odpowiedziała. Po wytrwałej modlitwie stwierdziliśmy, że powinienem podjąć pełnoetatową pracę. Zdecydowaliśmy, że najlepszym miejscem będzie Uniwersytet Marąuette. Pracowało w nim wielu wybitnych teologów katolickich, którzy kochali Kościół i dobrze wykładali jego doktrynę. Wśród nich był również jezuita i profesor teologii, Ojciec Donald Keefe, specjalista z zakresu teologii przymierza. Gdy dowiedzieliśmy się, że w Marąuette zaakceptowano moją kandydaturę na studia doktoranckie, proponując mi jednocześnie pełne stypendium i etat asystenta, przyjęliśmy to jako znak Bożego prowadzenia.

Ani ja, ani moja żona nie przeczuwaliśmy, że przychodzi właśnie na nasze małżeństwo czas ciemności i burzy, znacznie trudniejszy niż można było przypuszczać.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pią 22:07, 18 Lis 2016, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:10, 30 Sty 2009 Powrót do góry

Kimberly:

Gdy wróciliśmy do Grove City, w naszym życiu nastąpiła jesień. W naszym życiu powiały wiatry zmiany. Kolory były piękne, stanowiły jednak zapowiedź zimowego snu i śmierci.

Przeprowadzka zmieniła tempo naszego życia. Scott rozpoczął ośmiogodzinną pracę biurową jako asystent dyrektora Grove City College. Ja zajęłam się Michaelem i odnawianiem dawnych kontaktów towarzyskich.

Praca Scotta pozostawiała mu wolne wieczory na codzienne wielogodzinne studium. Szedł do gabinetu, zamykał drzwi, a ja zupełnie nie miałam ochoty, żeby je otwierał. Wolałam nie wiedzieć, co dzieje się za nimi. Jak długo były zamknięte, mogłam nie przejmować się tą sprawą.

Nasze przekonania zaczęły iść różnymi drogami – częściowo dlatego, że byłam zapracowana i spodziewałam się drugiego dziecka, a częściowo z powodu mojego braku zainteresowania tym, co robił. Sądziłam, że Scott wychyla się wprawdzie w niebezpieczną stronę, ale jest rzeczą pewną, że w którymś punkcie zdecyduje się wrócić. Zależało mi głównie na zachowaniu spokoju.

Pewnej nocy Scott zakłócił mój sen entuzjastycznym odkryciem:

- Kimberly, czy możesz sobie wyobrazić, że tu, w tej chwili, otacza nas Maryja, święci i niezliczone zastępy aniołów?

– O, nie! – odparowałam. – Nie w mojej sypialni!

Byłam zaskoczona jego słowami. Maryja? Ostatnio wspominał o niej coraz częściej. Według mnie katolicy przypisywali Maryi podobną rolę, jak my Jezusowi. Dla nich ona była tą najbliższą, w której sukniach można się skryć, unikając konfrontacji z karzącym Ojcem. To Ona stanowiła szeroko otwarte „kuchenne drzwi” do Bożych względów, podczas gdy Jezus był ciasnym wejściem frontowym. Myśli te budziły moją odrazę.

Czytałam kiedyś anegdotę o człowieku, który naprawiając sufit pięknej kaplicy w Rzymie zobaczył, że pewna Amerykanka wchodzi do kościoła i zaczyna się modlić. Jako że akurat miał ochotę na odrobinę rozrywki, nachylił się w jej stronę wołając teatralnym szeptem:

– Tu mówi Jezus. – Kobieta jednak nie zareagowała.

– Tu mówi Jezus – powtórzył nieco głośniej. Reakcji nie było.

Mężczyzna wrzasnął więc na cały głos:

– Tu mówi Jezus!

Kobieta podniosła wzrok i odwrzasnęła:

– Cicho bądź, rozmawiam z twoją Matką!

Na podstawie własnych obserwacji wyrobiłam sobie pogląd o stosunku katolików do Maryi. Zauważyłam, że miłość, przywiązanie i cześć, jaką obdarzają Maryję, często zastępuje im miłość, przywiązanie i cześć, jakie winni są Jezusowi. Podzieliłam się tymi spostrzeżeniami ze Scottem. W odpowiedzi zarzucił mi powszechne lekceważenie, z jakim odnoszą się do Niej protestanci, unikając nawet rozmów na Jej temat. A niewątpliwie jest Ona wybraną i obdarzoną największym zaszczytem niewiastą wszechczasów, która urodziła Syna Bożego i dała Mu ludzką naturę. Natomiast protestanci uważają, że w ten sposób równoważą przesadny pietyzm, z jakim traktują Maryję katolicy.

Gdy na Boże Narodzenie poproszono mnie w zborze o wygłoszenie konferencji na świątecznym obiedzie dla kobiet, Scott namówił mnie, żebym powiedziała coś o Maryi. Przygotowałam więc studium biblijne na temat Maryi, jako kobiety oddanej Bogu, pomijając zupełnie wszystkie dotyczące Jej poglądy katolickie (zwłaszcza, że sama w nie jeszcze wówczas nie wierzyłam). Zachęciłam kobiety, by nie obawiały się czcić Maryi jako Matki naszego Pana, gdyż Jezus jest Synem Boga i Synem Maryi.

Natychmiast po mojej konferencji dwie żony pastorów zaintonowały kolędę Czyje to Dziecię? umyślnie zmieniając ostatnie słowa refrenu na „Dziecię, Syn to Boży”, gdyż jeden z duchownych bezpośrednio przed obiadem wyraził obawę, że oryginalna linijka: „Dziecię, Syn Maryi” za bardzo honoruje Maryję. Cóż to za wspaniała ilustracja do tego, o czym mówiłam!

Przypomniał mi się też pewien wykład z seminarium, na którym dr Nicole mówił nam, jak to sobór ekumeniczny w Efezie ogłosił Maryję Theotokos, Matką Bożą. W pierwszej chwili byliśmy zgorszeni – jak to, przecież nie stworzyła Boga! Wykładowca jednak od razu wyjaśnił nam sens owego stwierdzenia – dla naszego zbawienia konieczne było, by Jezus, będąc w pełni Bogiem, stał się także w pełni człowiekiem – dwie natury w jednej Osobie Syna Bożego. Stąd więc, skoro Jezus przyjął ludzką naturę z Maryi, jest Ona Jego Matką, a ponieważ jest On Bogiem, Ona jest Matką Boga. Nie ma co gorszyć się tą prawdą, zapewnił dr Nicole, gdyż jest Ona gwarancją naszego zbawienia.

Pewnego dnia Scott zatrzymał się na chwilę w jadalni i powiedział:

– Ostatnio przeczytałem sporo książek katolickich. Być może Bóg powołuje mnie do Kościoła katolickiego.

– Czy nie moglibyśmy zostać episkopalianami? – zareagowałam natychmiast. W mojej wizji świata o wiele lepiej mieściło się pozostanie w tradycji protestanckiej, choćby jako episkopalianie, niż przechodzenie na katolicyzm. Scott uśmiechnął się ze zrozumieniem i poprosił mnie o modlitwę.

Modliłam się za niego z chęcią, ale kategorycznie odmawiałam rozmów na temat jego coraz bardziej kształtujących się przekonań. Usiłowałam zepchnąć problem Scotta i jego poszukiwań na dalszy plan. Uwierzyć, że nie ma to ze mną nic wspólnego. Na spacerze próbował delikatnie podzielić się ze mną niektórymi ze swoich pytań i wniosków.

– Scott - powiedziałam – jesteś taki inteligentny. Wmówiłbyś każdemu wszystko, cokolwiek by to było.

– A więc to, co mam do powiedzenia, nie jest dla ciebie nic warte? – zapytał.

Dotknęło mnie to do żywego. Jak mogło mu w ogóle przyjść do głowy, nie mówiąc już o wypowiadaniu tego głośno, że teologiczne odkrycia Scotta nie mają dla mnie wartości, skoro całe nasze małżeństwo opierało się głównie na tego rodzaju dzieleniu?

Wiedziałam, że nie jestem zwolniona z walki o prawdę tylko dlatego, że Scott ma dar przekonywania. Nie chciałam jednak go słuchać. Było to za bardzo przerażające – miałam zbyt wiele do stracenia. Powinno mnie przynajmniej zaciekawić, dlaczego uważa on katolicyzm za tak biblijny. W końcu to Biblia stanowiła podstawę mojej wiary. Bałam się jednak tak bardzo, że wolałam o nic nie pytać.

Zaczęłam czuć się tak, jakbym była żoną nie tego człowieka, którego poślubiłam. Wyszłam za prezbiterianina z Kościoła reformowanego, a nie za jakiegoś – nieokreślonej maści – chrześcijanina. Scott przypominał mi, że to pociągała mnie do niego jego mocna wiara w Biblię, a to przecież nie uległo zmianie. Błagał mnie, bym studiowała i poszukiwała wraz z nim, ale nie mogłam czy też nie chciałam się przełamać.

Scott startował przynajmniej z pozycji zdecydowanie antykatolickich. Był zdania, że myślący chrześcijanin nie może pozostać w Kościele rzymskokatolickim. Ja ze swojej strony miałam bardziej umiarkowaną opinię. Katolicy może i są chrześcijanami, ale ja nie mam najmniejszego powodu – ani też przyjemności – z nimi się wiązać. Może Scott w wyniku swoich poszukiwań przestanie odsądzać katolików od czci i wiary i zbliży się w swoich poglądach do mnie. Istnieje jednak różnica pomiędzy powstrzymaniem się od ich potępiania, a przyłączeniem się do nich!

Scott twierdził, że poszukuje „Matki Kościoła” i jest bliski odnalezienia jej w Kościele katolickim. W przeciwieństwie do niego, ja sama nigdy nie czułam potrzeby takich poszukiwań (być może dlatego, że wychowałam się w stabilnej rodzinie ewangelickiej, która wraz z naszym zborem zaspokoiła w pełni moją potrzebę przynależności).

Obecne poglądy Scotta różniły się zasadniczo od tego, w co wierzyliśmy będąc studentami college'u. Scott widział ciągłość tam, gdzie ja dostrzegałam tylko jej brak. Uzasadniał ją stosując analogię: żołędź wygląda inaczej niż dąb, ale zawiera w sobie potencjalną możliwość stania się dębem.

– Moje poglądy z czasów studenckich i seminaryjnych weszły w kolejną, doskonalszą fazę rozwoju. Widać w nich organiczny wzrost, nawet jeśli wyglądają inaczej niż na początku. Wciąż wierzę temu, co mówi Biblia. Wciąż jestem gorliwym chrześcijaninem – tłumaczył.

Musiałam przyznać, że analogia była dość przekonywująca. Nie dało się jednak wykluczyć możliwości, że tym razem inteligencja Scotta spłatała mu figla i wpakował się w niezłe tarapaty teologiczne.

Zwróciliśmy się o radę do mojego ojca, który stwierdził, że nie powinnam odcinać się od badań Scotta. Mimo całej mojej niechęci, odmowa wspólnego wzrostu chrześcijańskiego mogłaby przynieść jeszcze gorsze skutki.

Zgodziłam się w końcu przeczytać jedną książkę, Wiarę naszych ojców, kardynała Gibbonsa. Napisana prostym językiem książka wydała mi się podejrzanie logiczna. Zdenerwowało mnie to. Katolicyzm nie miał prawa być taki prosty! Z wściekłości rzuciłam książką w drugi koniec pokoju, co zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu.

No nic, pomyślałam, ja sobie poczekam, a Scott niech sam się męczy, dopóki się nie opamięta. Byłam w końcu dyplomowanym magistrem teologii! Jaki sens miało uczenie się wszystkiego od zera, powrót do samych podstaw? Miałam zbyt dużo spraw na głowie, by móc sobie na to pozwolić.

Moje myśli z tamtego okresu dobrze wyraził psalmista:

„Lecz ja, Panie, ślę moją modlitwę do Ciebie, w czasie łaskawości, o Boże; wysłuchaj mnie w Twojej wielkiej dobroci, w zbawczej Twej wierności! Wyrwij mnie z bagna, abym nie zatonął, wybaw mnie od tych, co mnie nienawidzą, i z wodnej głębiny! […] Wysłuchaj mnie, Panie, bo Twoja łaska pełna jest dobroci; wejrzyj na mnie w ogromie swego miłosierdzia!” (Ps 69,14-15.17).

W środku całego teologicznego zamieszania w naszym domu, Pan obdarzył nas upragnionym synem, Gabrielem Kirkiem. Urodził się w piątą rocznicę naszego ślubu, 18 sierpnia 1984. Gdy przyszedł na świat, przypomniałam sobie modlitwę, którą wypowiedzieliśmy ze Scottem podczas naszej pierwszej randki: „Panie, wzbudź wielu świętych mężczyzn”. Panie, pomyślałam, czy to możliwe, żeby Gabriel, a także Michael, byli częścią Twojej odpowiedzi na tamtą modlitwę? To trochę powolny sposób czynienia uczniów, ale proszę, pomóż nam wychować ich dla Ciebie na świętych mężczyzn.

Pierwszy rok życia Gabriela był dla nas bardzo pracowity. Oprócz zajmowania się naszymi dwoma synkami, poświęcałam sporo czasu – który mogłam przeznaczyć na wspólne ze Scottem studium biblijne – na różne chwalebne zaangażowania poza domem. Prowadziłam trzy grupy biblijne, przewodniczyłam lokalnemu oddziałowi Pro Life i pomagałam w zakładaniu innej organizacji ochrony życia, Life Advocates, w akademikach Grove City College. Scott tymczasem godził pełnoetatową pracę uczelnianą z prowadzeniem grup młodzieżowych w dwóch zborach i college'u. Rozpoczął też studia doktoranckie na Uniwersytecie Duquesne. Choć była to instytucja katolicka, często okazywał się na zajęciach jedynym obrońcą wiary katolickiej.

Mimo całego naszego zagonienia, Scott nie zaniedbywał swoich poszukiwań. Gdy zdałam sobie sprawę, że jego zainteresowanie Kościołem katolickim nie mija, zaczęłam czuć ciężar tego wszystkiego, co przyszłoby nam stracić, gdyby przeszedł on na katolicyzm. Wszystkie nasze marzenia ległyby w gruzach – wspólne posługiwanie zborowi jako pastor i jego żona, powrót Scotta jako wykładowcy do Grove City College lub Seminarium Teologicznego Gordon-Conwell, wspólna podróż po kraju z wykładami na temat reformowanej wiary protestanckiej.

Pewnego wieczora Scott oznajmił mi, że zaczął modlić się na różańcu. Nie wierzyłam własnym uszom! Nie wiedziałam nawet, że ma coś takiego. To studiowanie, a teraz i praktykowanie wiary katolickiej, stawało się coraz poważniejsze.

Nasz wspólny przyjaciel seminaryjny, Geny Matatics, zaczął kwestionować słuszność nowej orientacji teologicznej Scotta. W rozmowie ze Scottem określiłam go jako „rycerza w lśniącej zbroi”, przybyłego by mnie wybawić od marnego losu. Geny zwrócił się do Scotta o listę książek katolickich. Byłam mu za to wdzięczna. Tym bardziej że Gerry tak bardzo przypominał Scotta – jako człowiek o niewzruszonych przekonaniach szedł za prawdą bez względu na konsekwencje.

Nigdy nie zapomnę tej nocy, kiedy Scott wrócił do sypialni po wielogodzinnej rozmowie z Gerrym i powiedział mi, jak wielkie wrażenie wywarły na Gerrym katolickie książki, które czytał!

Jedyne co mogłam zrobić, to wybuchnąć płaczem. Mój „rycerz w lśniącej zbroi” tracił swój blask! Jeśli nawet Gerry'emu nie udało się zatrzymać Scotta, trudno było wyobrazić sobie kogoś, kto mógłby to zrobić.

Moje nadzieje wzrosły na chwilę, gdy Gerry zorganizował spotkanie z dr. Gerstnerem. Jednak relacja Scotta z tego spotkania rozwiała je na nowo.

Od początku naszej znajomości Scott i ja wspólnie wzrastaliśmy duchowo, razem też weryfikowaliśmy nasze poglądy, gdy, przynajmniej w jakichś marginalnych rzeczach, było to niezbędne. To, że Scott był gotów do zmiany, a ja odmawiałam współpracy, sprawiło, że stopniowo przestawaliśmy sobie wierzyć. Fundament zaufania w naszym małżeństwie zaczął się niebezpiecznie chwiać.

Pod wieczór jednego szczególnie bolesnego dnia zwierzyłam się Scottowi:

– Wiem, że samobójstwo zupełnie nie wchodzi w grę, ale w każdym razie prosiłam dziś Boga o to, by zesłał mi śmiertelną chorobę. Żebym mogła umrzeć i dać sobie spokój z tymi wszystkimi pytaniami. Mógłbyś wtedy znaleźć sobie jakąś miłą katoliczkę i żyć z nią długo i szczęśliwie. Scott był zdruzgotany patrząc na moje cierpienie:

– Nie mów tak więcej. Nawet o tym nie myśl! Nie chcę żadnej „miłej katoliczki”. Chcę ciebie.

W mojej duszy zapanowała zima. Pamiętam ten moment, gdy stojąc w naszym salonie poczułam, jak z mojego serca odchodzi Boża radość. Poza kilkoma krótkimi sytuacjami, stan ten trwał przez pięć lat. Stan niedostatku duchowego, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Radość w Panu, która dotąd była moją mocą i oparciem dla ducha, została zablokowana przez moje zamknięcie na studium, lekturę, nawet rozmowy. Czułam się tak, jakby wyrósł przede mną mur, a ja nie tylko nie miałam pojęcia, jak go pokonać, ale nawet nie byłam pewna, czy w ogóle mam na to ochotę.

– Panie, moja radość znikła. Kim jesteś? Znałam Cię całe życie. Myślałam, że Cię rozumiem, ale teraz nie rozumiem już nic. Czy jesteś Bogiem katolików czy protestantów? Tak bardzo pogubiłam się w tym wszystkim.

Odpowiedź nie nadeszła, a przynajmniej ja nie umiałam jej odczytać.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pią 22:10, 18 Lis 2016, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:20, 30 Sty 2009 Powrót do góry

VIII. NARESZCIE! OBLUBIENICA W RZYMIE

Scott:


Wkrótce po naszej przeprowadzce do Joliet po raz pierwszy zamieszkaliśmy z Kimberly w naszym własnym domu, zaledwie trzy przecznice od College'u Świętego Franciszka. Stało się to niecały miesiąc po narodzinach Hanny w Milwaukee. Kimberly wciąż dochodziła do siebie po trzecim cesarskim cięciu, a ja uporałem się właśnie z wymaganiami co do znajomości języków obcych, zdając egzaminy z francuskiego i niemieckiego. W całym tym zamieszaniu musiałem jeszcze przygotować się do czterech rodzajów zajęć, które miałem zacząć prowadzić za niespełna dwa tygodnie.

Praca ze studentami w college'u okazała się fascynująca i dała mi wiele satysfakcji. Szybko zorientowałem się, że niewielu (jeśli tacy w ogóle istnieli) spośród moich katolickich studentów naprawdę rozumie choćby podstawy swojej wiary. Dużą frajdę sprawiało mi uświadamianie „katolikom od kołyski” całego bogactwa ich własnego dziedzictwa, szczególnie za pomocą Pisma Świętego. Wraz z tuzinem zawodników drużyny piłkarskiej zapoczątkowaliśmy cotygodniowe spotkania biblijne. Spędzałem też ze studentami sporo czasu poza zajęciami. Fakt, że mieszkaliśmy o trzy przecznice od college'u, znakomicie ułatwiał nawiązywanie relacji.

W ciągu trzech lat odkryłem, że przywrócenie katolickiej tożsamości college'owi, który posunął się już dość daleko na drodze sekularyzacji, wymaga czegoś więcej niż dobrej woli paru wykładowców i członków administracji. Chwilami toczyła się tu prawdziwa walka. Było to moje pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z katolikami, którzy porzucili swoją, wiarę, ale nie zamierzali rezygnować z pozycji władzy. Na szczęście miałem przyjemność pracować na jednym wydziale z czterema wspaniałymi osobami: Johnem Hittingerem, Gregiem Sobolewskim, siostrą. Rosę Marie Surwillo i Danem Hauserem.

Pewnego dnia zadzwonił do mnie do pracy Bili Bales, jeden z moich byłych przyjaciół seminaryjnych, który został pastorem prezbiteriańskim w Wirginii. Zadzwonił, by przeprosić za coś, co stało się przed rokiem, gdy Kimberly z dziećmi odwiedziła jego rodzinę.

– Scott, chcę cię prosić o przebaczenie – powiedział tonem spokojnym i pełnym skruchy.

– Za co, Bili? Cieszę się, że w ogóle jeszcze chcesz ze mną rozmawiać!

– Obawiam się, Scott, że to ty nie będziesz miał ochoty ze mną rozmawiać, jak usłyszysz co zrobiłem.

Nie mógłby znaleźć lepszego sposobu na rozniecenie mojej ciekawości i podejrzeń.

– No dobrze, Bili, a więc co takiego zrobiłeś? – zapytałem.

– Przed kilkoma miesiącami twoja żona przedstawiła mi wszystkie twoje argumenty za katolicyzmem. Miała, zdaje się, nadzieję, że dostarczę jej dość amunicji do ich obalenia. Nie za bardzo potrafiłem jej odpowiedzieć. Zamiast tego poradziłem jej, by zastanowiła się, czy nie ma podstaw biblijnych, żeby się z tobą rozwieść.

Jego słowa dotknęły mnie głęboko, ale byłem tak ucieszony jego chęcią odnowienia znajomości, że przeszło mi to dość szybko:

– W porządku, Bili. Jak wiesz, jeszcze pięć lat temu ja sam w takiej sytuacji wręcz namawiałbym do rozwodu. Bili zrobił pauzę i nabrał powietrza w usta.

– I jeszcze jedno, Scott.

Perspektywa kolejnej rewelacji w tym rodzaju wprawiła mnie w niejaki niepokój.

– Hmm… to o co chodzi, Bili?

– No więc powiedziałem Kimberly, że skontaktuję się z nią i dostarczę jej solidnych argumentów, żeby mogła zbić twoje katolickie poglądy.

– W porządku, wal śmiało.

– Tak. No więc trwa to już dosyć długo, a ja jeszcze nie znalazłem ani jednego.

Ledwie zdołałem ukryć triumfującą nutę w głosie:

– Bili, jeśli o mnie chodzi, to naprawdę łatwo wybaczalne przestępstwo.

– Dzięki, Scott, ale za to nie miałem zamiaru przepraszać. Zadzwoniłem, żeby cię prosić o pomoc. W ciągu ostatnich kilku miesięcy sporo myślałem i czytałem na temat wiary katolickiej. Mam teraz kilka spraw i pytań, które chciałbym z tobą przedyskutować.

Natychmiast uświadomiłem sobie, co on mówi:

– Bili, powiedz mi tylko, czy czujesz moc argumentów biblijnych za wiarą katolicką?

– Można to tak wyrazić.

– I czujesz coś w rodzaju paniki na myśl o tym, co może to oznaczać dla ciebie jako pastora prezbiteriańskiego?

– Jakbyś czytał w moich myślach.

Zrozumiałem już wtedy, dlaczego tak naprawdę chciał ze mną porozmawiać. Był to pierwszy telefon z całej serii. Przez następny rok Bili dzwonił regularnie, by zadawać mi pytania, które nasuwały mu się podczas intensywnych studiów nad teologią katolicką. Bili był dla mnie bardzo szczególnym przypadkiem. W seminarium przeszedł nas wszystkich w rozumieniu i upodobaniu do języka hebrajskiego. Na ścianach swojego pokoju wywieszał odbite na ksero strony hebrajskiej Biblii, by w każdej chwili móc je czytać i uczyć się ich na pamięć.

Po ukończeniu seminarium Bili podjął posługę w zborze prezbiteriańskim jako pastor pomocniczy przy Johnie Lashu, moim najbliższym eks-przyjacielu z seminarium. Tam właśnie pracował, kiedy do mnie zadzwonił. Dawnymi dobrymi czasy, kiedy byłem jeszcze kalwinem, Jack poprosił mnie o wygłoszenie kazania w czasie uroczystości jego ordynacji i objęcia zboru. Odkąd zostałem katolikiem – zerwał ze mną kontakt.

Po paru miesiącach studiów i regularnych rozmów telefonicznych kierunek, w jakim szły poszukiwania Billa, zaczął stawać się jasny. Jego odkrycia prowadziły go stopniowo w stronę Rzymu. Jack wraz ze starszymi zboru podjęli kroki, by zapobiec jego ewentualnemu odstępstwu. Chwilami bywało to małostkowe i złośliwe. Wszystko to jeszcze bardziej umacniało jego żonę w postanowieniu uczciwego przestudiowania doktryny katolickiej. W rezultacie oboje, a przy okazji i Kimberly, czytali i dyskutowali z coraz większym zapałem.

Aż do tego momentu taktyka konfrontacji, jaką przyjąłem wobec Kimberly, nie przyniosła żadnych konstruktywnych rezultatów. Próby podjęcia z nią dyskusji okazywały się bezowocne. Wystarczyło, że podsunąłem jej jakąś książkę, a było absolutnie pewne, że jej nie otworzy, jakby była zapieczętowana pocałunkiem śmierci. Bóg chciał nauczyć mnie usuwania się w cień, aby Duch Święty miał więcej pola do działania.

Zaprzestałem więc serwowania jej wykładów z apologetyki, a zacząłem, jak dawniej, dzielić się swoimi osobistymi przeżyciami. Nie traktowałem tego jednak jako alternatywną strategię, za pomocą której będę mógł nią skuteczniej manipulować i wywierać na nią wpływ. Był to po prostu jedyny sposób, by z szacunkiem i miłością podchodzić do tego, co nas dzieli. Stopniowo godziłem się z tym, że Kimberly być może nigdy nie zostanie katoliczką, a ja niekoniecznie mam obowiązek nieustannie zajmować się jej nawróceniem.

Po naszej przeprowadzce i nawiązaniu nowych znajomości w okolicy, zaczęliśmy z Kimberly stykać się z najbardziej antykatolicko nastawionymi ludźmi ze wszystkich, z jakimi mieliśmy kontakt do tej pory. Byli to fundamentaliści rekrutujący się z byłych katolików. W przeciwieństwie do antykatolickich protestantów, lubujących się w poważnych debatach biblijnych na tematy związane z katolicyzmem takie jak Maryja czy papież, ci fundamentalistyczni eks-katolicy, z którymi się stykaliśmy, byli tak pełni wściekłości i żalu w stosunku do Kościoła, że uniemożliwiało im to podjęcie racjonalnej dyskusji. Ich zdaniem byłem opętany przez demona. Nakłaniali więc Kimberly, żeby nawet nie słuchała tego co mówię, gdyż działa przeze mnie szatan usiłujący omamić ją siecią swych kłamstw. W przypadku tak niezależnej i inteligentnej kobiety jak Kimberly, tego typu rady odnosiły wręcz przeciwny skutek.

Zazwyczaj chętnie wdawałem się w rozmowy z antykatolickimi fundamentalistami, którzy obawiali się o moje zbawienie. Podziwiałem ich zapał ewangelizacyjny.

Pewnego wieczoru przy kolacji przytoczyłem Kimberly swoją, odbytą wcześniej w tym samym dniu, rozmowę z jednym z tych fundamentalistów. Dowiedziawszy się, że jestem katolikiem, natychmiast zaczął mnie ewangelizować.

Zaczął od klasycznego pytania:

– Czy narodziłeś się na nowo?

– Owszem - odrzekłem. – Ale co ty przez to rozumiesz? Wyglądał na zaskoczonego:

– Czy przyjąłeś Jezusa jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela?

Z szerokim uśmiechem na ustach odparłem:

– Tak, owszem. Ale to nie dlatego narodziłem się na nowo. Narodziłem się na nowo dzięki temu, co uczynił Chrystus przez Ducha Świętego w momencie mojego chrztu.

Wydał mi się zbity z tropu, więc wyjaśniałem dalej:

– Widzisz, Biblia nie mówi nigdzie: „Musisz przyjąć Jezusa jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela”. Jest to bardzo ważne, ale nie o tym mówi Pan, tłumacząc Nikodemowi w Ewangelii św. Jana 3,3, że musi się „na nowo narodzić”. Jezus sam wyjaśnia sens tego zwrotu dwa wiersze dalej, gdy mówi: „Jeśli ktoś się nie narodzi z wody i z ducha”, nawiązując tymi słowami do chrztu. Jan nie pozostawia czytelnikowi wątpliwości pod tym względem. Bezpośrednio po opisie rozmowy Jezusa z Nikodemem (wiersze 2-21) zaczyna następny wiersz od słów: „Potem Jezus i uczniowie Jego udali się do ziemi judzkiej. Tam z nimi przebywał i udzielał chrztu”. Kolejne kilka wierszy dalej Jan opisuje, jak „faryzeusze usłyszeli, iż Jezus pozyskuje sobie więcej uczniów i chrzci więcej niż Jan”. Innymi słowy, Jezus mówiąc, że musimy się „na nowo narodzić”, miał na myśli chrzest.

Przyznałem się szczerze Kimberly, że być może posunąłem się za daleko. Zacząłem wyjaśniać, dlaczego uważam, że fundamentaliści nie mają prawa twierdzić, jakoby katolicy nie byli prawdziwymi chrześcijanami. I to tylko dlatego, że nie używaj ą pewnych fraz biblijnych w określony sposób. Natomiast oni sami nie potrafią nawet poprawnie zinterpretować tych fraz w ich oryginalnym kontekście. Kimberly zgodziła się ze mną całkowicie.

Wkrótce potem wziąłem udział w konferencji teologicznej na Uniwersytecie Franciszkańskim w Steubenville. Odwiedziłem to miejsce po raz pierwszy i byłem zadziwiony widząc tylu ortodoksyjnych katolików z taką pasją ewangelizacyjną. Jeszcze bardziej zdumiało mnie to, co ujrzałem na południowej Mszy. Kaplica była zatłoczona setkami studentów, którzy wyśpiewywali ile tchu w piersiach całą swoją miłość do Chrystusa w Najświętszej Eucharystii.

Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy opowiem o tym Kimberly. Była poruszona słysząc, że w Kościele katolickim także jest miejsce na ducha ewangelizacji, w którym sama została wychowana.

Rozmawiałem z jednym znajomym z parafii na temat moich nieustannych prób dzielenia się wiarą katolicką z moją ewangelicką żoną. Opisałem entuzjastyczny śpiew, pełne mocy przepowiadanie Biblii i atmosferę braterstwa – to wszystko, do czego Kimberly była przyzwyczajona od dziecka. Uczynił na to ciekawą uwagę:

– Scott, osobiście uważam, że protestanci bawią się w to wszystko, ponieważ nie mają Najświętszego Sakramentu. W obliczu Prawdziwej Obecności Chrystusa w Najświętszej Eucharystii cała reszta przestaje być potrzebna. Nie sądzisz, że mam rację?

W pierwszej chwili ugryzłem się w język. Nie chciałem reagować, musiałem jednak skorygować coś, co wydało mi się niepokojącym przeoczeniem:

– Myślę, że rozumiem, co chcesz powiedzieć. Kult eucharystyczny może być sprawowany w sposób poważny i dostojny, nie tracąc przy tym swej głębi ani mocy. Zgadzam się z tym. Szczerze mówiąc, zaczynam naprawdę doceniać wykorzystanie w liturgii chorału gregoriańskiego i łaciny. Ująłbym to jednak inaczej. Powiedziałbym, że właśnie posiadając Rzeczywistą Obecność Chrystusa w Najświętszej Eucharystii, mamy – jeszcze większy niż protestanci – powód do tego, by śpiewać, głosić płomienne kazania i wspólnie świętować.

Na moment zaległo kłopotliwe milczenie:

– No tak, nie można się nie zgodzić, jeśli patrzysz na to w ten sposób.

Myśląc głośno, odparłem:

– Ale właściwie, dlaczego nie zawsze patrzymy na to w ten sposób?

Nie miała na to odpowiedzi. Ja również.

Zawsze zastanawiałem się dlaczego tak wielu katolików nigdy nie zagłębia się w tajemnice swojej wiary. Mnie samego fascynowało odkrywanie tego, jak każda z tych tajemnic wyrasta z Pisma Świętego, jak koncentruje się na Chrystusie, jak jest głoszona i celebrowana w liturgii Kościoła – Bożej Rodziny Przymierza.

Tak naprawdę dotarło to do mnie pewnego dnia po powrocie ze Mszy świętej w Dzień Zaduszny. Kimberly zapytała mnie o sens tego święta. W mgnieniu oka nasza rozmowa przeistoczyła się w kolejną debatę na temat doktryny czyśćca. Postanowiłem więc, że tak powiem, przetransponować tę doktrynę na przystępniejszą tonację, wyrażając ją językiem teologii przymierza.

- Kimberly, Biblia ukazuje, jak wiele razy Bóg objawiał się swemu ludowi w ogniu, by odnowić z nim swoje przymierze. Jako „dym […] wydobywający się z pieca i ogień niby gorejąca pochodnia” Abrahamowi w Księdze Rodzaju 15,17; w płonącym krzewie Mojżeszowi w Księdze Wyjścia 3; w słupie ognistym Izraelowi w Księdze Liczb 9; w ogniu niebieskim spalającym ofiary na ołtarzu Salomonowi i Eliaszowi w Pierwszej Księdze Królewskiej 8 i 18; w Językach jakby z ognia” Apostołom w dzień Pięćdziesiątnicy w Dziejach Apostolskich 2,3…

– W porządku, Scott – przerwała Kimberly – mów, o co ci chodzi.

Czułem, że jest to moja jedyna szansa wyjaśnienia sprawy:

– Po prostu o to, że gdy List do Hebrajczyków 12,29 opisuje Boga jako „ogień pochłaniający”, niekoniecznie dotyczy to Jego gniewu. Istnieje ogień piekielny, ale nieskończenie gorętszy ogień płonie w niebie – jest nim sam Bóg. Ogień wyraża więc nie tylko wieczny gniew Boga, ale o wiele bardziej Jego nieskończoną miłość. Natura Boga jest jak szalejąca otchłań ognistej miłości. Innymi słowy, w niebie musi być o wiele goręcej niż w piekle.

– Nic dziwnego, że Pismo Święte określa aniołów najbliższych Bogu mianem serafinów, co po hebrajsku znaczy dosłownie „ci, którzy płoną”. Dlatego też św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian 3,13 pisze, że wszyscy święci muszą przejść przez próbę ognia, w której Jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest…”

– Paweł nie może mówić tu o ogniu piekielnym, ponieważ to święci są tu sądzeni. Mówi o ogniu, który ma ich przygotować do wiecznego życia z Bogiem w niebie; cel ognia jest więc oczywisty: objawić, czy ich uczynki to czyste „złoto i srebro”, czy też nieczyste „drzewo, trawa lub słoma”.

– Wiersz 15 stwierdza jednoznacznie, że niektórzy przeznaczeni do nieba święci przejdą przez cierpienie ognia: „Ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień”. Ogień ma więc na celu oczyszczenie świętych. Dlatego też nazywa się ogniem czyśćcowym. Takim, który wypala brud i przygotowuje świętych, by mogli przebywać na wieki w pochłaniającym ogniu miłującej obecności Boga.

Powiedziałem wiele, może nawet za wiele. Umilkłem, czekając aż Kimberly wpadnie w złość i przygnębienie, co jak dotąd było jej normalną reakcją, ilekroć poruszałem temat czyśćca. Tym razem jednak siedziała spokojnie z wyrazem zamyślenia na twarzy. Poznałem po jej oczach, że zastanawia się nad tym, co usłyszała. Postanowiłem nie naciskać na nią dłużej – przynajmniej tym razem.

W połowie jesiennego semestru 1989 roku, z nieznanych mi przyczyn, zadzwoniła do mnie Pat Madrid z organizacji „Katolickie Odpowiedzi” (Catholic Answers), która cieszyła się opinią najlepszej katolickiej organizacji apologetycznej w Stanach. Mające siedzibę w San Diego „Katolickie Odpowiedzi” zostały założone przez Karla Keatinga, autora książki „Katolicyzm a fundamentalizm”. Była ona najczęściej wykorzystywaną przeze mnie lekturą, gdy trzeba było pomagać ludziom odpierać kierowane na Kościół ataki fundamentalistów. Miło było mi poznać wreszcie te pokrewne dusze.

Pozostawaliśmy w bliskim kontakcie przez kolejne tygodnie. Gdy rozmawiałem z nimi o przyszłych możliwościach pracy, wyrazili zainteresowanie zaproszeniem mnie do siebie. Miałbym udzielić nieformalnego wywiadu i poprowadzić dla nich wieczorem seminarium w kościele św. Franciszka Salezego w Riverside, w stanie Kalifornia. Omówiliśmy szczegóły.

Po trzech i pół roku poszukiwań osób myślących podobnie jak ja, spotkanie z Karlem i Pat było jak oaza na pustyni. Sobotnim popołudniem wystukałem w pośpiechu na maszynie w biurze „Katolickich Odpowiedzi” konspekt mojego wystąpienia na wieczornym seminarium. Miałem wygłosić godzinne świadectwo swojego nawrócenia na wiarę katolicką, a następnie odpowiadać na pytania. Tekst był mniej więcej ten sam, z jakim występowałem już z tuzin razy przy tego typu okazjach. Jednak tego dnia stało się z nim coś innego. Miał zaistnieć jako „Nagranie” - znane powszechnie pod tytułem „Protestancki duchowny przechodzi na katolicyzm”.

Na dziesięć minut przed rozpoczęciem przedstawiono mnie Terry'emu Barberowi z Wydawnictwa Świętego Józefa (Saint Joseph Communications), który pospiesznie montował sprzęt do nagrywania mojego wystąpienia. Ustawiając mikrofon wyjaśnił, że wraz ze swoją nowo zaślubioną żoną Danielle wrócili właśnie z podróży poślubnej do Fatimy. Wytłumaczył się też ze swojego spóźnienia – tego dnia prowadził nagrania w pięciu różnych miejscach. Z zachowania Terry'ego wynikało, że jego pojawienie się na seminarium było decyzją ostatniej chwili. Wtedy nie miało to dla mnie praktycznie żadnego znaczenia, ale później obaj byliśmy za to szczerze wdzięczni.

Punktualnie o 7:30 zostałem przedstawiony niewielkiej grupie, składającej się z około trzydziestu pięciu osób. Po ponad godzinnym wystąpieniu – nigdy nie udaje mi się zmieścić w czasie – ogłoszono krótką przerwę. Następnie wróciłem, by odpowiadać na pytania. Gdy było już po wszystkim, poszedłem porozmawiać z Pat.

Kiedy tak gawędziliśmy, rzucił się ku nam Terry Barber, wywijając egzemplarzem kasety:

– Bóg zamierza zrobić użytek z tego nagrania, przyjacielu. Ja ci to mówię!

Ucieszyłem się widząc jego zachwyt, ale ponieważ wygłaszałem już to samo świadectwo przy wielu innych okazjach, gdzie również było nagrywane, nie przywiązywałem do niego większej wagi. Pomyślałem sobie nawet, że tym razem byłem wyjątkowo słabo przygotowany. Poprzednio bywało o wiele lepiej. Być może dlatego Pan zechciał wykorzystać w potężny sposób to właśnie wystąpienie – ponieważ nikt poza Nim nie mógł tu sobie przypisać żadnej zasługi.

Poleciałem z powrotem do Joliet i opowiedziałem Kimberly przebieg weekendu w „Katolickich Odpowiedziach”.

Nawet nie zadałem sobie trudu, by wspomnieć o wieczornym seminarium. Nie sądziłem, żeby miało jakieś większe znaczenie. Następnego dnia powróciłem do swoich zajęć ze studentami.

Po upływie kilku tygodni znowu odezwał się Terry Barber. Zadzwonił, by poinformować mnie, że rozesłał całe tuziny egzemplarzy okazowych kasety do przeróżnych liderów i grup katolickich w Stanach. Oznajmił, że nagranie jest entuzjastycznie przyjmowane.

Nie przeczuwałem jeszcze, że ta kaseta zmieni życie nas obu – i jednej z naszych żon!

– Wcale się nie dziwię – odparłem. – Taki wysiłek musi przynieść efekty. Masz w sobie determinację apostoła, Terry.

Odkryłem, że kaseta dotarła do katolickiego ewangeliza-tora, księdza Kena Robertsa, który po jej wysłuchaniu zamówił z miejsca pięć tysięcy egzemplarzy. Jego wzmianka o nagraniu na antenie rozgłośni telewizyjnej EWNT sprawiła, że kilka miesięcy później wystąpiłem jako gość popularnego programu katolickiego „Matka Angelica na żywo”.

Zarówno Pat jak i Karl ostrzegali mnie:

– Scott, ani się nie obejrzysz jak twoje życie nabierze tempa i stanie się bardzo pracowite.

Mieli rację – zresztą w pewnej mierze sami byli temu winni. Jedno z naszych pierwszych wspólnych przedsięwzięć miało miejsce wkrótce po ukazaniu się „Nagrania”. „Katolickie Odpowiedzi” sfinansowały trzygodzinną debatę publiczną pomiędzy mną a dr Robertem Knudsenem, wykładowcą teologii systematycznej i apologetyki w Westminsterskim Seminarium Teologicznym. Podczas pierwszej połowy wieczoru debatowaliśmy na temat sola scriptura, w drugiej na temat sola fide. Muszę wyznać, że czułem niemałą tremę przygotowując się do debaty ze światowej klasy uczonym. I to dotyczącej dwóch zasadniczych kwestii dzielących protestantów i katolików.

Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Obecni na sali studenci Westminsterskiego Seminarium byli pod konieć wyraźnie zaskoczeni i poruszeni. Ku mojej jeszcze większej radości, zaraz po moim powrocie do domu Kimberly włączyła magnetofon i wysłuchała całej debaty. Po trzech godzinach zastałem ją siedzącą w niemym osłupieniu na tym samym miejscu. Jedyne, co zdołała wypowiedzieć, to:

– Nie wierzę własnym uszom.

Przeszedł mnie dreszcz. Nie tracąc czasu, wręczyłem jej kasetę z „Nagraniem”. Po raz pierwszy odkąd zostałem katolikiem, wysłuchała mojego świadectwa.

Sprawy zaczynały nabierać tempa. Zadzwonił do mnie dr Alan Schreck, ówczesny dziekan Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Franciszkańskim w Steubemdlle. Poinformował mnie o wakacie na jego wydziale w zbliżającym się roku akademickim 1990/1991 i zaproponował, żebym złożył podanie. Uczyniłem to bez chwili zwłoki.

Przed kilku laty Uniwersytet Franciszkański sponsorował konferencję na temat małżeństwa i rodziny. Pojechałem na nią z Philem Suttonem, moim bliskim przyjacielem i kolegą, który w tym czasie wykładał psychologię w College'u Świętego Franciszka. Po konferencji, jadąc już do domu, przypomnieliśmy sobie pozdrowienie rozproszonych po świecie Żydów: „Za rok w Jeruzalem”. Dla żartów przerobiliśmy to z Philem na pozdrowienie katolickie: „Za rok w Steubenville”. Rok później Phil zrezygnował z pracy w Kolegium Św. Franciszka, by zostać wykładowcą na Uniwersytecie Franciszkańskim w Steubenville. Miał tam prowadzić seminaria magisterskie z zakresu poradnictwa. Tym razem ja zastanawiałem się nad kolejnym rokiem. Nawet nie domyślaliśmy się, że Pan zinterpretuje nasze żartobliwe powiedzonko jako modlitwę.

Mówiąc Kimberly o nowej możliwości, przypomniałem jej też moje doświadczenie wspólnej modlitwy w tym miejscu. Opowiedziałem też o tym, jak uniwersytet – począwszy od rektora Ojca Michaela Scanlana, a skończywszy na wykładowcach i studentach – angażuje się w obronę życia. Dodałem też, że Uniwersytet Franciszkański ma ponad setkę studentów, którzy jako główny kierunek studiów wybrali teologię. Jest ich tu więcej niż w Uniwersytecie Katolickim czy Notre Dame. Jest też specjalny program magisterski z teologii skoncentrowany na małżeństwie i rodzinie. Po raz pierwszy od pięciu lat znowu modliliśmy się jednym sercem.

Po Bożym Narodzeniu pojechaliśmy do Steubemdlle na wstępną rozmowę z Ojcem Scanlanem i dr Schreckiem. Dzień przed wyjazdem Kimberly po raz drugi poroniła. Ja byłem skruszony, ona załamana. Pod koniec rozmowy Kimberly powiedziała Ojcu Scanlanowi o tym, co się stało. Następnie poprosiła go – kapłana katolickiego! – żeby się za nią pomodlił. Bez najmniejszego wahania wstał, wyszedł zza biurka, włożył na nią ręce i zaczął przyzywać w modlitwie uzdrawiającą łaskę Boga.

Podczas rozmowy Ojciec Scanlan podzielił się z nami swoimi dawnymi wątpliwościami dotyczącymi niektórych dogmatów i kultu maryjnego. Nic nie mogło sprawić Kimberly większej radości niż ta historia trudu, jaki zadawał sobie ksiądz katolicki, by zrozumieć i docenić Maryję. Słuchała też z uwagą, gdy zaczął wyjaśniać, że właśnie całkiem niedawno odkrył, jak bardzo biblijne i skoncentrowane na Chrystusie są w rzeczywistości dogmaty i nabożeństwa maryjne, jeśli prawidłowo się je rozumie i praktykuje zgodnie z nauką Soboru Watykańskiego II. Wyjaśnienie było krótkie lecz treściwe.

Nie minęło kilka tygodni i udałem się do Steubenville, by odbyć kolejną rozmowę i wygłosić wykład dla studentów. Jedno i drugie wypadło bardzo dobrze. Szczególnie chwycił mnie za serce czas spędzony z Alanem i Nancy Schreck. Poza serdeczną gościnnością ofiarowali mi również swoją przyjaźń. Parę dni po moim powrocie do domu Alan poinformował nas, że otrzymałem pracę. Naszym modlitwom o Boże prowadzenie nie sposób było w tym czasie odmówić gorliwości. Z wdzięcznością przyjęliśmy propozycję.

Paradoks polegał na tym, że zupełnie przestałem się orientować w poglądach Kimberly na kwestie katolickie. Zaczęło wreszcie docierać do mnie to, co wbijał mi do głowy Gil Kaufmann, bliski przyjaciel z Opus Dei: najpierw miłość, potem doktryna.

Poleciałem do Kalifornii, by przemawiać na sponsorowanej przez „Katolickie Odpowiedzi” konferencji apologetycznej. Wiele osób, które słyszały już wcześniej „Nagranie”, wypytywało mnie o Kimberly. Pierwsze pytanie, które zadano mi po zakończeniu wykładu, brzmiało mniej więcej tak: „Scott, wszyscy słuchaliśmy twojego świadectwa nagranego kilka miesięcy temu. Powiedz nam, jakie teraz jest stanowisko twojej żony wobec wiary katolickiej?”. Musiałem ze wstydem wyznać, że nie mam pojęcia.

Późnym wieczorem zatelefonowałem do Kimberly, która spędzała weekend w domu Schrecków w Steubemdlle, gdzie pojechała szukać mieszkania. Opowiedziałem jej o tym, jak ludzie z konferencji – znający „Nagranie” – chcieli dowiedzieć się, na jakim etapie poszukiwań jest obecnie. Zapytałem ją, czy jest może coś, co chciałaby żebym im powiedział. Zupełnie nie spodziewałem się tego, co miałem usłyszeć.

Po chwili ciszy, odpowiedziała:

– Powiedz im, że kiedy wczoraj, w Środę Popielcową, jechałam do Steubenville, po długich przemyśleniach i modlitwie stało się dla mnie jasne, że Bóg wzywa mnie, bym na najbliższe Święta Wielkanocne powróciła do domu.

Przez ponad minutę żadne z nas nie mogło wydobyć głosu. Dopiero potem przyszły łzy, modlitwa i słowa radości.

Wkrótce wiedziała już o tym cała konferencja.

Przyjęcie Kimberly do Kościoła katolickiego miało odbyć się w kościele świętego Patryka w Joliet, w Wigilię Paschalną 1990 roku. (Data nieodparcie nasuwała ciekawe skojarzenie. Zaledwie pięć lat temu rok 1990 został ustalony jako najwcześniejsza data mojego ewentualnego przejścia na katolicyzm. Tymczasem niespodziewanie stał się datą. Kimberly!) Radość ze zbliżającego się przyjęcia Kimberly była chwilami wręcz szalona. Zachowanie pokutnego ducha Postu wymagało karkołomnych wysiłków od nas obojga. Jeszcze nigdy nie przeżywaliśmy w tak szczególny sposób obchodów Wielkiego Tygodnia.

W środku Wielkiego Tygodnia przypadkiem wpadłem na pomysł, żeby zapytać Kimberly:

– Jakiego świętego wybrałaś sobie na patrona?

– O czym ty mówisz? – popatrzyła na mnie zdziwiona. Zacząłem więc wyjaśniać:

– Kiedy przystępujesz do Sakramentu Bierzmowania, możesz wybrać sobie imię. Zazwyczaj jest to imię świętego patrona, z którym czujesz się jakoś związana. Ja na przykład, przyłączając się do Kościoła, wybrałem sobie św. Franciszka Salezego.

Miałem wrażenie, że dalej nie za bardzo rozumie, w czym rzecz.

– Dlaczego właśnie jego? – zapytała. Posłusznie wziąłem się za objaśnianie:

– Święty Franciszek Salezy był biskupem Genewy w Szwajcarii w czasach, gdy Jan Kalwin odwodził ludzi od katolickiej wiary. Z lektury dowiedziałem się, że św. Franciszek Salezy był tak skutecznym kaznodzieją i apologetą, że poprzez swoje kazania i traktaty przyprowadził z powrotem do Kościoła ponad czterdzieści tysięcy zwolenników Kalwina. Pomyślałem więc, że skoro wtedy potrafił sprowadzić tam aż tylu, to pewnie teraz da sobie radę z jednym. Poza tym, św. Franciszek Salezy został również ogłoszony patronem wydawnictw katolickich. Ponieważ zaś ja byłem właścicielem około piętnastu tysięcy książek, stwierdziłem, że nie ma się już nad czym zastanawiać.

Kimberly odwróciła się z wyrazem dziwnej tęsknoty na twarzy.

– Chyba muszę po prostu pomodlić się i zobaczyć, czy Pan nie nasunie mi kogoś na myśl.

Nie przyznałem się jej, ale wiedziałem już, kogo najchętniej wybrałbym dla niej za patronkę. Przed dwoma laty, wkrótce po moim nawróceniu na katolicyzm, wziąłem udział w konferencji Stowarzyszenia Uczonych Katolickich. Poznałem tam słynnego teologa, Germaina Griseza i jego żonę, Jeanette. Siedziałem obok nich na bankiecie w sobotni wieczór. Podzieliłem się z nimi całą radością swojego nawrócenia i bólem z powodu oporu Kimberly.

Pod koniec naszego spotkania oboje spojrzeli na siebie, a następnie na mnie.

– My wiemy, co trzeba zrobić – odezwał się Germain.

– Co macie na myśli? – zapytałem, nie pojmując znaczenia tej dość zagadkowej uwagi.

Jedno przez drugie zaczęli opowiadać o świętej Elizabeth Ann Seton: gospodyni domowej, matce pięciorga dzieci, katolickiej konwertytce z protestantyzmu i założycielce Amerykańskich Sióstr Miłosierdzia. Została niedawno kanonizowana jako pierwsza święta urodzona i żyjąca w Ameryce. Wspomnieli też, że jej sanktuarium znajduje się niedaleko ich domu w Emmitsburgu, w stanie Maryland.

Ich opowieść o świętej Elizabeth Ann Seton była ciekawa, ale nie przykuła mojej uwagi na tyle, bym uznał ją za główną atrakcję konferencji. Do czasu!

Po tygodniu otrzymałem przesyłkę pocztową. Widząc, że w miejscu dla nadawcy figuruje nazwisko Germain i Jeanette Grisez, domyśliłem się, że zawiera jakieś dewocjonalia. Postanowiłem zatem otworzyć jaw swoim gabinecie, z dala od zaniepokojonych spojrzeń Kimberly. Wewnątrz, prócz egzemplarza biografii świętej Elizabeth Ann Seton pióra Josepha Dirvina, znalazłem coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem: niewielki relikwiarz, zawierający relikwię Matki Seton.

Nie miałem pojęcia, do czego służy relikwiarz, poprosiłem więc o wyjaśnienie zaprzyjaźnionego katolika. Później zacząłem nosić go przy sobie. Gdy atmosfera w naszym małżeństwie stawała się napięta, przypominał mi, by polecać Kimberly Panu za pośrednictwem i pod opieką Matki Seton.

Pewnego dnia stało się to, co stać się musiało – przeglądając przed praniem kieszenie moich ubrań, Kimberly znalazła relikwiarz.

– Scott, co to u licha jest?

Zamarłem. Bezskutecznie próbując opanować drżący głos, wyjąkałem:

– Nic takiego, Kimberly, naprawdę nic takiego. Nawet nie ma co tłumaczyć.

Przez chwilę patrzyła na niego podejrzliwie. Widziałem w jej oczach lęk, że jeśli będzie pytać dalej, to zacznę mówić coś, czego zupełnie nie ma ochoty słuchać. Oddała mi go z powrotem.

Powodowany mieszaniną roztropności i strachu, przestałem nosić relikwiarz przy sobie, chowając go na dnie szuflady w biurku. Biografia już wcześniej znalazła się na którejś z dolnych półek w ciemnym zakamarku gabinetu.

Z perspektywy czasu wiem, że sytuacja, która zdarzyła się dwa lata później, nie powinna była mnie zaskoczyć. A jednak tak się stało.

Następnego dnia po tym jak rozmawialiśmy z Kimberly o wyborze imienia z bierzmowania i świętej patronki dla niej – przygotowując się do spania zapytałem:

– Co takiego czytasz, Kimberly?

– Książkę o świętej Elizabeth Ann Seton. Zastygłem z bluzą od piżamy w ręku:

- Kimberly, czy możesz mi powiedzieć, skąd ty to wzięłaś?

- Szperałam dziś trochę po tych twoich książkach – wyjaśniła lekko nieobecnym tonem – no i ta jakoś wpadła mi w ręce.

Dreszcz przebiegł mi po krzyżu:

– No i co, ciekawa?

– Jeszcze jak, Scott – odparła z entuzjazmem. – Nie mogę się od niej oderwać od paru godzin i myślę, że znalazłam już sobie patronkę.

Albo to ona znalazła ciebie, pomyślałem. Zdołałem jednak wydobyć z siebie zaledwie bełkotliwe:

- Naprawdę? – W tym momencie miałem niejakie wątpliwości, gdzie kończy się „obcowanie świętych” a zaczynają przywidzenia. Po chwili usiadłem na łóżku i opowiedziałem jej, co wydarzyło się przed około dwoma laty. Później podarowałem jej relikwię.

Nadszedł wreszcie wyczekiwany wieczór. Kimberly wyruszyła na Liturgię Wigilii Paschalnej pół godziny wcześniej, by ksiądz Memenas mógł wysłuchać jej pierwszej spowiedzi.

Podczas Mszy Kimberly wręczyła mi karteczkę. Gdy spojrzałem na nią, zobaczyłem słowa: „Najukochańszy Scottcie. Jestem tak bardzo wdzięczna za ciebie i za to, że przetarłeś dla nas szlak. Kocham cię. K”. Z radości nie byłem w stanie wykrztusić słowa, ale uśmiech i łzy wystarczyły, by zdradzić Kimberly co myślę.

Tego wieczoru po raz pierwszy wspólnie przyjęliśmy Eucharystię. Był to stosowny epilog burzliwego religijnego romansu. Jednoczyłem się w pełni ze swoją oblubienicą przez Chrystusa i Jego Oblubienicę.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pią 22:11, 18 Lis 2016, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:24, 30 Sty 2009 Powrót do góry

Kimberly:

Tydzień po chrzcie Hanny przeprowadziliśmy się do Jo-liet, w stanie Illinois. Były to dla nas bardzo pracowite dni. Przyzwyczajaliśmy się do życia w naszym pierwszym własnym domu, do nowego dziecka, do pierwszego doświadczenia domowej edukacji. Scott był pełnoetatowym wykładowcą na Wydziale Teologicznym Kolegium św. Franciszka i uwielbiał tę pracę. Życie było tak wypełnione!

W moim życiu wyraźnie minęła zima i nastąpiła wiosenna odwilż. Całym sercem chciałam studiować, szczególnie temat chrztu. Scott znajdował czas na zajmowanie się dziećmi, by umożliwić mi naukę. Nie uważając bynajmniej lat seminaryjnych za czas stracony stwierdziłam, że zdobyłam umiejętności, dzięki którym mogłam teraz zagłębić się w poważne studium Pisma Świętego. Miła niespodzianka spotkała mnie, gdy zaczęłam studiować biblistów katolickich. Z jakichś powodów uważałam, że katolicy cytują głównie dokumenty papieskie. Zaczęłam doceniać fakt, że Hanna przez chrzest stała się dzieckiem Bożym, narodzonym z wody i z Ducha Świętego. Gdy czytałam o chrzcie, kojarzył mi się on z tym, co już wiedziałam na temat usprawiedliwienia. Podobnie jak w przypadku Scotta, badania podjęte jeszcze w czasach seminaryjnych studiów, doprowadziły mnie do odrzucenia protestanckiej koncepcji usprawiedliwienia jedynie przez wiarę jako niebiblijnej. Chrzest niemowląt podkreślał usprawiedliwienie jedynie przez łaskę. Byłam pod głębokim urokiem katolickich prac biblijnych dotyczących usprawiedliwienia i chrztu.

Nie brałam udziału we Mszy od czasu Wigilii Paschalnej przed dwoma laty, kiedy to Scott został przyjęty do Kościoła. Uczestnicząc w nabożeństwie Środy Popielcowej w niewielkiej kapliczce byłam zaskoczona wrażeniem, jakie wywarła na mnie liturgia. Wezwanie do nawrócenia było tak mocne, że zastanawiałam się, w jaki sposób moi znajomi, będący kiedyś katolikami, mogli je przeoczyć. Twierdzili bowiem, że w Kościele katolickim nigdy nie wezwano ich do opowiedzenia się za Ewangelią.

Zdaje się, że gdy tylko Scott przyjął wiarę katolicką, nasi synkowie (z których jeden miał wówczas dwa, a drugi trzy latka) zaczęli mówić, że zostaną kapłanami. Nie wierzyłam własnym uszom! Dotykało mnie to wtedy do żywego. W Jo-liet spotkałam jednak wielu wspaniałych, głęboko wierzących księży. Dostrzegłam też w swoim sercu zmianę postawy co do przyszłych planów Bożych dla życia moich synów. Kiedy mój trzyletni synek Gabriel oświadczył: „Mamusiu, na świecie brakuje księży i sióstr. Zostanę księdzem i będę jeździł po całym świecie szukając nowych”, odkryłam, że cieszę się z jego pragnień. Taka zmiana mogła pochodzić jedynie od Pana.

Modląc się zaczęłam zupełnie inaczej formułować pytania. Zaczęłam prosić Pana, bym mogła patrzeć na Eucharystię i inne sakramenty tak, jak On je widzi i myśleć o nich tak, jak On o nich myśli. Zamiast jęczeć z bólu po kolejnej konfrontacji poglądów ze Scottem, zaczęłam przychodzić do Boga, pragnąc spojrzeć na sprawę z Jego perspektywy – nawet gdyby miała się okazać rzymskokatolicka.

Przychodziły jeszcze chwile załamania – gdy wydawało mi się, że wsysa mnie pustka, że coś jest nie w porządku z moim myśleniem. Przecież, gdybym rozumowała właściwie, widziałabym wszystkie błędy Kościoła katolickiego. Czasami miewałam takie ataki płaczu wydobywającego się gdzieś z samej głębi, że niemal odbierało mi oddech, gdy uginałam się pod naciskiem nieznanego.

Teraz przeżywałam jednak także i momenty niewiarygodnej łaski, które dawały mi wytchnienie. Nie zawsze umiałam stwierdzić, gdzie kończą się moje przekonania, a zaczyna upór. Jednak Bóg w swoim miłosierdziu wskazywał mi drogę.

Ustaliliśmy ze Scottem, że Michael w wieku siedmiu lat przystąpi do Pierwszej Komunii i że dzieci zostaną katolikami. Musiałam jednak wyrzucić tę datę ze swoich myśli, gdyż nie mogłam poradzić sobie z jej presją/Próbowałam natomiast koncentrować się na meritum sprawy.

Wiosną 1988 roku Scott namówił mnie, bym skorzystała z okazji odwiedzenia zaprzyjaźnionego pastorostwa w Wirginii. Miałam wiele pytań i spodziewałam się, że pomogą mi oni znaleźć na nie odpowiedzi.

Była to bardzo owocna podróż. Odnowiliśmy przyjaźń, osłabioną po nawróceniu Scotta, porozmawialiśmy o spornych kwestiach teologicznych. Gdy próbowałam wyjaśnić moim przyjaciołom, dlaczego Scott zrobił to, co zrobił, zaczęła coraz bardziej docierać do mnie logika stojąca za jego argumentami. Chociaż zupełnie nie było to moim celem.

Najpierw przeanalizowaliśmy z Jackiem zdanie po zdaniu tekst Ewangelii św. Jana 6,52-69, rozpatrując stanowisko katolickie. Wiele już razy w swoim życiu czytałam Ewangelię św. Jana, ale nigdy z taką mocą przekonania nie przemówiły do mnie słowa Jezusa powtarzającego wciąż, że mamy jeść (nawet przeżuwać) Jego Ciało i pić Jego Krew, by otrzymać życie.

– Co na to powiesz, Jack? – zapytałam.

– Myślę, że Jezus mówi tu o wierze, Kimberly. Była to ta sama interpretacja, którą nam przedstawiono, gdy jeszcze wspólnie chodziliśmy na zajęcia w seminarium.

– Czekaj, czekaj. Czy mówisz to na podstawie słów wiersza 63: „Ciało na nic się nie przyda”? Przeczytaj ten werset w całości. „Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda.” To duch daje życie. Innymi słowy, Jezus nie powiedział ludziom: „Proszę bardzo, ty weź sobie palec u ręki, a ty u nogi”. Wskazywał na czas po swojej śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, kiedy to Duch da uczniom Jego uwielbione Ciało i stanie się Ono życiodajne dla świata.

– Poza tym, Jack, czy Żydzi mieliby o co tak się obrażać, gdyby Jezus mówił jedynie o wierze i symbolicznym obrzędzie upamiętniającym ofiarę Jego Ciała i Krwi? Odeszli zgorszeni myśląc, że mówi o kanibalizmie. Dlaczego Jezus miałby pozwolić na to, by wielu z Jego uczniów opuściło Go z powodu zwykłego niezrozumienia? I nawet swoim najbliższym Apostołom nie wyjaśnił, że mówił jedynie o wierze, posługując się symboliką swojej zbliżającej się Ofiary. W innych fragmentach Pisma Świętego wyjaśniał przynajmniej na użytek swoich najbliższych uczniów to, czego nie rozumieli z Jego nauczania.

Jack nie podzielał moich zastrzeżeń co do protestanckiego rozumienia tego fragmentu. Ja jednak po raz pierwszy poczułam wagę argumentów strony katolickiej. Dyskusja ta rzuciła mi światło na jeszcze inny problem związany z transsubstancjacją – w jaki sposób Jezus jako człowiek mógł dać swoje rzeczywiste Ciało i Krew Apostołom podczas Ostatniej Wieczerzy? A jeśli nie zrobił tego wówczas, dlaczego mielibyśmy uważać, że nasze naśladowanie tego faktu jest czymś więcej niż zwykłym symbolem?

Wiedziałam, że katolicy uważają to za cud. Wydawało mi się to jednak zbyt prostym wyjaśnieniem, dopóki nie skojarzyłam go ze znajdującym się w pierwszej części szóstego rozdziału Ewangelii św. Jana opisem cudu rozmnożenia chleba i ryb. Rozmnożenie pokarmu było przygotowaniem do cudownego rozmnożenia Ciała i Krwi Jezusa dla życia świata. I chociaż Jezus jako człowiek nie mógłby oddzielić w Wieczerniku swego Ciała i Krwi, by dać je uczniom, to przecież był On nie tylko człowiekiem. Będąc w pełni Bogiem, podobnie jak był w pełni człowiekiem, mógł przebywać wśród uczniów w swoim ziemskim ciele, a jednocześnie zamienić chleb i wino w swoje Ciało i Krew.

Po jakimś czasie odwiedziłam innego zaprzyjaźnionego pastora, Billa, i jego żonę Lisanne. W trakcie rozmowy Bili zadał mi pytanie:

– Co będzie z waszymi dziećmi?

– Będą wychowywane w wierze katolickiej. Praktycznie nie mam innego wyboru.

- Oczywiście, że masz – zapewnił mnie Bili. – Masz prawo rozwieść się z nim i zabrać dzieci, ponieważ odszedł od wiary, przyjmując herezję.

– To niemożliwe, Bill, Scott jako chrześcijanin jest zbyt prawy w swoim postępowaniu, żebym mogła spisać go duchowo na straty i odebrać mu dzieci.

Bili i Lisanne zadali mi wiele pytań i – w przeciwieństwie do większości naszych znajomych protestantów – pozwolili mi naprawdę otworzyć przed sobą swoje serce. Pod koniec rozmowy powiedziałam:

– Trudno, nie jestem konformistką i was też o to nie posądzam. Jeśli przejdę na katolicyzm – a nie mam najmniejszej ochoty – jeśli jednak będę przekonana o jego prawdzie, to mam zamiar zabrać was ze sobą!

(Kilka miesięcy później Bili zadzwonił do Scotta, by przeprosić za namawianie mnie do rozwodu i wyznać, że moje wyjaśnienie jego poglądów było tak przekonywujące, że zamierza zabrać się na serio za studiowanie nauki Kościoła katolickiego. Lisanne, mimo odległości jaka nas dzieliła, stała się moją współtowarzyszką w studiach. Obie byłyśmy w podobnej sytuacji – rozumiałyśmy potrzebę ich podjęcia, ale zabierałyśmy się do tego z mieszanymi uczuciami. Nasza współpraca polegała na tym, że przerabiałyśmy ten sam temat albo książkę, a następnie dwa razy w miesiącu prowadziłyśmy kilkugodzinną dyskusję. Parę miesięcy po moim nawróceniu, również Bili i Lisanne zostali przyjęci do Kościoła, wśród wielu cierpień związanych z ekskomuniką z ich własnego zboru.)

Wróciłam do domu z mieszanymi uczuciami. W mojej katolickiej łamigłówce ułożyło się kilka nowych fragmentów. Zobaczyłam jednak, że kontynuowanie moich poszukiwań może dla mnie oznaczać utratę niektórych protestanckich przyjaźni. Przychodziły jeszcze chwile depresji i samotności. Odczuwałam też brak zaufania ze strony nowych, katolickich znajomych.

Nie miałam nawet pewności, czy katolicy rzeczywiście wierzą w to, w co zgodnie z tym co czytałam, wierzyć powinni. Gdy byliśmy na Mszy, wchodzący ludzie nie zdejmowali płaszczy, tak jakby mieli ochotę ulotnić się natychmiast po przyjęciu Hostii. (Nigdy nie zostałabym w płaszczu przychodząc do kogoś na kolację!) Dla mnie, protestantki, przyzwyczajonej do wspólnotowej atmosfery i życzliwych rozmów po nabożeństwie, szokiem było odkrycie, że większość zebranych nie zamierza zostać, aby się z kimkolwiek przywitać.

Widziałam ludzi, którzy po otrzymaniu Komunii szli prosto do wyjścia. Myślę, że chcieli uniknąć tłoku przy wyjeździe z parkingu. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że można pójść do kogoś na kolację i nawet nie podziękować gospodarzowi, który ją przygotował. A przecież ci ludzie przyjmowali podobno Pana wszechświata, Boga-Człowieka, który oddał życie, by ich zbawić! Nie mieli czasu, by złożyć Mu dziękczynienie za ten niewiarygodny dar! Scott nazywał to „wyjściem Judasza” – otrzymał i wyszedł na zewnątrz.

Pewnego wieczoru mieliśmy okazję być na Mszy, która kończyła się procesją eucharystyczną. Zetknęłam się z czymś takim po raz pierwszy. Widząc jak kolejne rzędy dorosłych mężczyzn i kobiet klękają i pochylają głowy przed przesuwającą się monstrancją, pomyślałam – ci ludzie wierzą, że to Pan, a nie chleb i wino. Jeśli to Jezus, ich reakcja jest jedyną właściwą. Skoro do dzisiaj klęka się przed królem, to o ile bardziej przed Królem Królów i Panem Panów. Czy to nawet bezpiecznie nie uklęknąć?

A jednak, rozumowałam dalej, jeśli tak nie jest? Jeśli w tej monstrancji nie ma Jezusa, ci ludzie popełniają wielkie bałwochwalstwo. Czy więc bezpiecznie jest uklęknąć? Sytuacja doskonale obrazowała to, co stale powtarzał Scott:

- Katolicyzm nie jest po prostu jednym z wielu wyznań. Jest on albo prawdziwy, albo diabelski.

Monstrancja przybliżyła się do mnie i musiałam jakoś zareagować. Wykonałam więc niepewnie jakiś nieokreślony ruch w rodzaju ukłonu. Kolejny raz poczułam, jak Duch Święty przynagla mnie do poważnego potraktowania moich studiów, gdyż chodzi tu o coś więcej, niż wybór najbardziej odpowiadającego mi wyznania.

Chociaż nie byłam jeszcze zdecydowana przyłączyć się do Kościoła katolickiego, znajomi fundamentaliści odcinali się już ode mnie twierdząc, że stałam się zbyt katolicka. Wyglądało to tak, jakby nie rozumieli, że i oni i ja siedzimy na kolanach Ojca. Jakby próbowali mnie zepchnąć, wołając:

– Ty nie masz prawa tu być! Ty zostaniesz katoliczką!

Wciąż jeszcze widziałam poważne przeszkody dzielące mnie od Kościoła, a największą z nich była Maryja. Scott rozumiał mnie – sam swojego czasu musiał się z tym uporać. Kiedy dowiedział się, że dr Mark Miravalle ma wygłosić w naszym kolegium odczyt na temat Maryi, zaproponował, żebym przyszła posłuchać. Pomyślałam, że taki wykład może być miłą odmianą po zażartych bojach, jakie wiedliśmy na ten temat ze Scottem.

Nie zgodziłam się ze wszystkim, co usłyszałam – zrodziło mi się wiele wątpliwości. Nie przyjęłam jednak, jak zazwyczaj, pozycji obronnej, lecz słuchałam, jak dr Miravalle wyjaśniał naukę Kościoła katolickiego o Maryi. Po pierwsze, nie jest ona boginią – jest godna czci i szacunku, ale nie uwielbienia, które należy się jedynie samemu Bogu. Po drugie, jak żadna inna matka, jest stworzeniem uformowanym w niepowtarzalny sposób przez swojego Syna. Po trzecie, Maryja radowała się w Bogu, swoim Zbawicielu (co wyraziła w Magnificat), ponieważ Jezus wybawił ją od grzechu od chwili poczęcia. Innymi słowy, jej bezgrzeszność była darem łaski, działającej, zanim popełniła grzech. (Z pewnością Bóg uchronił wielu z nas od wielkiej rozwiązłości, zanim zdążyliśmy w nią popaść. Możliwe więc, że Maryję uchronił jeszcze wcześniej. Uznałam to za prawdopodobne.)

Po czwarte, tytuł Królowej Nieba nie oznaczał – jak mylnie uważałam – że Maryja została poślubiona Bogu. Wynikał stąd, że spotkał ją zaszczyt stania się Królową Matką Jezusa, Króla Królów i Syna Dawida. W Starym Testamencie Król Salomon, także syn Dawida, wyniósł swą matkę, Batszebę, na tron po swojej prawicy, oddając jej ze swym dworem hołd jako królowej matce. A w Nowym Testamencie Jezus wyniósł swoją Matkę, Najświętszą Maryj ę Pannę, na tron po swojej prawicy w niebiosach, zapraszając nas, byśmy oddali jej hołd jako Królowej Matce Niebios.

Po piąte, misją Maryi jest wskazywanie nie na siebie, lecz na swego Syna mówiąc: „Uczyńcie, cokolwiek wam powie”. W tym momencie uświadomiłam sobie, że niektóre formy kultu maryjnego, koncentrujące się na Maryi z pominięciem Jezusa, mogą być sprzeczne z nauką katolicką na jej temat. Być może ci biedni ludzie, nawet nieświadomie, obrażają Najświętszą Pannę. Próbują oddawać jej cześć, a jednocześnie ignorują jej podstawową misję prowadzenia nas do Syna.

Wracając tego wieczoru do domu, odbyliśmy ze Scottem ciekawą rozmowę na temat argumentów dr Miravalle. Scott dodał jeszcze parę uwag o Maryi jako Bożym arcydziele, które uznałam za warte uwagi.

– Maryja jest arcydziełem Boga. Czy byłaś kiedyś na wystawie, na której twórca prezentował swoje prace? Czy uważasz, że obraziłby się na ciebie za to, że przypatrujesz się czemuś, co uważa za swoje arcydzieło? Czy miałby pretensję, że patrzysz na nie, a nie na niego? Czy wołałby: „Hej, ludzie, macie patrzeć na mnie!”? – Nie, artysta poczytywałby sobie za honor to, że z uwagą oglądasz jego dzieło. Właśnie Maryja jest dziełem Boga, od początku do końca.

– Gdy ktoś chwali któreś z naszych dzieci – kontynuował Scott – czy przerywasz mu mówiąc: „Chwal tego, komu się to należy”? Nie, bo przecież wiesz, że zaszczyt, który spotyka nasze dziecko, jest także twoim zaszczytem. Podobnie Bóg odbiera cześć i chwałę, gdy czczone są Jego dzieci.

Gdy wieczorem zastanawiałam się nad tym wszystkim podczas modlitwy, po raz pierwszy zapytałam Boga, co On myśli o Maryi. W moim sercu pojawiły się takie sformułowania jak: „Ona jest Moją umiłowaną Córką”, „moje wierne Dziecko”, „mój piękny Przybytek”, i „moja Arka Przymierza, niosąca Jezusa światu”.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego cały czas odnosiłam wrażenie, że katolicy oddają Maryi cześć boską. Wiedziałam przecież, że jest to wyraźnie zabronione przez Kościół. W pewnym momencie olśniło mnie. Uświadomiłam sobie, że protestanci przez oddawanie czci Bogu rozumieją śpiew, modlitwę i głoszenie kazań. Skoro więc katolicy śpiewają pieśni maryjne, zwracają się do niej w modlitwie i nauczają o niej w kazaniach, protestanci dochodzą do wniosku, że oddaje się jej cześć boską. Katolicy natomiast przez oddawanie czci Bogu rozumieją ofiarę Ciała i Krwi Pańskiej. I nigdy nie przyszłoby im do głowy, by składać w ofierze Maryję ani też jej składać ofiary na ołtarzu. Było to dla mnie niezwykle odkrywcze spostrzeżenie.

Moje główne obiekcje teologiczne zostały już rozstrzygnięte. Pozostał jednak mur, bariera emocjonalna, wymagająca nadprzyrodzonego daru wiary, by chociaż zechcieć za nią zajrzeć – nie mówiąc już o jej przekroczeniu. W listopadzie 1988 roku pisałam: „Tam, gdzie jest śmierć, Bóg może przynieść zmartwychwstanie. Ale po to, by zmartwychwstać, trzeba zupełnie umrzeć. Czy już umarłam? Czy w pełni przylgnęłam do Ciebie, Panie, by umierać dla siebie i żyć dla Ciebie? Tak trudno lawirować między depresją a rozpaczą. W całym tym zamieszaniu błogosławię Ciebie, Panie, bo Ty od samego początku znasz przyszłość”.

Pewnego dnia, gdy moje dzieci były wyjątkowo uciążliwe, zadzwonił do mnie znajomy. Gdy zwierzyłam mu się ze swoich problemów, powiedział:

– Dlaczego nie potraktujesz Maryi jako wspaniałej matki, do której zawsze możesz udać się po pomoc?

– Będę szczera – odparłam. – Po pierwsze, mówisz mi, że mam do czynienia z kobietą, która nigdy nie zgrzeszyła. Po drugie, mówisz, że miała tylko jedno dziecko i to w dodatku idealne. Sam pomyśl, jak to wygląda – siedzą sobie przy obiedzie, nagle coś jest nie tak i wszyscy patrzą na ś w. Józefa, bo to przecież musi być jego wina! W ogóle nie uznaję proszenia świętych o wstawiennictwo, ale gdybym uznawała, zwróciłabym się do Józefa. Nie mam nic wspólnego z Maryją!

(Jakiś czas później podzieliłam się tą historią z przyjaciółką, która niepokoiła się moim brakiem odniesienia do Maryi. Zastanowiła się chwilę i powiedziała:

- Kimberly, to prawda, co powiedziałaś. Maryja była doskonała i miała tylko jedno doskonałe dziecko. Ale jeżeli naprawdę jest matką wszystkich wierzących, to pomyśl sama, iloma trudnymi dziećmi musi się zajmować!)

Właśnie w tym czasie Bóg, w swoim miłosierdziu, dopuścił na nas szczególne cierpienie. W 1989 roku w wyniku poronienia straciliśmy dwoje dzieci: jedno w styczniu, Rafaela, a drugie w grudniu, Noela Franciszka. Użyłam zwrotu „w swoim miłosierdziu”, gdyż On wspaniale potrafi wykorzystywać ból i cierpienie po to, by odwrócić naszą uwagę od drobiazgów i przyciągnąć do siebie. Jak mówiła Matka Teresa, cierpienie jest czułym dotknięciem Boga, wzywającym nas do powrotu do Niego, do przyznania, że nasze życie zależy nie od nas, lecz od Niego i można Mu je całkowicie zawierzyć. Uświadomiłam sobie jeszcze głębiej znaną mi już prawdę, jak antykoncepcja ma się do Bożego daru nowego życia, i zaczęłam rozumieć na własnym przykładzie zbawczą naturę cierpienia.

O wiele bliższą rzeczywistością stało się dla mnie niebo. Do tej pory wyobrażałam je sobie jako miejsce, gdzie będę tylko z Jezusem. Nauczono mnie, że myśl o innych, z którymi mogłabym tam być, odbiera chwałę i zaszczyt bycia z Jezusem. Jednak teraz, gdy przy każdym poronieniu umierała część mnie, tęskniłam za tym, by być z tymi dziećmi, trzymać je w objęciach, poznać te bezcenne dusze. Radość z ponownego spotkania najbliższych osób – rodziców, rodzeństwa, dzieci – którzy wraz z nami kochali Pana, jest radością objawiającą chwałę Boga. Jej odblaskiem, a nie umniejszeniem.

Niebo opisane jest jako wspaniała uroczystość, weselne gody Baranka! Miłość w miarę udoskonalania się nie zanika, ale osiąga swój najpełniejszy rozkwit w obecności naszego Boga.

Po zabiegu chirurgicznym z powodu ciąży pozamacicznej, któremu poddałam się 22 stycznia 1989 roku, leżałam na sali szpitalnej z pustką w sercu. Czułam się tak bardzo samotna – po stracie życia, które poczęłam, i na skutek silnego fizycznego bólu po cesarskim cięciu (tym razem nie złagodzonego zwykłą pociechą nowo narodzonego maleństwa w objęciach matki). Scott pojechał do domu zająć się trójką naszych starszych dzieci, którym nie pozwolono odwiedzić mnie w czasie czterodniowej rekonwalescencji. Na domiar złego umieszczono mnie na oddziale noworodków, gdzie przez cały pobyt słyszałam głosy dzieci i ich matek.

Gdy otwierałam swoje serce przed Panem, wyobrażając sobie utracone maleństwo w Jego ramionach, przypomniał mi On fragmenty Pisma Świętego z Listu do Hebrajczyków - rozdziały 11 i 12, których już dawno temu nauczyłam się na pamięć. (Chcę podkreślić, jak ważne było, że znałam te fragmenty, gdyż dzięki temu Bóg mógł przypomnieć mi je w czasie kryzysu, gdy nie miałam dostępu do Jego Słowa. Katolicy mogą i powinni uczyć się na pamięć fragmentów Pisma Świętego - protestanci nie mają żadnego nadprogramowego genu, który by im to ułatwiał!)

Rozdział 11 Listu do Hebrajczyków podaje bohaterskie przykłady wiary, wyliczając świętych, którzy dla Boga zaryzykowali wszystko, z własnym życiem włącznie. Rozdział 12 zaczyna się słowami: „I my zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, [a przede wszystkim] grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala”.

Uważałam, zgodnie z nauką protestancką, że wyznawane przeze mnie w Credo świętych obcowanie znaczy tyle, że święci w niebie obcują ze sobą i święci na ziemi obcują ze sobą. Natomiast kontakt pomiędzy niebem a ziemią istnieje tylko pomiędzy każdym z nas a Panem. Stary Testament wyraźnie potępiał nekromancję - nawiązywanie kontaktów ze zmarłymi w celu poznania przyszłości.

Jednakże z 12 rozdziału Listu do Hebrajczyków zdawało się wynikać, że biegnąc w wyznaczonych nam zawodach mamy dokoła siebie (teraz) braci i siostry, którzy ukończyli bieg przed nami. Innymi słowy – w mojej szpitalnej izolatce nie byłam sama. Wiedziałam, że był tam Jezus. Ale oprócz Niego było także wielu innych braci i sióstr, którzy mnie wyprzedzili. Poczułam się tak, jakbym biegła na stadionie olimpijskim, dopingowana przez stojących na trybunach poprzednich medalistów konkurencji, w której właśnie startuję. Ci, którzy doskonale rozumieli, jaka jest cena zwycięstwa, zbierali się wokół mnie, by dodać mi otuchy.

Być może pośród mnóstwa świadków obecnych teraz na sali szpitalnej byli święci, którzy stracili dzieci o wiele starsze niż to moje. Lub tacy, którym umarł współmałżonek (a nie tylko po prostu poszedł do domu, by zająć się pozostałymi dziećmi), czy też przeżyli o wiele trudniejsze ode mnie doświadczenie samotności i złego stanu fizycznego. Jednakże nie znaleźli się tu po to, by mnie osądzać i strzępić sobie języki o moją totalną klęskę w walce ze smutkiem i samotnością. Przeciwnie – byli tu, by mnie, leżącą w bólu i smutku, otoczyć w imię Pana swoim współczuciem i modlitwą.

Jeśli, jak stwierdza List św. Jakuba 5,16, modlitwa sprawiedliwego ma wielką moc, to o ile większą modlitwa tego, który już się udoskonalił? Skoro mogę poprosić o modlitwę moją ziemską matkę ufając, że Bóg wysłucha jej próśb, dlaczego nie miałabym poprosić o to samo Matki Jezusa? Jest to zupełnie co innego niż nekromancja – chodzi o dusze żyjące, nie martwe. Nie proszę też je o przepowiadanie przyszłości, lecz o to, by wstawiały się za mną. Dokładnie na tej samej zasadzie, jak proszę o to moich braci i siostry w Chrystusie żyjących na ziemi. Nie zwracam się do nich zamiast do Jezusa, ale idę do Niego wraz z nimi, tak jak czynimy to na ziemi.

Modlitwa za wstawiennictwem świętych nie ujmuje niczego Bogu. Objawia raczej Jego chwałę przez to, że w Nim możemy żyć jako bracia i siostry w wierze. Różne fragmenty Pisma Świętego ułożyły się w jedną całość, a ja zaczęłam radować się bogactwem doktryny świętych obcowania. Wszyscy oni byli moim starszym rodzeństwem w Panu!

Do tego momentu krucyfiksy zawsze budziły mój niepokój. Jednak leżąc na szpitalnym łóżku (byłam hospitalizowana trzy razy z powodu tego jednego poronienia), patrzyłam na Krzyż i modliłam się: „Jezu, fakt, że znalazłeś się na tym Krzyżu, nadaje sens mojemu cierpieniu, gdyż mogę ofiarować je Tobie. A przecież to, co przeszłam, jest niczym w porównaniu z tym, co Ty przeszedłeś”. Jego cierpienie nadało inną perspektywę mojemu cierpieniu. Byłam za to tak wdzięczna! Pobyty w szpitalu stały się narzędziem w ręku Boga, który przyciągnął mnie do siebie tak blisko, jak jeszcze nigdy nie byłam.

Na najbliższej Mszy świętej, w której uczestniczyliśmy całą rodziną, miałam niesamowite poczucie jedności z całą rodziną Bożą. Pismo Święte naucza, że święci w niebie uczestniczą w tej samej liturgii co święci na ziemi. Tak więc cała rodzina jednoczy się przed obliczem Pana.

Rozmawiając z moją młodszą siostrą, która przeszła pięć poronień, zapytałam, jak radziła sobie z perspektywą utraty jednego dziecka po drugim. Kari zwierzyła się, że traktuje te bezcenne istnienia, które wraz z mężem utracili, jako swoje skarby w niebie. Uświadomiłam sobie, że podobnie jak oni, także Scott i ja mamy w niebie skarb w postaci tych dwóch duszyczek. Pan pozwolił, aby nasza rodzina miała tam swoich szczególnych orędowników.

Wkrótce potem nasza półtoraroczna córeczka Hanna znalazła się w szpitalu chora na odwodnienie. Wiedząc już, co to znaczy samej cierpieć w szpitalu, poznałam teraz, co czuje matka czuwająca dzień i noc przy łóżku cierpiącego dziecka. Gdy zabrano ją do szpitala, miała bardzo wysoką gorączkę, która piątego dnia podskoczyła do 105,2 stopni Fahrenheita (40,6 stopni Celsjusza).

Pielęgniarki znosiły na wyścigi lodowate kompresy i obkładały nimi Hannę, by szybko zbić gorączkę. Ponieważ spałam w jej pokoju, pospieszyłam im z pomocą. Na szczęście nie będąc pielęgniarką nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji.

Gdy kolejne kompresy nagrzewały się od jej rozpalonego ciałka, zabierałyśmy je i kładłyśmy następne. Za wszelką cenę trzeba było obniżyć temperaturę. Hanna leżała z jedną ręką podłączoną do kroplówki, a drugą wyciągała ile sił ku mnie, trzęsąc się cała.

– Mamo! Mamo! – krzyczała.

Hanna nie mogła zrozumieć, co robię. Byłam po to, żeby ją bronić od krzywdy, a jednocześnie pomagałam obkładać ją kompresami, które sprawiały jej wiele bólu i niewygody. Nie potrafiłam jej tego wytłumaczyć, ale wiedziałam, że właśnie przez to wyrażam jej swoją miłość.

W środku całego zamieszania poczułam, jak Pan kładzie mi rękę na ramieniu i mówi:

- Kimberly, widzisz, jaką jesteś dobrą matką? Kochasz swoją córeczkę, więc zadajesz jej ból, by ją uzdrowić. Czy widzisz, moja córko, jak bardzo cię kocham? Zadałem ci ból, by cię uzdrowić, by cię do siebie przyciągnąć. Chociaż pielęgniarki koncentrowały się jedynie na Hannie, w tym momencie głębsze uzdrowienie przeżywałam ja, toteż płakałam nad nami obiema.

Mniej więcej w tym czasie uświadomiłam sobie także, że czeka mnie kolejny ból. Decyzja o tym, by nie być już jedyną protestantką w rodzinie, którą założyłam, oznaczała kolejny rozłam – że stanę się jedyną katoliczką w rodzinie, z której pochodzę. Jak mogłam zgodzić się na oddzielenie od rodziny, w której się wychowałam i z którą łączyła mnie ogromna więź duchowa? Czy to możliwe, by ci właśnie ludzie, dzięki którym zaczęłam przystępować do Stołu Pańskiego, mieli być przy nim odłączeni ode mnie? Takie były moje nowe pytania i nowe troski.

Rozmowy z rodzicami i rodzeństwem na temat niektórych fragmentów Pisma Świętego – tego Pisma Świętego, które właśnie oni nauczyli mnie poznawać i kochać – stały się o wiele trudniejsze. Mojemu rodzeństwu ciężko było też patrzeć na ból, jaki zadawałam rodzicom. Widziałam, że moi rodzice w niewielkim stopniu dzielili się swoim bólem z rodzeństwem, nie chcąc, by odbiło się to na naszych wzajemnych kontaktach. (Te szlachetne dusze znosiły swe cierpienie, wspierając się wzajemnie przed Panem.)

Pisałam w tym czasie: „Świeżość wiary Mamy i Taty oraz ich gotowość do poświęceń, jakich ona wymaga, są dla mnie jasnym znakiem tego, że powinnam iść za Chrystusem tam, gdzie według mego rozeznania prowadzi mnie Jego słowo. Wiem, że idąc tą drogą, nie uniknę zadawania im bólu. To jednak nie ja wybrałam tę drogę, wprowadziła mnie na nią łaska Boża i Jego miłosierdzie”.

W Chicago znaleźliśmy ze Scottem bliską nam w swoich założeniach grupę ludzi o nazwie Towarzystwo Świętego Jakuba. Poznaliśmy tam wielu przyjaciół myślących podobnie do nas. (Nie tak, jak nasi znajomi protestanci, którzy w ogóle nie mieli ochoty nas słuchać. Czy też znajomi katolicy za nic nie mogący zrozumieć, co powstrzymuje mnie od przyłączenia się do Kościoła katolickiego.) Byli to ludzie znajdujący się w drodze, poszukujący, stawiający te same pytania, które i ja sobie zadawałam. Byłam zachwycona poznając ludzi, którzy doceniali nasze bolesne wysiłki przywrócenia jedności duchowej w rodzinie i cieszyli się moimi odkryciami.

Korzystając z przyjętego w Stanach sposobu zaznajamiania się z wiarą katolicką, zapisałam się na cykl spotkań prowadzonych w kościele Św. Patryka, opartych na Rytuale Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych. Mimo że widziałam już sens wielu doktryn katolickich, wciąż sporo było niejasności. Sytuacja przypominała mi pierwsze tygodnie w naszym nowym domu w Joliet. Scott był już pochłonięty zajęciami w College'u Świętego Franciszka, a ja całymi dniami zajmowałam się nowo narodzoną córeczką i dwoma synkami (młodszy miał trzy latka, a starszy cztery). Nie pozostawiało mi to zbyt wiele czasu na rozpakowywanie kartonów. Gdy czułam się zniechęcona tym, że przeciąga się to w nieskończoność, szłam do naszej prześlicznej jadalni i kierując wzrok tak, by nie widzieć pudeł, po prostu cieszyłam się jej pięknem. Łatwiej mi było wówczas uwierzyć, że życie wkrótce wróci do normy. Czy mogło być tak samo i z Kościołem katolickim? Być może, tylko skąd mam wiedzieć, co kryje się w „tych” kartonach? Innymi słowy - piękno Kościoła przemawiało do mojego serca. Wciąż jednak było zbyt wiele niewiadomych, by działać tak, jakby wszystko zostało już rozpakowane.

Jedne z zajęć rzuciły światło na kontrowersyjny temat -figury i obrazy Jezusa, Maryi i świętych. Zapytałam: „Dlaczego na nie pozwalać, a nawet do nich zachęcać, skoro jedno z Dziesięciu Przykazań potępia tworzenie bożków i oddawanie im czci?”.

Ksiądz Memenas odpowiedział pytaniem:

- Kimberly, czy w twoim domu jest miejsce na zdjęcia rodzinne?

-Tak.

- Dlaczego? Po co są ci potrzebne?

- Przypominają mi wspaniałych ludzi, których kocham -naszych rodziców, rodzeństwo, dzieci…

- Kimberly, czy kochasz fotografie, czy ludzi, których one przedstawiają?

- Oczywiście, że ludzi.

– Taki właśnie jest sens obrazów i figur. Przypominają nam wspaniałych braci i siostry, którzy odeszli przed nami. Kochamy ich i dziękujemy za nich Bogu.

– Problem dotyczy tu czegoś innego niż tego, czy powinny one w ogóle istnieć, gdyż już w Starym Testamencie, wkrótce po ustanowieniu Dziesięciu Przykazań, odnajdujemy konkretne instrukcje, jak wykonać posągi, mające być częścią Świętego Świętych. Na przykład wyobrażenie ogrodu i postaci cherubinów ponad tronem miłosierdzia. Bóg nakazał też Mojżeszowi, by sporządził węża z brązu, umieszczonego na palu, by ludzie pokąsani przez węże mogli spojrzeć na niego i odzyskać zdrowie. Albo Bóg zaprzecza sam sobie, albo w przykazaniu chodzi o to, by nie oddawać chwały posągom (jak uczynili to Izraelici ze złotym cielcem pod górą Synaj), a nie o to, by ich w ogóle nie mieć.

Ta i inne dyskusje dały mi wiele do myślenia. Pojawił się nowy dylemat: czuję, że pociąga mnie Kościół katolicki, ale co mam zrobić z uczuciami żalu i gniewu, które przeciwko niemu żywiłam? Bywały chwile, że nienawidziłam Kościoła, winiąc go za brak jedności w moim małżeństwie i zakłócenie szczęśliwego życia rodzinnego. Za odebranie mi radości mojej własnej relacji z Bogiem przez to, że Kościół wmieszał się w moje życie. Opłakiwałam niespełnione marzenia. A teraz tenże „wróg” stawał się moim przyjacielem, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Kiedy oddawałam to Panu na modlitwie, poczułam wyraźnie, jak Bóg mówi:

– Zobacz Mnie u podstaw tego wszystkiego. Oskarżałaś Scotta, oskarżałaś Kościół katolicki. Musisz jednak zrozumieć, że to Ja stoję za tym wszystkim. Mogę przyjąć na siebie twój gniew.

Idąc spać tego wieczoru czułam się jak małe dziecko, gdyż odegrałam się na Bogu. Byłam jak maluch siedzący na kolanach u taty, okładając go piąstkami i zanosząc się od płaczu dopóki nie uśnie z wyczerpania. Nie zajmowałam się już tym dłużej.

Rano zatelefonował do mnie przyjaciel, Bili Stehlmeyer z rozgłośni EWTN.

- Kimberly? – zapytał.

– Cześć, to ja – odpowiedziałam.

– Dziś rano podczas modlitwy Pan kazał mi zadzwonić do ciebie i powiedzieć: „Kocham cię, Kimberly”. To wszystko.

Nie skojarzyłam tego z poprzednim wieczorem, dopóki nie usłyszałam tych samych słów od mojej mamy kilka godzin później. A moja mama rzadko kiedy twierdzi, że Pan wkłada w jej serce specjalne słowo dla mnie. Nagle uświadomiłam sobie, co On chce mi powiedzieć: „Kimberly, wziąłem na siebie twój gniew. Przyjąłem go. Dalej cię kocham. Widzisz, naprawdę jestem po twojej stronie, wspieram cię i prowadzę”. Doświadczyłam głębokiego pokoju.

Oprócz mojej własnej katechizacji w ramach Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych pomagałam jeszcze przy prowadzeniu lekcji religii, na które chodził nasz Michael. Trochę po to, by zorientować się, co ci katolicy wkładają mu do głowy, a trochę, by służyć pomocą w parafii. Na każdej lekcji odmawiano Ojcze nasz, Chwała Ojcu i Zdrowaś Maryjo. Mówiłam ze wszystkimi Ojcze nasz i Chwała Ojcu, ale opuszczałam Zdrowaś Maryjo. Znałam na pamięć tę modlitwę, nie chciałam jej jednak praktykować.

Gdy dzieci przystępowały do pierwszej spowiedzi, wierzyłam już, że jest to sakrament. Cieszyłam się szczególnie z powodu jednej dziewczynki – jeśli ktokolwiek z tej grupy potrzebował spowiedzi, to ona na pewno. Kiedy odeszła od księdza, była bliska płaczu.

– Czy coś się stało? – zapytałam.

– Ksiądz powiedział, że mam odmówić Zdrowaś Maryjo – odparła.

– To najlepiej od razu idź i odmów – poradziłam.

– Kiedy nie pamiętam.

Stanęłam przed kolejnym dylematem. Nie odmawiałam jeszcze wtedy Zdrowaś Maryjo, ponieważ nie miałam pewności, czy nie obraża to Boga. Wiedziałam jednak, że po to, by sakrament był ważny, dziewczynka musi odprawić pokutę. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:

- Powtarzaj za mną: Zdrowaś Maryjo…

– Zdrowaś Maryjo…

– Łaski pełna…

Odmówiłyśmy w ten sposób całą modlitwę, a po jej zakończeniu dziewczynka spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami i powiedziała:

– Dwa razy.

Wiedziałam, że ten sakrament jest jej naprawdę potrzebny! Wzięłam więc następny głęboki oddech i zaczęłyśmy od nowa. Większość ludzi nie ma pojęcia, kiedy po raz pierwszy odmówili Zdrowaś Maryjo, ja jednak żywo zachowałam w pamięci ten mój pierwszy raz!

Pewnego wieczoru zatelefonował do mnie Dave, znajomy z Milwaukee, z pytaniem, czy nie miałabym ochoty porozmawiać o tym, co jeszcze odgradza mnie od Kościoła? Zwierzyłam się mu, że wciąż pozostaje mi problem Maryi jako duchowej matki.

– A jak rozumiesz 12 rozdział z Apokalipsy? – usłyszałam.

– Nie wiem. Nie przypominam sobie, żebym go czytała. Zaraz wezmę Biblię.

Gdy wróciłam do telefonu przynosząc Biblię, Dave wyjaśnił:

– Rozdział ten mówi o czterech czołowych postaciach biorących udział w bitwie. Jeśli nawet uznamy je za symbole różnych grup ludzi, noszą one też cechy konkretnych osób.

Kobieta z męźczyzną-synem to Maryja z Jezusem. Spójrzmy na werset 17: „I rozgniewał się Smok na Niewiastę, i odszedł rozpocząć walkę z resztą jej potomstwa, z tymi, co strzegą przykazań Boga i mają świadectwo Jezusa”.

Byłam zdumiona. Jak to możliwe, że przeoczyłam ten fragment w moim studium dotyczącym Maryi. Byłam zmuszona przyznać:

– Chyba znaczy to, że jeśli mam świadectwo Jezusa i strzegę Jego przykazań, to duchowo jest Ona moją matką. No proszę! Maryja jako dziewica-wojownik, która przez swoje macierzyństwo uczestniczy w bitwie. – Z takim obrazem mogłam się zidentyfikować.

Fragment ten pomógł mi zrozumieć, co stało się u stóp Krzyża w czasie agonii Jezusa, a co zapisał w swojej Ewangelii św. Jan (19,26-27): „Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: ŤNiewiasto, oto syn twójť. Następnie rzekł do ucznia: Ť0to Matka twojať. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie”. Opierając się na tym fragmencie, Kościół katolicki naucza, że oddanie Maryi przez Jezusa umiłowanemu uczniowi było figurą oddania Jej każdemu z Jego umiłowanych uczniów.

Ja także byłam umiłowanym uczniem. Czy więc, na wzór Jana, miałam również przyjąć Ją do swego domu jako matkę? Zamiast postrzegać Maryję jako kolosalną przeszkodę, zaczęłam widzieć Ją jako cenny dar od Pana. Jako Tą, która mnie kocha, troszczy się o mnie i modli za mnie jak matka. Przestała już być dla mnie tylko doktryną, którą musiałam przyjąć. Stała się osobą, do której mogłam przylgnąć całym sercem!

Nie wiedziałam jeszcze, czy zdecyduję się zostać przyjęta do Kościoła katolickiego na Święta Wielkanocne. W Środę Popielcową odwiozłam dzieci do mojej siostry, by móc rozejrzeć się za mieszkaniem w Steubenville. (Scott podpisał właśnie kontrakt z Uniwersytetem Franciszkańskim w Steubenville.) Ponieważ była to Środa Popielcowa, zastanawiałam się, czego by się wyrzec na okres Wielkiego Postu: czekolady, deserów… W moim przypadku byłoby to nie lada poświęcenie.

Poczułam wyraźnie, jak Pan mówi do mnie:

- Kimberly, dlaczego nie wyrzekniesz się siebie?

– Nie rozumiem. Czego mam się wyrzec?

– Dlaczego nie wyrzekniesz się siebie? – usłyszałam ponownie. – Wiesz już dosyć, by Mi zaufać i rozpoznać moje działanie w Kościele. W swoim sercu przeszłaś już z pozycji: „Nie wierzę. Udowodnij!” do: „Panie, nie rozumiem. Poucz mnie”. Dlaczego nie miałabyś zasiąść za stołem? Dlaczego nie miałabyś wyrzec się siebie w tegorocznym Poście?

Autentycznie poczułam, że to sam Pan wzywa mnie do Kościoła katolickiego. Pozostałe cztery godziny jazdy spędziłam na modlitwie i wielbieniu Pana. Głęboki pokój serca stanowił dla mnie potwierdzenie, że to było właśnie to! Nie mówiąc już o tym, jak Scott ucieszy się z tej niespodzianki!

Następnego wieczoru Scott wysłuchał opisów domów, które odwiedziłam, po czym dodał:

– Wiesz, że pojechałem do Kalifornii na konferencję apologetyczną, no i właśnie wszyscy mnie wypytują o twój obecny stosunek do Kościoła. – Tak bardzo starał się, by jego głos brzmiał swobodnie. Zrozumiał już różnicę pomiędzy swoim naleganiem a przekonywaniem Ducha Świętego. – Nie chcę cię do niczego namawiać. Jeśli to nie ma być na Wielkanoc, wszystko w porządku. Ale czy mogłabyś chociaż powiedzieć, na jakim jesteś etapie?

Nie mogłam doczekać się, kiedy mu to powiem.

– To będzie na Wielkanoc, Scott. Pan przemówił do mojego serca, gdy jechałam furgonetką i powiedział, że to ma być ta Wielkanoc. Scott? Scott, jesteś tam?

Upłynęła dłuższa chwila, zanim odzyskał mowę.

– Chwała Panu!

Po raz pierwszy mógł marzyć o tych wszystkich możliwościach, które otworzą się przed nami, gdy będziemy zjednoczoną katolicką rodziną. Nieopisana radość! Nieopisana wolność!

Był już na to czas. Czas, by zjednoczyć się na nowo pod duchowym kierownictwem Scotta. Czas na wspólną wizję służby w Kościele, którą moglibyśmy podejmować jako małżeństwo. Czas, bym uznała, że odpowiedzi na dręczące mnie wciąż pytania mogę znaleźć w Kościele, założonym przez samego Jezusa i przez Niego zachowanym od błędu. Czas, by zrezygnować z walki i okazać Bogu wdzięczność za to, co mi objawił.

Choć już od ponad roku wierzyłam w przeistoczenie, jeszcze nigdy nie zatęskniłam za Komunią. Teraz jednak głód Eucharystii był pierwszym uczuciem po przebudzeniu i ostatnim przed zaśnięciem. Jako nastolatka przyjęłam Jezusa przez wiarę jako Zbawiciela i Pana, a obecnie zapragnęłam przyjąć Jego Ciało i Krew. Uniżenie Jezusa polegało bowiem nie tylko na tym, że przyjął nasze ludzkie ciało, by stać się doskonałą ofiarą za nas; On zstąpił jeszcze niżej, ofiarując nam to samo Ciało, by stało się życiem i pokarmem naszych dusz! Uczynił tak po to, abyśmy mogli mieć Go w sobie. Nie tylko w naszym sercu, ale także w naszym fizycznym ciele, stając się żywym tabernakulum. Czułam, że jeszcze chwila, a serce mi pęknie z nadmiaru radości!

Dzielenie się nowiną nie było łatwe. Niektórzy okazywali tyle radości, że – mówiąc oględnie – było to po prostu poniżające. (Nawet nie wiesz, ile modlitw różańcowych ofiarowałem za twoje nawrócenie!) Niektórzy protestanccy znajomi nie mogli wprost uwierzyć, że po czterech latach oporu mogłam się złamać. (To tragedia!) Moja rodzina przyjęła wiadomość ze smutkiem. Nie odrzucili mnie co prawda z powodu mojej decyzji, ale ubolewali nad nią w swoich sercach. Kochali mnie i obawiali się konsekwencji, jakie mogła ona mieć dla naszej poszerzonej rodziny.

Gdy zatelefonowałam do rodziców, by powiedzieć im, że zdecydowałam się w najbliższe Święta Wielkanocne prosić o przyjęcie do Kościoła, tata ani nie odradzał mi tego, ani nie doradzał. Zapytał tylko:

- Kimberly, to przed Jezusem odpowiadasz za swoje życie. Co powie ci twoje sumienie, gdy przed Nim staniesz?

– Tato, powiem Mu z całego serca: „Jezu, kochałam Cię bez względu na konsekwencje, i okazywałam Ci posłuszeństwo we wszystkim, co zrozumiałam, idąc za Tobą aż do Kościoła katolickiego”.

– Skoro to właśnie powiedziałabyś Mu, Kimberly, to znaczy, że musisz to zrobić.

Kolejne tygodnie Wielkiego Postu opływały w szczególne łaski dla Scotta i dla mnie. Moje obawy przed spowiedzią znikły nie wiadomo kiedy. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy do niej pójdę.

Jakiś czas przed Wielkanocą Scott zaproponował:

– Może pomodliłabyś się na różańcu?

– Nie wystarczy, że zostanę katoliczką, skarbie? Daj mi żyć – odparłam z właściwą sobie potulnością.

– Tak tylko zaproponowałem – wycofał się natychmiast. Tydzień później Scott odwiedził biuro EWTN i spotkał tam Billa Stehtmeyera, który wyznał:

– Wiesz, Duch Święty powiedział mi, że mam posłać twojej żonie swój różaniec.

Mając w pamięci naszą niedawną rozmowę, Scott odparł:

– Ja bym chyba nie ryzykował.

– Dostałem ten różaniec od Ojca Świętego – nie dawał za wygraną Bili – i nigdy nie sądziłem, że się z nim rozstanę. Ale Duch Święty powiedział, że mam dać go Kimberly, więc zamierzam wysłać go jej pocztą.

Scott zrelacjonował mi tę rozmowę i dał książkę o Różańcu w ujęciu biblijnym, pozostawiając całą sprawę mojej decyzji. Gdy przesyłka z różańcem nadeszła, spojrzałam na niego i pomyślałam: „Jaki to skarb dla-kogoś, kto jest katolikiem. Nie mogę tak po prostu wrzucić go do szuflady. Czy jednak odważę się go użyć?”.

Miałam obawy, że Różaniec jest przykładem czczego wielomówstwa, wyraźnie potępionego przez Jezusa. Jednak wprowadzenie do Różańca napisane przez zakonnicę sprawiło, że zobaczyłam go z nowej perspektywy. Zachęcała wierzących, by nie patrzyli na siebie jak na wielkich, dorosłych chrześcijan, ale jak na maleńkie dzieci przed Panem. Przypominała czytelnikom, na przykład, że gdy nasze własne małe dzieci powtarzają w kółko: „Mamusiu, kocham cię”, nie odpowiadamy im: „Skarbie, porzuć to czcze wielomówstwo”. Podobnie w Różańcu zwracamy się do Maryi powtarzając jak małe dzieci: „Mamo, kocham cię, módl się za mnie”. Mimo że jest to jednostajne, staje się czczym wielomówstwem jedynie wtedy, kiedy wypowiadamy te słowa bez zwracania uwagi na ich znaczenie.

Przez pierwsze trzy dni odmawiałam dziesiątek Różańca, mówiąc:

– Panie, mam nadzieję, że to Ciebie nie obraża. – Po kilku dniach rzeczywiście poczułam, że Pan daje mi swoją aprobatę i działa we mnie przez tę formę modlitwy. Odtąd nabrałam zwyczaju regularnego jej odmawiania. Wreszcie zdecydowałam się powiedzieć Scottowi, że modlę się na różańcu. Była to kolejna chwila, kiedy wśród łez i uścisków byłam zmuszona schować dumę do kieszeni i przyznać, że to on po raz kolejny miał rację. Przeczytałam też to, co zapisałam właśnie w swoim modlitewnym dzienniku:

Rozgrzej moje zimne serce wiosenną odwilżą Twojego Ducha. Chcę usunąć się z drogi i pozwolić, abyś Ty działał przeze mnie. Proszę, przebacz mi te lata, w których odrzucałam duchowe kierownictwo Scotta. Zastąp moje serce kamienne sercem z ciała – Twego Eucharystycznego Ciała. Dziękuję za możliwość pozbycia się wszystkich mych grzechów i brudów przez potężne łaski Sakramentu Pokuty i Pojednania, który pozwala mi uczestniczyć w naprawianiu szkód wyrządzonych przeze mnie Ciału Chrystusa.

Już od dawna raduję się Oblubieńcem i Jego Ojcem i oczekuję uczty weselnej, która ma nadejść. Ale teraz Jezus chce, abym poznała Jego Oblubienicę, Kościół, i bardziej uświadomiła sobie, z kim będę świętować. Który Oblubieniec chce, by gość weselny patrzył tylko na niego? On chce, abym poznała i zachwyciła się także Oblubienicą. Do tej pory Kościół był dla mnie abstrakcją, czymś jedynie duchowym, a nie namacalnym. Teraz staje się dla mnie czymś więcej niż budujące kazania i dynamiczne nabożeństwa – staje się żywy. To już nie tylko zbiór doktryn, o ileż prawdziwszych i bogatszych niż to, co posiadałam do tej pory. To żyjący i funkcjonujący organizm złożony z ludzi grzesznych jak i ja, chorych i potrzebujących lekarza, a jednocześnie okryty wspaniałością chwały Bożej.

Obiecałam w tym Wielkim Poście wyrzec się siebie i widzę, że tak jak zazwyczaj w sprawach Bożych oddałam Ci to, czego tak naprawdę nie chciałam już się trzymać. Twoja miłość zwyciężyła, Panie. Tak, Scott miał rację. Dlaczego tak ze mną postąpiłeś? Żeby objawić swoją miłość do mnie.

Pamiętam ten dzień w Grove City, kiedy stwierdziłam, że nie wiem już, czyim jesteś Bogiem: protestantów czy katolików. Zastanawiałam się, czy to możliwe, byś trzymał stronę Scotta przeciwko mnie. Nie miałam zamiaru ustąpić. Nie chciałam czytać, studiować ani nawet się modlić – było to zbyt bolesne. Broniłam się przed śmiercią- moich marzeń, planów, mojego tytułu magisterskiego, mojego rozumienia prawdy. Moje poglądy były ustalone. Uczyć się od nowa całej teologii, ryzykować utratę przyjaźni, ranić rodzinę – nie, to niemożliwe. To tylko koszmarny sen, z którego na pewno za chwilę się obudzę. Teraz jednak, Panie, potrafię zobaczyć w tym wszystkim Twoją miłość. Nie jest tak, że kochasz mnie dopiero teraz, kiedy doszłam do prawdy. Kochałeś mnie na każdym etapie drogi – za to, kim jestem, a nie za to, kim się dopiero stanę.

Proszę, naucz mnie wszystkiego od nowa. Chcę być uległa. Skruszyłeś mnie. Wylej olejek radości na połamane kawałki gliny, by dały się formować. Moje serce na nowo opiewa dobroć Pana.

Krzyże, które zsyłałeś na mnie przez Scotta i z mojej winy w ciągu ostatnich siedmiu lat, są darem. Cierpienie odnosi skutek.

Podczas modlitwy w Wielkim Tygodniu odkryłam ze zdziwieniem, jak bardzo do Kościoła katolickiego przystaje symbol monstrancji. Podobnie jak wielu protestantów obawiałam się, że Maryja, święci i sakramenty stanowią blokadę pomiędzy wierzącymi a Bogiem. Chcąc do Niego dojść, należy to wszystko ominąć. Wydawało mi się to niepotrzebną komplikacją życia z Bogiem – by dojść do sedna, konieczne jest wyzbycie się tego, jak kolejnych warstw ziemi znad zakopanego skarbu.

Teraz jednak zobaczyłam, że prawda jest wręcz przeciwna. Katolicyzm nie jest religią Boga odległego, lecz nastawioną na Jego Obecność. To właśnie katolicy mają Jezusa fizycznie obecnego w kościołach i wierzą, że po przyjęciu Eucharystii stają się żywym tabernakulum. A ponieważ Eucharystia to Jezus, stawianie jej w centrum sprawia, że emanuje z niej całe bogactwo doktryn Kościoła, podobnie jak od Hostii w monstrancji odchodzą piękne złote promienie.

Moja Wigilia Paschalna, jak niegdyś Scotta, łączyła w sobie radość i smutek. We Mszy świętej postanowili wziąć udział moi rodzice. Uważali, że ich obowiązkiem jest być przy mnie, gdy podejmuję tak istotną życiową decyzję. Ucieszyłam się, że przyszli, gdyż chciałam dzielić ich ból z powodu oddzielenia, którego byłam przyczyną. Jednocześnie zaś odczuwałam radość na myśl, że mam zostać przyjęta do Kościoła.

Przyjechali, aby być z nami i okazać nam swoją miłość. W przeddzień uroczystości poszliśmy razem na obiad. Mogłam wtedy otworzyć przed nimi swoje serce i wyjaśnić, dlaczego chcę zostać katoliczką. Zapewniłam ich, że jest to moja własna decyzja, podjęta w trudzie po rzetelnej modlitwie i studium. Powiedziałam nawet, że gdyby Scott miał umrzeć w Poniedziałek Wielkanocny, nie zdecydowałabym się już spotykać z żadnym protestantem, gdyż zbyt wiele kosztowało mnie dojście do wiary.

Podzieliłam się też z nimi przekonaniem, że to nie ja byłam główną przyczyną ich bólu, lecz Pan, przez którego to wszystko się stało. Mnie samej o wiele łatwiej było mieć pretensje do Scotta o zadawanie mi bólu i do Kościoła katolickiego o mieszanie się w moje życie, niż zobaczyć w tym wszystkim rękę Pana. Dopiero teraz zobaczyłam, że to Bóg w swoim miłosierdziu wmieszał się w moje życie, ponieważ tak bardzo mnie ukochał.

W poranek Wielkiej Soboty zjawił się nasz drogi przyjaciel Barb z trzema liliami wielkanocnymi od grupy, do której należała nasza rodzina. Grupa ta, o nazwie „Rodziny katolickie i ich przyjaciele”, zorganizowała na wieczór specjalne przyjęcie, by wspólnie z nami świętować. Chcieli, by nasz dom już od rana wypełniony był zapachem radości. Wkrótce przybyli też z Milwaukee moi rodzice chrzestni, dr Al Szews z małżonką, przywożąc przemiłe podarunki. Przygotowując się do nabożeństwa modliłam się z moimi rodzicami w domu, a następnie z rodzicami chrzestnymi w kościele.

Po odbyciu pierwszej spowiedzi modliłam się jeszcze sama, by przygotować serce na Wigilię Paschalną. Napisałam krótki bilecik do Scotta: „Najdroższy Scottcie, jestem tak bardzo wdzięczna za ciebie i za to, że przetarłeś nam szlak. Kocham cię. K”. Nie byłam w stanie wyrazić ogromnej wdzięczności wobec Scotta za jego wierność Bogu.

W ławce za mną siedział Scott, który płakał z radości widząc, jak przyjmuję pełnię wiary i – wraz z nim – otrzymuję Pana w Eucharystii. Siedzieli tam także moi rodzice, płaczący z żalu, że wiążę się z Kościołem, którego nigdy by dla mnie nie wybrali, a który rozdzielił nas przy Stole Pańskim. Podczas przekazywania znaku pokoju ledwo mogłam pomieścić w sobie radość i ból.

Wkrótce po nabożeństwie zaczęło się świętowanie. Moi rodzice wymknęli się dyskretnie po niedługim czasie. Panowała powszechna radość z powodu mojej decyzji. W Niedzielę Wielkanocną, po uroczystej rezurekcji, pojechaliśmy całą rodziną do Milwaukee, by uczcić powstanie nowej rodziny katolickiej wraz z naszymi przyjaciółmi w domu Wolfe'ów (rodziców chrzestnych Scotta). Radość nie do opisania! W mojej duchowej podróży przyszła pora na lato.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pią 22:13, 18 Lis 2016, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 21:38, 30 Sty 2009 Powrót do góry

Niesamowita historia i droga powrotu do Kościoła katolickiego. Scott Hahn człowiek o niesamowitym intelekcie, oczytany, wykształcony, jego żona również. Na wiele fragmentów zwróciłam uwagę, ale ten potwierdza modernistyczne podejście do ekumenizmu. Zaznaczyłam to dużymi literami, niesamowite podejście, że nie trzeba sie juz nawracać tylko trwać w swojej herezji.

Cytat:
Nie było to proste, gdyż Kimberly zupełnie nie miała ochoty rozmawiać na temat Kościoła katolickiego. Co gorsze, księża, których odwiedzałem, zachowywali się dokładnie tak samo. Bywało, że wymykałem się z domu w poszukiwaniu księdza, który odpowiedziałby mi na niektóre z męczących mnie jeszcze pytań. Wszyscy po kolei próbowali mnie zniechęcić.

– Ojcze Jimie – zapytałem jednego z nich – co powinienem zrobić, żeby przejść na katolicyzm?

– Po pierwsze – odpowiedział – proszę, nie mów do mnie „ojcze”. Po drugie, moim zdaniem w ogóle nie powinieneś przechodzić na katolicyzm. Od Soboru Watykańskiego II jest to uważane za nieekumeniczne! Najlepsze co możesz zrobić, to starać się być jak najlepszym prezbiterianinem. Wyświadczysz największą przysługę Kościołowi katolickiemu, trzymając się po prostu od niego z daleka.

Zaskoczony, próbowałem coś wyjaśnić.

– Ależ ja nie proszę, żeby ojciec złapał mnie za kołnierz i wciągnął na siłę do Kościoła. Myślę, że to Bóg powołuje mnie tam, gdzie znalazłem swój dom, swoją rodzinę przymierza.

– No cóż - odpowiedział lodowatym tonem -jeśli szukasz kogoś, kto pomógłby ci zmienić wyznanie, to trafiłeś pod zły adres.

Byłem wstrząśnięty.


Nowoczesny ekumenizm nie polega już na dążeniu do jedności i nie ma starania o nawrócenie. Jak do SVII był jeden język, jeden kierunek, cel ten sam, tak od SVII jest różnorodność i zamęt.
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 11:59, 24 Sty 2010 Powrót do góry

Artykuł z Gościa Niedzielnego z numeru 51/2009 20-12-2009 a właściwie recenzja książki "W domu najlepiej" Scotta i Kimberly Hahn.
Obszerne jej fragmenty zamieszczone są powyżej.

Niełatwa droga do domu

Scott Hahn i jego żona należeli do niezwykle pobożnego, dynamicznego i misyjnego nurtu protestantyzmu amerykańskiego. U jego podstaw tkwiło głębokie przekonanie, że katolicyzm jest zdradą Boga, bałwochwalstwem, które należy wykorzenić i zastąpić szczerym, mocnym i ortodoksyjnym kalwinizmem w wersji ewangelikalnej. Scott jako młody jeszcze człowiek próbował wyrywać katolików ze szponów Babilonu i Antychrysta, by ratować ich dusze. Nie inaczej było z jego żoną (pochodzącą z rodziny pastorskiej). I nagle pewnego dnia, jeszcze na studiach teologicznych, Kimberly odkryła, że w kwestii antykoncepcji Kościół katolicki prezentuje stanowisko, które pozostałe wyznania chrześcijańskie porzuciły w latach 30. XX wieku. Szczegółowe badania doprowadzają ją (a także samego Scotta) do wniosku, że protestanci mylą się w tej kwestii, a Kościół katolicki ma rację. „Kościół rzymskokatolicki okazał się jedyną grupą wyznaniową na świecie, mającą dość odwagi i przekonania, by nauczać tej najbardziej niepopularnej z prawd. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Uciekłem się więc do starego rodzinnego powiedzonka: trafiło się ślepej kurze ziarno” – opisuje swoje odkrywanie Kościoła Scott.

Byle nie katolicyzm

Zaraz po studiach Hahn został pastorem niewielkiego zboru w stanie Wirginia i wykładowcą teologii w miejscowej szkole. Mimo licznych obowiązków duszpasterskich zgłębiał wciąż myśl teologiczną, ze szczególnym uwzględnieniem Ojców Kościoła (tu wyraźnie widać analogię do losów Newmana) i samej Biblii. A ich lektura odbijała się w jego kazaniach (on sam uznawał je za ortodoksyjnie kalwińskie) i praktyce zboru (wprowadził na przykład zwyczaj cotygodniowego sprawowania Wieczerzy Pańskiej). Żona i uczniowie zauważyli to zresztą dość szybko i najpierw oni, a potem ona przyszli do niego zaniepokojeni, że może zostać katolikiem. Hahn zdecydowanie odrzucił taką możliwość, ale po roku pracy na parafii postanowił rzucić ją i zacząć szukać odpowiedzi na dręczące go pytania teologiczne. Czuł już wówczas, że prezbiterianizm nie jest jego drogą, ale nie potrafił zaakceptować, że mógłby zostać katolikiem. Zastanawiał się nad anglikanizmem, który zachował (tak wówczas sądził) urząd biskupi i sakramenty, a jednocześnie uwolnił się od błędów Rzymu. Na konwersję nie chciała się jednak zgodzić żona, dla której prezbiterianizm był najprawdziwszą wersją Ewangelii. Kolejne lata studiów (coraz głębszych) i rozmów z przyjaciółmi doprowadziły Scotta do wniosku, że musi przyjąć katolicyzm. Kolejni pastorzy, którzy mieli go przekonać, że się myli, że nie ma racji, że Kościół katolicki jest wielką nierządnicą, gdy tylko przeczytali jego książki i zmierzyli się z nim w dyskusji, albo z niej rezygnowali, albo… zostawali katolikami. Jedyną osobą, której nie mógł do tego przekonać, była jego własna żona Kimberly.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 29726 Przeczytał: 103 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 19:54, 11 Sty 2013 Powrót do góry

Nie wiem czy to jest to samo co powyżej

Scott Hahn

(...)

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiekTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)