Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Pozycja która czyni spustoszenie w umysłach ... Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28964 Przeczytał: 272 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 10:21, 06 Sie 2014 Powrót do góry

Wątki w temacie Powstania Warszawskiego:

Nieuchronność Powstania Warszawskiego - ALEKSANDER GIEYSZTOR
(...)
http://www.traditia.fora.pl/historia,41/nieuchronnosc-powstania-warszawskiego-aleksander-gieysztor,11876.html


Prof. Witold Kieżun - DLACZEGO WALCZYLIŚMY
(...)
http://www.traditia.fora.pl/historia,41/prof-witold-kiezun-dlaczego-walczylismy,11882.html


Powstanie Warszawskie - 1944-2009
(...)
http://www.traditia.fora.pl/historia,41/powstanie-warszawskie-1944-2009,2509-15.html#55632

---------------------***------------------

"Obłęd 44" - Piotr Zychowicz.

Pozycja która czyni spustoszenie w umysłach, zwłaszcza mlodych ludzi. Tezy, tezy, tezy ... gdybydologia bez umocowania w rzetelnych faktach.


„Obłęd 44” – czyli jak NIE powinno się pisać o historii...

Przedstawiamy tekst Kazimierza Krajewskiego, historyka IPN, opublikowany w najnowszym, listopadowym numerze "Biuletynu Informacyjnego Armii Krajowej".

Na ogół pisząc w naszym „Biuletynie” o książkach, zajmujemy się tymi pozycjami wydawniczymi, które cenimy i chcielibyśmy je polecić czytelnikom zainteresowanym najnowszą historią Polski. Tym razem jest jednak inaczej. Z głęboką niechęcią siadłem do nakreślenia paru słów o książce, która jest przykładem tego, jak o historii pisać się nie powinno.

Książką tą jest „Obłęd, 44 – czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”, pióra Piotra Zychowicza, autora znanego dotychczas ze zręcznej publicystki oraz książeczki „Pakt Ribbentrop – Beck”, lokującej się bardziej w kategorii fantastyki niż w tak modnej dzisiaj tzw. historii alternatywnej. Przez całe lata historycy na rządowym, PRL-owskim garnuszku udowadniali, że Powstanie Warszawskie, militarnie skierowane przeciw hitlerowskim Niemcom, politycznie uderzało w politykę Związku Sowieckiego w Europie Środkowej. Zychowicz pragnie udowodnić, iż było inaczej, że dowódcy Armii Krajowej podejmując decyzję o zbrojnym wystąpieniu w stolicy Polski w gruncie rzeczy działali pod dyktando Józefa Stalina.

Mimo że Piotr Zychowicz jest z wykształcenia historykiem, napisana przez niego, a omawiana tu książka, nie jest pracą historyczną, nie ma też charakteru pracy naukowej. Jest pozbawiona aparatu naukowego, autor zaś nie wysila się, by budowane przez siebie tezy i oceny ludzi oraz zdarzeń, formułowane niekiedy w sposób bardzo karkołomny, w przekonujący i wiarygodny sposób udowodnić na podstawie wiarygodnych źródeł. Zasadnicze tezy jego książki, o których wspomnimy za chwilę, są udokumentowane albo bardzo słabo, albo wcale. Zychowicz nie ma na ich podtrzymanie żadnych materiałów archiwalnych, żadnych wiarygodnych dowodów. Cały jego wywód jest w zasadzie zręczną żonglerką słowami, niekiedy prowadzoną w sposób błyskotliwy, nie ma jednak nic wspólnego z warsztatem pracy historyka. Dość powiedzieć, że autor przygotowując pracę na temat tak ważny, jakim jest geneza wybuchu Powstania Warszawskiego i ocena tego wielkiego zrywu wolnościowego Polaków, a w szerszym ujęciu – także całościowa ocena Armii Krajowej – nie korzystał z żadnych archiwów!!! Ograniczył się do sięgnięcia jedynie po powszechnie dostępne, opublikowane edycje źródeł, które dość licznie wykazuje w bibliografii. Na napisanie dzieła, traktującego o wspomnianych tematach, porywają się zazwyczaj ludzie, którzy przez całe życie naukowe, lub przynajmniej jego sporą część, pracowali nad nimi. Powstanie Warszawskie 1944 roku to przecież jedno z najważniejszych i zarazem najtragiczniejszych wydarzeń w całej naszej najnowszej historii. Waga tematu wymaga nie tylko ogromnej wiedzy, ale też rozważnego i rozumnego podejścia, głębokiego przemyślenia i starannego udokumentowania wysuwanych tez. Zychowicz potrzebował zaledwie około roku, by przedstawiwszy wizję polsko – niemieckiego porozumienia anno 1939 w książeczce „Pakt Ribbentrop – Beck”, w „Obłędzie 44” „uporać” się z problematyką Armii Krajowej i Powstania Warszawskiego. Trudno oczekiwać, by tekst napisany w takim pośpiechu mógł mieć większą wartość, w tym przypadku przecież nie naukową, a jedynie w wymiarze intelektualnym.

Sprawy wielkie i ważne wymagają staranności i rzetelności, a przecież tych standardów nie spełnia tekst nakreślony w takim pośpiechu, niejako „na kolanie”. Chyba, że nie chodzi o wiedzę i prawdę, ale o chwilowy rozgłos… i związany z nim zysk ze sprzedaży intensywnie nagłaśnianej i reklamowanej książki. Ciekawe, czy autor w ogóle zastanawiał się, jak wielkie spustoszenie w świadomości młodych czytelników wywoła jego „Obłęd”. Wątpię, by książka ta skłoniła młodych ludzi do krytycznej refleksji nad dziejami ojczystymi. Językiem potoczystym i obrazowym, ale często wręcz niestosownym – może wzbudzić u odbiorcy nieprzygotowanego przede wszystkim niechęć a nawet pogardę do pokolenia akowskiego – ludzi, którzy w szeregach Armii Krajowej „na stos rzucili swojego życia los...”. A wraz z nim, także i los swej stolicy.

Scharakteryzujmy pokrótce, jak wyglądają zasadnicze tezy Piotra Zychowicza sformułowane w „Obłędzie 44”. Postrzega on historię Polski w latach II wojny światowej, z działaniami Armii Krajowej i ich finałem w postaci akcji „Burza” oraz Powstania Warszawskiego włącznie, jako jedno pasmo wręcz zbrodniczych błędów, popełnianych przez Polaków, a raczej przez ich przywódców. Wojenna historia Polski i jej podziemnej armii w tej optyce sprowadza się do generalnej tezy, że wszystkim nieszczęściom, jakie spadły na Polskę i Polaków w latach II wojny światowej, winni są oni sami. Autor uważa – i stara się o tym przekonać czytelników, że gdyby sternicy polskiej nawy państwowej i przywódcy Polski Podziemnej nie popełniali ustawicznie błędów, historia potoczyłaby się inaczej, w sposób znacznie korzystniejszy dla naszego kraju. W ów przedziwny sposób rozumowania wprowadzają nas już dosłownie pierwsze słowa książki – mianowicie jej motto – cytat z wypowiedzi Winstona Churchilla „Nie ma takiego błędu, którego Polacy by nie popełnili” Czerpanie motta z wypowiedzi człowieka, który Polskę najpodlej zdradził, jest moralnie obrzydliwe; brytyjski premier doskonale służył swojemu krajowi, ale w stosunku do Polski okazał się człowiekiem nieuczciwym. Przyjęcie takiego punktu widzenia jest bezmyślnym dostosowaniem się do optyki naszych sojuszników, którzy najpierw nas zdradzili, a następnie „umywali ręce”, twierdząc, że to nie oni są winni.

Zychowicz widzi i opisuje skutki błędów, popełnianych przez polskich przywódców, ale nie stara się zrozumieć, jakimi motywacjami i jaką wiedzą się kierowali. A że były to błędy – to wiemy dzisiaj my współcześni, po latach, gawędząc sobie o polityce i historii, siedząc w wygodnych fotelach. Tak surowo oceniani przez Zychowicza liderzy Polskiego Państwa Podziemnego tej wiedzy nie mieli, zatajono przecież przed nimi, na życzenie prezydenta USA Roosevelta, ustalenia z Teheranu i kolejne elementy relacji aliancko-sowieckich. Nasi dawni, nierzetelni sojusznicy do dziś chcą wierzyć, że w stosunku do naszego kraju realizowali tylko to, co było „koniecznością dziejową”, wynikającą z naszych, polskich błędów (a także z ich zobowiązań wobec Stalina – płacili za nie przecież nie ze swego konta, ceną była wolność Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i innych krajów środkowej Europy).

Angielski historyk Jonatan Walker postrzega Polskę jako kraj zdradzony – zob. jego praca „Polska osamotniona. Dlaczego Wielka Brytania zdradziła swojego najwierniejszego sojusznika” (Kraków 2010), polski historyk Piotra Zychowicz widzi tylko polskie błędy i ośmiela się formułować nawet zarzut zdrady wobec jednego z czołowych dowódców Armii Krajowej.

Przyjęcie zychowiczowskiej tezy, że „Polacy sami są sobie winni…” w gruncie rzeczy prowadzi także do przyjęcia optyki naszych przeciwników spod znaku czarnej swastyki i czerwonej gwiazdy. Przypomnijmy sobie chociażby komunikaty niemieckiej propagandy, z których wynikało, że swym „zbędnym cierpieniom”, tj. represjom stosowanym przez aparat przymusu III Rzeszy, winni są sami Polacy, ulegając podszeptom „Londynu i Moskwy” (patrz „plakaty śmierci”, w których o ludobójczych represjach pisano jako o karze za wystąpienia „polskich bandytów na żołdzie Londynu i Moskwy”). Wspomnijmy też propagandę sowiecką, z której wynikało, że nie było żadnych działań antypolskich, lecz jedynie „wymierzenie sprawiedliwości dziejowej” i sprawiedliwe ukaranie winnych „antysowieckiej działalności” (czyli polskiej działalności niepodległościowej); czy też komunistyczne wydawnictwa, w których znajdziemy frazy mówiące o dowództwie AK jako o „podpalaczach Warszawy”.

Zasadniczą tezą Piotra Zychowicza w kwestii Powstania Warszawskiego jest wskazanie na generała Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”, „Kobrę”, jako na człowieka, który swymi działaniami doprowadził do podjęcia przez Komendę Główną AK decyzji o rozpoczęciu wystąpienia zbrojnego w stolicy. W gruncie rzeczy jest to teza słuszna. Okulicki, wysłany drogą lotniczą do kraju przez ówczesnego Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, jako cichociemny, z jedyną misją – ograniczenia tendencji powstańczych i przekreślenia możliwości wybuchu powstania w Warszawie, postąpił wbrew otrzymanym instrukcjom. Zachował się dokładnie na odwrót, niż zobowiązał go gen. Sosnkowski. Zychowicz nic nowego jednak tu nie wymyślił. Sprawa roli, odegranej przez gen. Okulickiego w związku z Powstaniem jest od dawna znana i opisana. Publikował na ten temat w Londynie i w kraju wybitny działacz ruchu narodowego, Jan Małachowski (Jeden z rozdziałów swej rozprawki zatytułował nawet „Niedźwiadek czy Kobra?” – ze wskazaniem na „Kobrę”), a z badaczy zagranicznych Jean F. Steiner w pracy „Warszawa 1944” (wydanej w Polsce po raz pierwszy jeszcze „za komuny” poza cenzurą, wznowionej legalnie w 1991 r.). Można jedynie dziwić się klakierskiemu harmiderowi, jaki zapanował wśród historyków młodszego pokolenia, w tym niestety także i wśród moich kolegów z IPN (nawet tych związanych z opcją piłsudczykowską – powstańczą) w związku z publikacją Zychowicza. Zasadnicza myśl nie była jego autorstwa, znano ją od dawna. Zychowicz ubrał ją jedynie w formę, brutalną i miejscami niestosowną dla człowieka z wykształceniem historycznym, ale widać taki sposób pisania o sprawach ważnych odpowiada dzisiejszym elitom.

Istotne jest jednak to, co Zychowicz pisze o motywacjach, jakimi jego zdaniem kierował lub mógł się kierować gen. Leopold Okulicki. To rzeczywiście pewne novum w dotychczasowej literaturze tematu. Wysuwa mianowicie cztery hipotezy, wszystkie nieudokumentowane, pozostające w sferze domniemań i, w gruncie rzeczy, nieuprawnione.

Pierwsza z nich, „optymistyczna” (klasyfikacja tez wg Zychowicza) głosi, że gen. Leopold Okulicki „pchając Komendę Główną AK do Powstania Warszawskiego, chciał zmazać plamę na honorze oficera, jaką było jego zachowanie w sowieckim więzieniu cztery lata wcześniej”. Rzeczywiście, z pozorów sądząc, gen. Okulicki zachowywał się w śledztwie po aresztowaniu we Lwowie w czasie pierwszej okupacji sowieckiej – dziwnie miękko. Surowo osądzający go Zychowicz nie zadał sobie jednak trudu, by postarać się sprawdzić, co z tego, co zeznał generał, NKWD i tak już wcześniej wiedziało z donosów agentury i zeznań innych aresztowanych konspiratorów (można pokusić się o to chociażby pracując na materiałach sowieckich już publikowanych). Przecież Okulicki, wystawiony przez agenta NKWD – oficera ZWZ znanego jako „Waldy Wołyński”, był od chwili przekroczenia granicy pomiędzy GG i strefą okupacji sowieckiej dokładnie namierzony przez sowieckie służby specjalne. NKWD znało każdy jego krok i każdy lokal, z którego korzystał. Czy w tej sytuacji można mówić, że „zasypał” coś, o czym sowieci i tak już doskonale wiedzieli? A on widział, że oni wiedzą – i prowadził z nimi grę, znaną niemal każdemu aresztowanemu przez służby komunistyczne. Zychowicz, kompletnie nie rozumiejąc specyfiki miejsca i czasu (Lwów i Moskwa – Łubianka anno 1941), zniża się do tak skandalicznie niskiego poziomu merytorycznego i moralnego, jaki zaprezentował ostatnio prof. Romanowski z Krakowa, wypisujący w pewnej gazecie niestworzone wręcz brednie na temat postawy rotmistrza Witolda Pileckiego w śledztwie prowadzonym przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.

Druga teza – „pesymistyczna”. Gdy generał dostał się do Warszawy, jakoby „został namierzony przez sowiecki wywiad, który polskie podziemie miał przecież znakomicie zinfiltrowane”. Zdaniem Zychowicza, znalazł się pod presją oficerów NKWD, mógł być przez nich szantażowany (Zychowicz uważa, że sowieci mogli szantażować go jego „miękką” postawą w śledztwie w 1941 r.). W rzeczywistości sprowadza to postać tragicznego generała do statusu „agentury wpływu”.

Teza trzecia – „fatalna” – według Zychowicza gen. Okulicki mógł być „pożytecznym idiotą”, osobą rozgrywaną z wykorzystaniem nadmiernych ambicji i w efekcie manipulowaną przez sowieckie służby specjalne. Zatem znów w grę wchodziłaby „agentura wpływu”.

Czwarta teza – „katastrofalna”, według której, zdaniem Zychowicza, „Leopold Okulicki był sowieckim agentem”. I dwa wiersze dalej: „Był agentem albo agentem wpływu”. Dodajmy, zwerbowanym jeszcze w 1941 r. Prócz spekulacji intelektualnych, zapewne nie dla wszystkich przekonywających, Zychowicz nie ma ani jednego dokumentu, ani jednej relacji na potwierdzenie tej tezy. Zdając sobie sprawę ze słabości tego „błyskotliwego” wywodu, dla wsparcia swej teorii Zychowicz chwyta się nawet wywoływania duchów. Mianowicie powołuje się na wypowiedź nieżyjącego prof. Pawła Wieczorkiewicza, który jakoby miał w jednym z wywiadów skłaniać się właśnie ku tej wizji, tak dalece dla gen. Okulickiego niekorzystnej. Tyle tylko, że ów fragment wywiadu nigdy nie został opublikowany i zmarły profesor nigdy go nie autoryzował, a także nie sformułował publicznie owej hipotezy. Można wątpić, czy profesor istotnie kiedykolwiek wypowiedział tego rodzaju zarzut pod adresem ostatniego dowódcy Armii Krajowej. Rozumowanie, zaprezentowane przez Piotra Zychowicza, nie ma nic wspólnego z warsztatem pracy historyka; jeśli można je do czegoś porównać, to raczej do stylu żurnalisty piszącego w prasie brukowej (nie musi być prawdziwe, wystarczy żeby gwarantowało rozgłos).

Nakreśliwszy swe cztery hipotezy i opluwszy generała zamordowanego przez sowietów, Zychowicz tak jak Piłat umywa ręce – twierdząc, że nie wie która z nich jest prawdziwa. Zapewne w grę wchodzi także i zrozumiały strach przed procesem o naruszenie dóbr osobistych, który mogłaby mu wytoczyć rodzina generała. Autor „Obłędu 44” wydaje się nie dopuszczać możliwości, że żadna z jego hipotez nie jest trafna!

Wspomniany już Jan Matłachowski, kreując obraz odpowiedzialnego za wybuch powstania w Warszawie gen. Okulickiego jako zdradzieckiej „Kobry”, a nie poczciwego „Niedźwiadka” – nie odmawiał mu jednak motywacji szlachetnych i ideowych. Matłachowski znał chyba wszystkie wybitne postacie z „polskiego” Londynu i wojennej emigracji, rozsianej w szerokim świecie, wiele z nimi rozmawiał na temat kulis wybuchu powstania. Miał informacje ze znacznie lepszych źródeł, niż wspomniany duch prof. Wieczorkiewicza, „wywołany” przez Piotra Zychowicza. Matłachowski uważał, że gen. Okulicki, mając świadomość niekorzystnych rozstrzygnięć, jakie w sprawie polskiej podjęli przywódcy sprzymierzonych mocarstw, w przeciwieństwie do gen. Sosnkowskiego – uważającego, że w tej sytuacji trzeba „zwijać sztandary” i przygotowywać się na ciężkie czasy – chciał jeszcze raz zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Zdaniem Matłachowskiego gen. Okulicki uważał, że wywołanie w Warszawie prawdziwego powstania, w którym „ulice spłyną krwią”, a miasto legnie w gruzach – zmusi naszych wielkich sojuszników do zmiany postępowania. Że walka i tragedia Warszawy poruszy sumienie wolnego świata. Okazało się jednak, że się przeliczył, że w wielkiej polityce sumienie i względy moralne w ogóle nie wchodzą w grę. Liczą się wyłącznie interesy wielkich mocarstw, tych które „rozdają karty”. Rozumowanie Okulickiego okazało się, niestety, błędne i przyniosło narodową tragedię. Nie ma w nim jednak elementów zdrady czy głupoty. Pod pewnymi względami było to rozumowanie racjonalne – wolność i całość Polski warta jest przecież największych ofiar.

Zychowicz nie bierze też w ogóle pod uwagę czynnika psychologicznego, jakim jest ideowa przynależność osób podejmujących decyzję o rozpoczęciu walki w Warszawie do „pokolenia legionowego”, do grupy piłsudczyków – legionistów. Gen. Leopold Okulicki i „szara eminencja” KG AK, gen. Grzegorz Pełczyński – to legioniści z pierwszej Brygady, a kolejny „rozgrywający” omawianą sytuację – pułkownik Jan Rzepecki – to peowiak (członek POW). To przedstawiciele zbiorowości charakteryzującej się wielkim napięciem ideowym, zbiorowości która w 1914 r. usiłowała wywołać najbardziej nieracjonalne w dziejach Polski powstanie, do którego na szczęście nie doszło! Chodzi tu o pewien sposób myślenia, o wolę tworzenia faktów dokonanych wbrew wszelkim niesprzyjającym okolicznościom i nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi. Zapewne każdy z nich miał inne powody, by dążyć do podjęcia walki w Warszawie. Pułkownik Rzepecki, człowiek piłsudczykowskiej lewicy, był zwolennikiem dogadywania się z sowietami. Pewnie sądził, że lepiej będzie się prowadziło negocjacje z komunistami ze stolicy wyzwolonej przez polską Armię Krajową. Trudno powiedzieć, czym kierował się Pełczyński – być może jedynie piłsudczykowską wolą czynu, niekoniecznie głęboko przemyślanego.

Ale przedmiotem rozważań Zychowicza jest przede wszystkim generał Okulicki. I tu, oprócz gołosłownego „gdybania”, nie zdobywa się on na jakikolwiek poważniejszy wysiłek badawczy. Wierząc, że tragiczny generał był marionetką w rękach sowieckich służb specjalnych lub wręcz ich agentem, Zychowicz nawet nie próbuje ustalić, jak wyglądały kontakty polityczne Okulickiego przed lotem do okupowanego kraju. Nie ma pojęcia, z kim liczył się on w polskim Londynie, kto mógł mieć na niego wpływ. Czy np. nie był naciskany przez jakieś polskie emigracyjne gremia polityczne. Nie wie, jak wyglądały jego relacje z ludowcami Mikołajczyka czy z ludźmi związanymi z gen. Andersem. Nie starał się nawet dotrzeć do źródeł brytyjskich, które mogłyby wnieść wiele do tej sprawy. Wiadomo przecież, że gen. Okulicki był typowym oficerem liniowym, raczej wykonawcą niż kreatorem zdarzeń, człowiekiem o dość nieskomplikowanej osobowości. Autor „Obłędu 44” nie ma jednak najmniejszego pojęcia o kontaktach i powiązaniach gen. Okulickiego z osobami i środowiskami, które mogły wpływać na jego decyzje i działania. Nie stara się rozwikłać tajemnicy, kto w Londynie – i w jaki sposób – rozgrywał z gen. Okulickim sprawę jego stosunku do wystąpienia powstańczego w Warszawie, dodajmy – stosunku niezgodnego z zaleceniami najwyższych polskich władz wojskowych i sprzecznego z założeniami planów militarnych Armii Krajowej i ideą akcji „Burza”. Ale to przecież także tylko nieudokumentowane „gdybanie”, najbardziej prawdopodobna wydaje się „psychologiczna” teoria Jana Matłachowskiego, w której generał Okulicki, ukształtowany przez legionową formację ideową, jawi się jako człowiek stawiający w „grze o Polskę” wszystko na jedną kartę. I przegrywający z kretesem swe rozdanie ...

Jeszcze kilka uwag na temat zasadniczych tez książki Zychowicza. Powstanie Warszawskie, jego zdaniem „.. nie było dowodem na potęgę Polaków – było dowodem ich słabości. Dowodem na to, że jesteśmy narodem, który można wyrzynać całkowicie bezkarnie” (str. 366). Ciekawe, co napisałby autor tych słów, gdyby Powstania nie było i gdyby Niemcy ewakuowali ludność Warszawy, wywożąc ją po części na roboty w miastach Rzeszy, na rzeź pod bombami alianckimi (np. w „żywcem spalonym” Dreźnie), a po części do obozów koncentracyjnych. A Warszawę przekształciliby w improwizowany węzeł obronny, obracający się stopniowo w kupę gruzów w trakcie walk, które żołnierz niemiecki prowadził przecież mistrzowsko nawet w okrążonych i odciętych od głównych sił Wehrmachtu miastach (patrz – Kołobrzeg, Wrocław, na końcu Berlin). Zapewne wówczas zarzuciłby oficerom z Komendy Głównej AK kunktatorstwo, niedołęstwo oraz nieodpowiedzialność i być może znów wywiódłby tezę o słabości Polaków, których „można wyrzynać całkowicie bezkarnie”. Tylko tym razem inaczej by ją uzasadniał (przecież AK miała w mieście „takie” siły w konspiracji i nic nie zrobiła by ratować stolicę …).

I dalej wywodzi Zychowicz: „Gdyby nie było powstania, Polska byłaby dzisiaj innym, lepszym państwem. Bardziej przypominającym II Rzeczpospolitą niż – jak obecnie – PRL. Bez Powstania dzisiejsza Polska byłaby bardziej polska”. Zatem skoro już uprawiamy rozważania o historii właściwą dla Piotra Zychowicza metodą „gdybania” – trzeba postawić pytanie, czy bez tak krytykowanego Powstania w Warszawie – Polska w ogóle by istniała jako odrębny twór administracyjny, nawet tak kaleki i niesuwerenny, jakim była rządzona przez dyktaturę komunistyczną PRL? Wielokroć przywoływany przez Zychowicza prof. Paweł Wieczorkiewicz w jednym ze swych tekstów dotyczących Powstania (wystąpienie w Centralnej Bibliotece Wojskowej) wysuwał tezę, w której dopuszczał, że wydarzenia rozgrywające się nad Wisłą w sierpniu i wrześniu 1944 r. przesądziły, iż Polska nie stała się 17 republiką sowiecką. Zmarły profesor opierał się w tym wypadku na wypowiedziach zawartych w relacjach niektórych „polskich” działaczy komunistycznych. Nie trzeba chyba przekonywać naszych czytelników, że ludziom tym kompletnie nie zależało na istnieniu Polski jako odrębnego bytu i w gruncie rzeczy wielu spośród nich bardziej by odpowiadało zarządzanie w imieniu Stalina nie PRL-em a „polską republiką sowiecką”, tą siedemnastą. Gdyby tak się stało, nasza obecna kondycja państwa byłaby wielokroć gorsza, niż ta, która jest spuścizną po PRL-u.

I jeszcze jedna uwaga z kategorii „gdybania”. Gdyby nie było hekatomby Powstania Warszawskiego w 1944 r., mimo wszystko chlubnie wpisującej się w dzieje II wojny światowej, mielibyśmy zapewne w roku 1956 kolejny zryw niepodległościowy, zakończony masakrą podobną do węgierskiej, albo jeszcze od niej gorszą. Zychowicz, tak narzekający na „głupotę Polaków”, nie zauważył, że świadomość ogromu ofiar powstania sierpniowego stała się dla nas naturalnym hamulcem działań emocjonalnych na kolejne lata opresji, tym razem komunistycznej. Gdyby Polacy chwycili w 1956 r. za broń, tak jak Węgrzy, bez wątpienia pozostaliby podobnie jak oni osamotnieni – tyle że bez austriackiej granicy, za którą setki tysięcy Węgrów uciekło po przegranej.

Zychowicz ustawicznie w swych wywodach podpiera się przemyśleniami i zapożyczeniami z jednego z największych polskich pisarzy, Józefa Mackiewicza. Nie zauważa jednak tych elementów jego twórczości, w których pisarz ten stwierdza, że „dobór słów jest sprawą bardzo ważną”. Zychowicz ze słowami kompletnie się nie liczy. W sferze języka zniża się do stylu telewizyjnych celebrytów i polityków, którzy lubują się w epatowaniu czytelników, widzów oraz słuchaczy radykalnymi sformułowaniami, niezgodnymi z kulturą słowa, niezasadnie przypisywaną ludziom ich stanu. Akcja „Burza” zdaniem Zychowicza – „… była samobójstwem. Komenda Główna Armii Krajowej wydała NKWD rzesze patriotycznie nastawionej polskiej młodzieży. Był to największy akt denuncjacji do komunistycznych służb bezpieczeństwa w historii. Dokonał go generał Bór-Komorowski i oficerowie z jego otoczenia. Ludzie, którym dzisiaj w Polsce stawia się pomniki”.

Cóż, nawet jeśli uważamy, że akcja „Burza” była błędem, to posługujmy się innymi słowami. A Zychowicz pisze dalej, że to „najbardziej haniebny epizod historii”, że akcja „Burza” jego zdaniem, w ogólnej ocenie jest „upokarzająca”. Operacja „Ostra Brama”, próba opanowania polskimi siłami Wilna, to zdaniem Zychowicza „niedorzeczny plan”. Powołując się na niezidentyfikowanych relatantów twierdzi, że bój o Wilno „to był horror” – „oficerowie pędzili ich naprzód bez żadnego sensu i skoordynowanego planu ...” (tak pisze polski historyk o operacji bojowej polskich sił zbrojnych, będącej przykładem niesłychanego wręcz poświęcenia i ofiarności!). Dramatyczna próba wynegocjowania przez ppłk Aleksandra Krzyżanowskiego porozumienia wojskowego z dowództwem sowieckim to dla Zychowicza „szopka”. W innym miejscu Zychowicz twierdzi, że żołnierze specjalistycznych agend AK, którzy polegli, działając zgodnie z zaleceniem aliantów podczas działań na rzecz frontu wschodniego, oddali życie nie za Polskę, ale za Związek Sowiecki (chodzi tu m.in. o sprawę poległych z siatki wywiadu dalekiego zasięgu kryptonim „Pralnia”). Albo kolejny passus: „Podczas drugiej wojny światowej Polski broniła wroga, znienawidzona przez całe społeczeństwo armia. [...] Polski bronił Wehrmacht. Każdy pocisk wystrzelony przez żołnierza Wehrmachtu na froncie wschodnim w stronę Armii Czerwonej był pociskiem wystrzelonym w obronie Polski. Spowalniał bowiem sowiecki marsz w stronę Rzeczypospolitej”. Cóż na to odpowiedzieć – no, chyba jednak nie każdy.

Zychowicz w swym proniemieckim oratorstwie zapędza się do zanegowania sensu całego niemal wysiłku zbrojnego Armii Krajowej („...na terenie Generalnego Gubernatorstwa zamiast do niemieckich przywódców strzelano do szeregowców, żandarmów, urzędników czy gestapowców niskiego szczebla. Ludzie ci stanowili bowiem najłatwiejszy cel. Można ich było spotkać w knajpach, na ulicach czy dworcach. Od wielkiego dzwonu udawało się zabić jakąś większa figurę [...]. Zysk z takich zamachów dla sprawy polskiej był żaden, a koszty ogromne”). Zychowicz, pisząc te słowa potwierdza, że nie wie, czym było Kierownictwo Dywersji (KEDYW) i na czym polegała prowadzona przez tę strukturę planowa akcja przeciw okupantowi. Nie wie, że prawie każda z tych lekceważonych przez niego gestapowskich, żandarmskich czy urzędniczych „płotek” – bo tak postrzega np. szefów niemieckiego aparatu represji w skali powiatu czy dystryktu – to byli zbrodniarze, którzy w pełni zasłużyli na śmierć z rąk akowców. Zychowicz dobiera fakty pod tezy, które chce udowodnić. Bezlitośnie np. krytykuje akcję specjalnej organizacji dywersyjnej AK na wschodzie krypt. „Wachlarz”. Zapomina jednak, że władze brytyjskie uzależniły od jej uruchomienia dotowanie działań polskiego podziemia, a uzyskane znaczące kwoty dowództwo AK przeznaczyło na zgoła inne cele niż „Wachlarz”...

Nawymądrzawszy się na temat bezsensu działalności Armii Krajowej, Zychowicz nie kreśli jednak własnej wizji, jak Polacy powinni postępować w warunkach okupacji niemieckiej. Gdzieś tam między wierszami można dostrzec ślad tęsknoty za porozumieniem niemiecko – polskim, którego nigdy nie było, lub przynajmniej za polską biernością wobec niemieckiego okupanta. Tyle tylko, że III Rzesza Adolfa Hitlera nie miała dla Polski i Polaków żadnej akceptowalnej propozycji politycznej. Miała natomiast przejrzystą wizję urządzenia tej części Europy – i dla nas w zasadzie nie było tam miejsca. Zatem może jednak trzeba było się bić, nawet wówczas, gdy sprawa nasza była przegrana, a Polska zdradzona – przegrywając tak wiele przynajmniej uratowaliśmy honor.

Zychowicz zrównuje Armię Krajową, ochotniczą armię obywatelską, z Armią Sowiecką złożoną z niewolników Stalina! – Pisze mianowicie: „Na całym świecie były tylko dwie armie [...] które całkowicie nie liczyły się z życiem swoich żołnierzy. Były to Armia Krajowa i Armia Czerwona. O ile jednak Stalin posyłał na pewną śmierć na wpół piśmiennych mużyków i odurzonych wódką Azjatów, Komenda Główna AK posłała na pewną śmierć najwspanialsze polskie pokolenie. Dzieci z inteligenckich, najbardziej patriotycznych rodzin, przyszłą elitę państwa i narodu”. Nie będę polemizował z Zychowiczem i starał się przekonywać go, że akowcy z rodzin chłopskich i robotniczych byli równie patriotyczni jak ich inteligenccy koledzy, i że oni także stanowili elitę i przyszłość polskiego narodu... Może ktoś napisze w przyszłości pracę naukową, dotyczącą społecznego pochodzenia poległych żołnierzy AK – ciekawe na ile okaże się ona zbieżna z wynurzeniami autora „Obłędu 44”. Porównanie Armii Krajowej z Armią Czerwoną Stalina wydaje się tak haniebne, że także nie będę z nim polemizował.

Zychowicz na każdym miejscu eksponuje bezsens powstańczego zrywu i brak powodzenia militarnego działań AK. Trwająca 63 dni epopeja walczącego miasta została, jego zdaniem, przegrana już w pierwszych godzinach walki (zero sukcesu – nic nie osiągnięto, tak jakby nie było funkcjonowania na znacznym, wyzwolonym obszarze niepodległej Polski – przez dwa miesiące!). Absurdalnie minimalizuje straty niemieckie do tysiąca sześciuset poległych (z jakich źródeł korzystał?). Dowódcy AK – gen. Bór-Komorowski, gen. Chruściel, gen. Pełczyński i gen. Okulicki przedstawiani są przez Zychowicza w groteskowy sposób (kontuzjowany „Bór”, całkowicie bierny – tylko się modli, Okulicki – „zadekował się w jakimś mieszkaniu i pił wódkę”, Chruściel – „miotał się próbując dowodzić (z jakim skutkiem, widzieliśmy powyżej)”). Autor nie ma odrobiny litości dla przegranych... Zapewnia czytelników o swym szacunku dla żołnierzy AK, powstańców z Warszawy, ale nie szczędzi żadnej okazji, by „wbić im szpilę”. Pisze – „Jest tajemnicą poliszynela, że podczas Powstania rozstrzeliwano powstańców za gwałty na ludności”. Nie ma w tym względzie żadnych skrywanych tajemnic, sprawy patologii występujących w funkcjonowaniu kilkudziesięciotysięcznej armii powstańczej złożonej, prócz „starych” akowców, także z nowego, ochotniczego elementu zupełnie przypadkowego opisywano jeszcze w czasach głębokiej komuny (zob. dzieła Podlewskiego; kilkanaście lat temu świetną rozprawę doktorską na ten temat napisał J. Marszalec). Po co więc pisać jakieś bzdury o rzekomych tajemnicach, dotyczących zdarzeń o znaczeniu w sumie marginalnym?

Nie chce się przywoływać kolejnych nieścisłości, nonsensów i bzdur zawartych w pracy Zychowicza. Skoro Powstanie Warszawskie dla niego to Obłęd 1944, można spodziewać się zatem, że napisze kolejne „dzieła” dotyczące dziejów ojczystych. Ponieważ nasze narodowe zrywy wolnościowe zawsze podejmowane były w momencie dla nas niekorzystnym, ich tytuły mogą brzmieć np.: Powstanie Listopadowe – „Paranoja 1830–1831”, Powstanie Styczniowe – „Szaleństwo 1863”, epopeja legionowa zapoczątkowana próbą wywołania powstania w Kongresówce – „Schizofrenia 1914”.

Sposób postrzegania historii i pisania o niej, zaprezentowany przez Zychowicza jest dla mnie absolutnie nieakceptowalny. Tak nie powinno się pisać o sprawach ważnych i wielkich. Tak nie wolno pisać o historii swego kraju. Nie powinno się siadać do pisania o historii, gdy nie nauczyło się jeszcze czynić tego bez obrażania postaci z przeszłości, gdy nie umie się pojąć ich rozumowania i motywacji. Jeśli się tych umiejętności nie opanuje – cała pisanina pozostanie wymądrzaniem się elokwentnego i popisującego się młokosa.

Dla mnie wyznacznikiem ocen związanych z Powstaniem Warszawskim, którego wszak nie jestem entuzjastą – są słowa wypowiedziane przez Delegata Rządu na Kraj, wicepremiera Jana S. Jankowskiego „Sobola” w przemówieniu radiowym 1 września 1944 roku – „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać ...”.


[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28964 Przeczytał: 272 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 10:22, 06 Sie 2014 Powrót do góry

Historyk Piotr Gontarczyk o książce „Obłęd ‘44”: błąd historyczny i intelektualny. „Takich rzeczy historyk nie robi”.

(...)

[link widoczny dla zalogowanych]



ZOBACZ WIDEO

Rozmowa z Piotrem Gontarczykiem
(...)
https://www.youtube.com/watch?v=f2qS6YKC7qI


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pią 11:54, 11 Lis 2016, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28964 Przeczytał: 272 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 12:35, 06 Sie 2014 Powrót do góry

NEC HERCULES … POLEMIKA Z ZYCHOWICZEM

PIOTR GURSZTYN

Polskie Państwo Podziemne zdało egzamin podczas II wojny światowej. Rząd londyński, nieco gorzej, ale też. Obie struktury przegrały, bo nie mogły wygrać. Taka była dysproporcja sił.

- Szkody, jakie swoją najnowszą książką Piotr Zychowicz wyrządził polskiej historii i współczesności, są trudne do oszacowania – tak surowo zaczął swoją recenzję „Obłędu 44” Piotr Gontarczyk w tygodniku „Do Rzeczy” [nr 28]. Niestety, nie sposób z nim się nie zgodzić.

Piotr Zychowicz zmarnował okazję. Przydałaby się nam książka „Polskie błędy II wojny światowej”. Są bowiem dość dobrze rozpoznane i opisane. Można je zebrać, dodać własne odkrycia i interpretacje. Szczególnie dotyczy to oceny zdolności gen. Władysława Sikorskiego, jego początkowego zapatrzenia we Francję, także braku ostrożności w kontaktach z Sowietami. W ogóle kierunek wschodni w polskiej polityce II wojny światowej był szeregiem błędów. Ale nie wyłącznie błędów.

Piotr Zychowicz zmarnował okazję, bo do jednego worka wrzucił wszystko: błędy, decyzje kontrowersyjne, niezawinione klęski. W jego wizji wszystko było tragikomedią, a polscy przywódcy tamtych czasów idiotami, albo prowokatorami lub zdrajcami. Przy okazji wyważa drzwi, które po wielokroć były otwierane – jak choćby ubolewając nad słabością Sikorskiego. Niestety w swojej prokuratorskiej pasji – inaczej bowiem nie można nazwać postawy kogoś, kto znajduje tylko okoliczności obciążające – dopuszcza się też do poważnych przeinaczeń.

Zacznijmy od ogólnych stwierdzeń autora. Elementarna logika nakazuje tego, aby unikać kwantyfikatorów tak nieprecyzyjnych, że aż nieprawdziwych. „Polska w wyniku drugiej wojny światowej poniosła największą klęskę spośród wszystkich państw, które brały udział w tym konflikcie” – już w pierwszym zdaniu autor pisze nieprawdę. Co powiedzieć o Estonii, Łotwie i Litwie, które przed wybuchem wojny były pełnoprawnymi członkami wspólnoty międzynarodowej? Straszliwe straty poniosły narody Jugosławii i byłych Sowietów, o Żydach nie wspominając.

„Żaden naród podczas drugiej wojny światowej nie ulegał też tak łatwo jak polski prowokacjom i podszeptom obcych agentów. Żaden tak lekkomyślnie, bezsensownie i na tak wielką skalę nie szafował krwią swoich najlepszych synów i córek” – czytamy niewiele dalej. Skąd autor to wie, bo nie rozwinął zbytnio tej myśli? Najłatwiej tu zweryfikować twierdzenie o szafowaniu krwią na wielką skalę. Co powiedzieć o „taktyce” Armii Czerwonej, „ludzkich falach” wojska japońskiego? Powoływaniu starców i młodzieży do Volkssturmu (to o tej formacji Niemcy mogą śpiewać „Poszli nasi w bój bez broni”)? Czy wreszcie o proporcji strat na Westerplatte, gdzie 15 poległych polskich żołnierzy z trudem uformowałoby owe czwórki, które szły do nieba. Czy to uprawnia do postawienia tezy „żaden inny”?

Ale nie tylko na poziomie ogółu, lecz i szczegółu, autor pisze rzeczy zadziwiające. S. 11 – według Zychowicza po 17 września oddaliśmy pół kraju Sowietom niemal bez jednego wystrzału. Szkoda, że zapomniał o obrońcach rejonu umocnionego Sarny, Grodna, bitwie pod Szackiem, Wytycznem i wielu innych. Napisał nieprawdę, że marszałek Rydz-Śmigły zabronił strzelać do Sowietów. Rydz-Śmigły zapewne popełnił ogromny błąd nie wydając twardszego rozkazu obrony przed Sowietami – ale jest różnica między tym stwierdzeniem, a sugerowaniem bezwzględnego zakazu walki. Błąd Rydza też nie wynikał z jakiejś miłości do Sowietów – a takie wrażenie można odnieść na podstawie ogólnego przesłania książki – lecz z zamieszania, które ogarnęło wówczas zaplecze wojsk walczących z Niemcami.

Zychowicz stosuje w całej książce dwie miarki. Wybiela Niemców (zabezpiecza się wprawdzie zdaniami o wyjątkowo zbrodniczym charakterze ich okupacji, ale dalsze jego wnioski przeczą tym zastrzeżeniom), natomiast jakiekolwiek formy współpracy z Sowietami – po 22 VI 1941 – uważa bezwzględnie za zdradę i kolaborację. Zarzuca Sikorskiemu, że oferował 23 czerwca współpracę Sowietom w walce z Niemcami, mimo, że wtedy NKWD mordowało polskich więźniów. Prawda, ale takich zastrzeżeń nie wysuwa do kolaborantów z Niemcami, mimo, że o Wawrze i Palmirach też było wiadomo.

Nieprawdą jest twierdzenie ze str. 24, że Brytyjczycy „…już od 1939 roku robili wszystko, żeby wciągnąć do koalicji antyniemieckiej Stalina”. Jest wiedzą powszechną, że na przełomie roku 1939/40 Brytyjczycy i Francuzi sposobili się do ataku na Sowiety, jako sojusznika Hitlera. Planowali bombardowanie szybów naftowych Baku, skąd Hitler miał paliwo. Po zaatakowaniu Finlandii wysyłali jej na pomoc m.in. naszą Brygadę Podhalańską. Ta jednostka została sformowana wyłącznie w tym celu! Nie zdążyła, bo Finowie poprosili o rozejm.

Nie są prawdziwe – tak jak je przedstawił autor - porównania ze str. 31 układu Sikorski-Majski (który Zychowicz nazywa paktem Sikorski-Stalin) z żądaniami Hitlera z wiosny 1939 r. Zychowicz nazywa „drobnymi” i nie uszczuplającymi polskiego stanu posiadania żądania przeprowadzenia autostrady przez Pomorze i wcielenie do Rzeszy WM Gdańska. Nie dodaje, że chwilę później Hitler zażądał przeprowadzenia plebiscytu na polskim Pomorzu i że wszystko wskazuje na to, że nie zależało mu na drobnej aneksji, ale na wyizolowaniu międzynarodowym Polski i pozbawieniu jej jakichkolwiek sojuszników. Wtedy z pyszna byśmy się mieli zaatakowani 1 września, gdyby trzeciego dnia wojny Wlk. Brytania i Francja ogłosiłyby neutralność wobec wojny niemiecko-polskiej. Układ Sikorski-Majski był niewiele wart – tu Zychowicz nic nie odkrywa. Ale nie była to wielka wina polskiej dyplomacji, bo gdyby nawet był lepszy to Sowiety, wraz ze swym powodzeniem wojennym, i tak by go zerwały. Tego Zychowicz nie pisze i nie podaje pierwszego punktu owego traktatu, bowiem mimo wszystko psułoby mu to narrację: „Rząd Związku Socjalistycznych Republik Rad uznaje, ze traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 roku, dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swoją moc”.

Szokują tezy rozdziału „Klęska pod Stalingradem”. Owszem, pewnie dobrze by było gdyby Sowieci wykrwawili się jak najbardziej w bitwach toczonych z dala od Polski. Tyle, że w tym samym czasie tysiące Polaków (i nie tylko) umierało w obozach koncentracyjnych lub było rozstrzeliwanych w masowych egzekucjach. Co im poradziłby Zychowicz? Zacisnąć zęby? Ci rozstrzeliwani nawet tego nie mogli, bo wpychano im gipsowe kneble w usta.

Tu przechodzimy do kwestii niemieckiego terroru w Polsce. Zychowicz pisze: „…ataki na Niemców powinny były zostać wstrzymane nie w roku 1943, lecz już na początku okupacji”. To wierutna bzdura – na początku okupacji nie było ataków na Niemców. Był masowy terror wobec Polaków – Intelligenzaktion, mordy Selbstschutzu, Wawer i Palmiry. Z początku nie było żadnego odwetu. Przeciwnie polskie ośrodki kierownicze powściągały wszystkie akcje zbrojne i dywersyjne, aby nie prowokować Niemców (vide: oddział Hubala). To jednak nic nie dało. Dlaczego w tym kontekście nie pojawia się nazwa Zamojszczyzny? Bo wysadza w powietrze logikę Zychowicza. Wysiedlenia na Zamojszczyźnie, szczególnie bestialskie potraktowanie dzieci, nie były reakcją Niemców na działalność polskiego podziemia. Po prostu, zgodnie z Generalplan Ost (o tym planie też nie przeczytacie Państwo w książce Zychowicza) Niemcy chcieli ziemi dla swoich osadników i potrzebowali niewolniczej siły roboczej. Tysiące ludzi uciekło wówczas do lasu. Czy byli szaleńcami, bo strzelali do Niemców, a nie do nieobecnych wówczas Sowietów? Do tych drugich mieszkańcy Zamojszczyzny zdążyli strzelać od jesieni 1944.

„Dzielni partyzanci chowali się w lasach, a rachunek – jak zwykle – musieli zapłacić cywile. Często kobiety i dzieci” – pisze z pogardą Zychowicz. Ktoś, kto czytał relacje z wojny zna tragedię tych wykpiwanych partyzantów. Oni wiedzieli, że nie są w stanie obronić tych cywili. Kobiet i dzieci, które były ich matkami, żonami, potomstwem. Tyle, że Niemcy nie dawali wyboru.

Pewien wybór dawali Czechom. Polakom od początku niczego nie oferowali, bo w odróżnieniu od Czechów nie mieliśmy dla nich nic cennego. Traktowali Czechy jako dawną część Rzeszy, którą kiedyś się zgermanizuje, wraz z jej ludnością. Zależało im na spokoju ze względu na czeski przemysł i jego bezpieczne względem nalotów położenie. Ale i tam zdarzyły się akcje odwetowe w postaci bardzo okrutnego potraktowania Lidic i wioski Leżaky, której winą było to, że ukrył się tam jeden z zamachowców na Heydricha. W 1945 r., kiedy Niemcy już przegrywali, do aktywniejszego działania przystąpił też czeski ruch oporu. Więc nawet i w tym krótkim czasie, mimo przegranej wojny, Niemcy zdążyli wymordować mieszkańców wsi Javorziczko, Prlov, Plosztina i kilku innych. Ba, nawet w czasie przegranego powstania w Pradze zdążyli wymordować mieszkańców ulicy Usobskiej. Zaś lista zbrodni niemieckich na Słowacji jest znacznie dłuższa.

Ktoś powie, że to i tak nieporównywalne z Polską. Zgoda, ale Polska miała inny ciężar gatunkowy niż Czechy. Poza tym żadna władza podziemna nie mogła na dłuższą metę zadekretować, że nie strzela się do Niemców. Wcześniej czy później znalazłoby się jakieś ugrupowanie podziemne, które uznałoby to postawę zdradziecką i zaczęłoby własną akcję. Chętnych do takiej akcji znaleźliby Anglicy, których ewidentnym interesem było zwalczanie Niemców gdziekolwiek się da. Przecież w ten sposób zginął Heydrich. Wreszcie Sowiety uruchomiłby swoją agenturę – co zresztą się działo, gdy rzucali granaty w bezsensownych akcjach typu Cafe Club.

Wiemy z przykładu Francji, jak potoczyłby się wypadki. Władze Vichy wielokrotnie i bezskutecznie apelowały do Niemców, aby ci nie rozstrzeliwali przypadkowych zakładników w odwecie za akcje ruchu oporu czy komunistów. Niemcy i tak rozstrzeliwali, chęć odwetu rosła, a autorytet Vichy spadał. A Warszawa nie była Paryżem, więc można być pewnym, że nic by tu Niemców nie krępowało w okrucieństwie.

I tu dochodzimy do największej manipulacji Zychowicza. Rozdziału o rzekomej ofercie niemieckiej „Spokój za spokój” i nierozsądnego ponoć jej odrzucenia przez polskie podziemie. Zychowicz pisze o dwóch „pragmatycznych” Niemcach, którzy nam to ferowali – gestapowcach Alfredzie Spilkerze i Paulu Fuchsie (inni autorzy piszą o nich jako o dwóch najbardziej niebezpiecznych wrogach podziemia, ale cóż …). „18 lipca 1941 roku na warszawskiej ulicy na rozkaz Fuchsa aresztowany został pułkownik Janusz Albrecht, szef sztabu Komendy Głównej ZWZ. W trakcie długich, dwutygodniowych rozmów Fuchsowi udało się przekonać Albrechta, że w obliczu wspólnego sowieckiego wroga Polacy

i Niemcy powinni zakopać topór wojenny” – pisze Zychowicz (s.93) i żałuje, że oferta została odrzucona. Zwróćcie Państwo uwagę na drugie zdanie: długie rozmowy, udało się przekonać. Zychowicz nie napisał, że Fuchs okrutnie torturował Albrechta. To były te przekonujące rozmowy. Nie wiedział o torturach? Zychowicz wiedział, ale nie powiedział. Tzn. nie w tym miejscu, by nie psuć sobie narracji. Eufemistycznie wspomniał o tym na str. 441 w innym kontekście. Naigrywa się tam, że złamany przez NKWD Leopold Okulicki składał Sowietom swoje memorandum zmiany ich polityki względem Polaków. „Zakrawa na żart”, „zwykły pułkownik” – drwi Zychowicz. A my wróćmy do owej hojnej propozycji Fuchsa i Spilkera. Wiecie Państwo jakie mieli stopnie? Byli Hauptsturmfuehrerami, czyli kapitanami, trzy stopnie niżej od „zwykłego” pułkownika. Obaj bardzo zdolni i liczący się w hierarchii gestapo GG, ale nie pełnili samodzielnych kierowniczych funkcji. Na dodatek mieli wielu rywali, Fuchs był skłócony ze swoim szefem w radomskim Gestapo. Nie byli niczyimi emisariuszami, ale prowadzili własne gry obliczone na skłócenie i rozbicie podziemia. Obaj byli przy tym wyjątkowo zwyrodniałymi zbrodniarzami (vide: rola Spilkera w Powstaniu Warszawskim).

Zychowicz żałuje też, że aresztowany Stefan Rowecki „Grot” nie przyjął oferty od Niemców. problem w tym, że nie wiadomo dokładnie, co mu oferowano. Na jakich warunkach i kto. Ale skoro jesteśmy przy historii alternatywnej to możemy podumać, co by było, gdyby ją przyjął. Po pierwsze uznany zostałby za zdrajcę i nici byłyby z jego inicjatywy. A gdyby nawet nie, to dobry przykład daje nam los organizacji Miecz i Pług. Jej przywódcy składali różne memoriały w ręce Niemców, proponowali stworzenie polskiego legionu antybolszewickiego – tyle, że Niemcy tego nie chcieli. „Mamy w końcu tragiczną nauczkę od Polski w czasie I wojny światowej. (…) Ludendorff tłumaczył się później, że wmawiano mu, iż uzyska tą drogą 500 tys. żołnierzy. Ale rozsądny człowiek mógłby z góry go przestrzec: pan otrzyma owe 500 tys., ale nie do walki z Rosją. Polacy wystawiają armię po to, aby wyzwolić Polskę. (…) Nie potrzebujemy składać żadnych obietnic wyzwolenia i niepodległości państw, których cele nie pokrywają się z naszymi celami” – to słowa samego Hitlera, których użył w czasie konferencji na temat tworzenia ROA.

Poważnym nadużyciem jest rozdział „Wołyń zdradzony”. Twierdzenie, że kilkanaście kompanii AK rozpędziłby „hajdamacką tłuszczę” jest śmieszne. Sowiety po 1945 r. potrzebowały na pokonanie UPA kilku lat i użyły do tego wielkich sił. Prowadzona na ograniczony obszarze Akcja „Wisła” pokazała też, jak poważnym przeciwnikiem była ukraińska partyzantka. A Zychowicz chce, aby kilkanaście kompanii pokonało ją w warunkach okupacyjnych. Potępia Delegata Rządu na Wołyń Kazimierza Banacha, że w jego „Odezwie do społeczeństwa Wołyńskiego” znalazło się zdanie zabraniające Polakom współpracy z Niemcami. Przemilczał jednak kolejne zdanie tego dokumentu: „Współdziałanie z bolszewikiem jest takim samym przestępstwem, jak i współdziałanie z Niemcem”. Jest w ogóle ciekawą rzeczą to, że Zychowicz, który potępia jakiekolwiek formy współpracy Polaków z Sowietami w przypadku Wołynia całkowicie przemilcza fakt współpracy polskich samoobron z sowiecką partyzantką. Domyślamy się dlaczego: bo potępienie w tym miejscu byłoby niezrozumiałe. Wołyńscy Polacy, aby przeżyć brali broń od kogo popadnie – i jest to zrozumiałe. Ale opisanie tego szczegółu byłoby niuansem, który mógłby zasugerować czytelnikowi wątpliwość, że w czasie II wojny światowej nic nie było tak jednoznaczne jak przedstawia w swoim stylu a la Katon autor „Obłędu”.

Tu mała dygresja. Pisząc o dowódcy Wołyńskiej Dywizji AK Tadeuszu Sztumberk-Rychterze potępia fakt, że zrobił on karierę w ZBOWiD. Ale gdy kilka rozdziałów później powołuje się na autorytet gen. Albina Skroczyńskiego „Łaszcza”, to już mu nie przeszkadza to, że generał też był członkiem władz ZBOWiD. I to dużo wcześniej niż Sztumberk-Rychter.

Na str.110-111 Zychowicz opisuje sprawę Józefa Świdy, dowódcy AK z Nowogródczyzny, którego podziemny sąd skazał na karę śmierci (w zawieszeniu) za zbyt bliską współpracę z Niemcami. Zychowicz przedstawia go jako bohatera, a wyrok jako skandal: „Dobry żołnierz i dobry Polak – który konsekwentnie realizował interes swojej ojczyzny – został upokorzony przez ludzi, którzy nie tylko nie dorastali mu do pięt, ale jeszcze działali na szkodę własnego narodu”.

Sprawa rzeczywiście nie jest jednoznaczna, ale możemy się przyjrzeć kim był skład sędziowski, który Świdzie nie dorastał do pięt. Oskarżycielem był szef sztabu Okręgu Nowogródek Stanisław Sędziak – niekwestionowany bohater. Sędziami byli Maciej Kalenkiewicz, skądinąd kuzyn Świdy, Jan Piwnik i jako przewodniczący Bolesław Piasecki (ten Piasecki). O nich wszystkich w innych miejscach Zychowicz pisze jako o bohaterach. Zupełnie słusznie, bo Kalenkiewicz i „Ponury” nimi byli. Przy okazji w tej dość grubej książce poświęconej infiltracji polskiego podziemia i zdradzie na rzecz Sowietów (czy też kolaboracji) pominięty został wątek Bolesława Piaseckiego. Dlaczego?

Kuriozalny jest rozdział dotyczący bitwy pod Monte Cassino. Gen. Anders powinien nie przyjmować propozycji udziału w tej bitwie. To, że walczyliśmy to przykład naszej głupoty. Głupi więc byli też Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, odziały indyjskie, francuskie, które wcześniej tam walczyły. Zychowicz jak dowód bezsensu tej bitwy daje opisy z Melchiora Wańkowicza strasznych ran i okrutnych śmierci, których tam zaznali polscy żołnierze. Czemu ma służyć ten zabieg? W innych bitwach było inaczej? Przyjemniej? Nie, było tak samo, albo jeszcze gorzej. Na str. 143 pisze, że straty niemieckie były czterokrotnie niższe. To znaczy, że skoro polskich żołnierzy zginęło tam niespełna tysiąc, to Niemców 250. Jak to policzył? Gdzie źródło? Może będzie twierdził, że tylu tylko zginęło w czasie polskiego ataku, na odcinku, gdzie walczyli Polacy. Powtórzmy pytanie: jak to policzyć? Czy zbłąkana kula z odcinka angielskiego, lub polska na angielskim, miała kod kreskowy, aby ocenić kto dokładnie zabił Niemca? A na czyje konto policzyć ogień artylerii?

To absurd w mikroskali. W skali makro wyobraźmy sobie, że Anders odmawia. OK, a potem prosi o przydział broni, żywności, czegokolwiek. Dlaczego alianci mieli wyposażać dekowników? To my byliśmy „na musiku”, zwłaszcza w 1944 r. Zychowicz proponuje, aby nic nie robić. Dać się internować? Po pierwsze w polskim wojsku większość tego nie chciała. Po drugie, większego prezentu Niemcom i Sowietom – przynajmniej ich propagandzie – nie można byłoby dać. Alianci nie potrzebowali nielojalnych i nieużytecznych sojuszników, niezależnie od swojej późniejszej nielojalności. Anglicy potrafili być bezwzględni. Przywołajmy dwa przykłady. Pierwszy to ataki na flotę francuską latem 1940 r., czego symbolem jest Mers-el-Kebir. Dokonali tego w najtrudniejszym dla siebie czasie. Drugi przykład to zbrodnicze wydanie Kozaków władzy sowieckiej. Polskich „faszystów” też mogliby wydać „demokratycznemu” rządowi w Lublinie.

Obsesję Zychowicza budzi akcja „Burza”. Długo tu tłumaczyć jej sens. W każdym razie – zdaniem niżej podpisanego – miała głębokie uzasadnienie. Jej nieprzeprowadzenie skończyłoby się takim samym efektem, czyli pacyfikacją i wywózką AK-owców na Sybir. Choćby na zasadzie obławy augustowskiej, w okręgu, który – ku zachwytowi Zychowicza – sabotował wykonanie „Burzy”. Najgorsze są jednak przemilczenia Zychowicza. Wychwala Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza”, ale nie pisze, że był on jednym ze zwolenników ataku na Wilno. Na str. 207 pisze o gen. Tatarze i płk. Kirchmayerze jako o czarnych charakterach (rzeczywiście ich późniejsze losy potwierdzają tę ocenę). Ale jako dowód ich złowrogich knowań podaje, że Tatar z Kirchmayerem przygotowywali plan „Burza”. Szkoda, że przemilczał, iż jednym z autorów tego planu był wychwalany przezeń pod niebiosa płk Janusz Bokszczanin.

Stosunkowo przyzwoicie opisał sprawę zastrzelenia dwóch pracowników BiP AK Ludwika Widerszala oraz Jerzego Makowieckiego i jego żony, którzy zostali zastrzeleni przez innych żołnierzy AK. Tu Zychowicz, wreszcie jak historyk, ma moment wątpliwości spowodowanych brakiem danych. Ale … sprawę tej egzekucji przedstawił w rozdziale poświęconym infiltracji sowieckiej w AK, a Widerszal i Makowiecki zostali zastrzeleni, gdyż inni członkowie AK podejrzewali ich o to, iż są komunistycznymi agentami. W opisie Zychowicza zabrakło dwóch istotnych elementów. Po pierwsze nie było żadnego wyroku na zastrzelonych, a zabójcy nie działali na żaden formalny rozkaz swoich dowódców. Zaś inspiratorem zastrzelenia był średniego szczebla funkcjonariusz Delegatury Rządu na Kraj Witold Bieńkowski, który po wojnie bardzo dobrze funkcjonował w PRL (był nawet posłem). Józef Światło twierdził, że Bieńkowski był agentem NKWD. Zychowicz chętnie podchwytuje wątki sowieckiej agentury w polskim podziemiu. Ten pominął. Bo dotyczy człowieka związanego z Bolesławem Piaseckim?

Dochodzimy do tematyki Powstania Warszawskiego. Właściwie prawie każde zdanie tu można kwestionować. Zychowicz cytuje Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który opisywał spotkania z ludźmi przeciwnymi wybuchowi Powstania. Ale pominął fakt, że sam Nowak-Jeziorański do końca swych dni bronił decyzji Tadeusza Bora-Komorowskiego. Absurdalny zarzut pod adresem Pełczyńskiego znajdziemy na s.265: „Znalazł się pod wpływem mocno lewicującej żony, która stała się jego „głową polityczną”. Wanda Pełczyńska, działaczka emigracyjnej PPS, nie splamiła się jakąkolwiek kolaboracją z komunistami, ani z PRL, czego nie da się powiedzieć o wielu postaciach, które są autorytetem dla Zychowicza.

Na s. 281 pisze, że Niemcy „machnęli ręką” na to, że 27 lipca 1944 nie stawiło się 100 tys. warszawiaków na kopanie okopów. To półprawda. Autor wezwania, gubernator Fischer planował następnego dnia przeprowadzić pobór siłą. Sprzeciwił się temu komendant miasta von Rohr. A gdyby się nie sprzeciwił?

„Żadna bitwa w dziejach Polski nie została tymczasem przygotowana i przeprowadzona tak dyletancko, jak bitwa o Warszawę w roku 1944” – pisze dalej autor „Obłędu44”. Doprawdy? – Nigdy nie mów nigdy – doradza się politykom. Piotrowi Zychowiczowi należałoby doradzić wykreślenie słowa „żaden”, bo w 1000-letniej historii naszej ojczyzny znajdzie się takie bitwy. Powstanie Warszawskie było przygotowywane od kilku lat. Można dyskutować, czy zrobiono to dobrze, czy źle. Są historycy – np. Norman Davies – którzy twierdzą, że zrobiono to dobrze. Plan wiadomo, że był.

Nieznośnie u Zychowicza jest podpieranie się cytatami. W tym kontekście dał szczególnie durny z Stanisława Cata-Mackiewicza: „Dla Anglii pojęcie „bój bez broni” nie istnieje”. Szkoda, że Cat-Mackiewicz nie zainteresował się pomysłami na uzbrojenie Home Guard w 1940 r. (widzowie może pamiętają scenę z polskim lotnikiem z filmu „Bitwa o Anglię”. Tak, uzbrojeniem były widły), albo nie przestudiował improwizacyjnych zdolności Anglików w czasie oblężenia Mafeking.

Każdy zarzut pod adresem dowódców AK jest dobry. Jak ten ze s.303, że jeden z magazynierów nie ujawnił składu broni przy ul. Leszno. Skąd Zychowicz wie, że to wina np. „Montera”? Nie napisał tego.

Obciąża ich za śmierć K.K. Baczyńskiego. A w tej sprawie wiadomo, że Baczyński sam upierał się, aby walczyć. Zwierzchnicy chcieli go chronić. Pisze z aprobatą o decyzji dowódcy AK na Pradze, aby się z niej wycofać. I że Praga została oszczędzona. Nieprawda. Kilka dni później wywiezieni zostali wszyscy mężczyźni i chłopcy, oraz dużo bezdzietnych kobiet poniżej 45 roku życia. Część tych osób trafiło do obozów koncentracyjnych, gdzie wiele z nich straciło życie.

A teraz rzecz, którą należy określić jako haniebną! To rozdział „Dzieci na barykadach”.

„Pomnik Małego Powstańca – według piszącego te słowa – upamiętnia jednak nie tylko walkę i męczeństwo tych najmłodszych powstańców. Przypomina również o braku odpowiedzialności oficerów Armii Krajowej, którzy pozwolili dzieciom walczyć.

Wzruszenie, jakie ogarnia na myśl o małych bohaterach sprzed blisko siedemdziesięciu lat, nie może przesłonić faktu, że podczas Powstania strona polska złamała jedną z najważniejszych reguł prowadzenia wojny w świecie cywilizowanym” – pisze Zychowicz i porównuje to z dziećmi-żołnierzami z Afryki. Nie jest tu pionierem, bo zrobił to przed nim Janusz Palikot.

I dalej: „Stoczyłem niezliczone dyskusje na ten temat, także z weteranami Powstania Warszawskiego. Zawsze słyszałem to samo: „To nie nasza wina, te dzieciaki same do nas przychodziły i garnęły się do walki”. Zawsze też odpowiadałem tak samo: Jeżeli do jakiejś barykady podszedł dziesięcioletni harcerz i domagał się, żeby pozwolono mu wziąć udział w bitwie, dowódca odcinka powinien zdjąć pas, przełożyć nieletniego zucha przez kolano, spuścić mu porządne lanie i przepędzić do mamy”.

Jeśli ktoś pyta o ahistoryzm tej książki, czyli oderwanie od zrozumienia epoki, to tu ma najbardziej uderzający przykład. Szkoda czasu na tłumaczenie, dlaczego tak jest. Lepiej zadać pytania. A jak Zychowicz ocenia przedwojenny kult lwowskich Orląt? Tam walczyły, a nie były gońcami, jeszcze młodsze dzieci. A co z całym ruchem skautowskim i harcerskim, który narodził się w czasie wspomnianego już oblężenia Mafeking? W tej perspektywie ojciec skautingu Robert Baden-Powell jest zbrodniarzem. Co z 13-letnim Tadzikiem Jasińskim z Grodna, który we wrześniu 1939 sam z siebie rzucił się do podpalania sowieckich czołgów? Cztery lata temu prezydent RP pośmiertnie odznaczył go orderem Polonia Restituta.

Zychowicz podchodzi do Powstania z maksimum złej woli. Niemieckie oferty wyjścia ludności cywilnej to „gesty dobrej woli”. Tyle, że ludność cywilna – o czym Zychowicz już nie pisze – bała się w swej masie korzystać z oferty Niemców. I w większości wolała wegetować na terenie bronionym przez powstańców.

„Rohr zapewnił, że powstańcy w niewoli będą traktowani jak żołnierze, zgodnie z międzynarodowymi konwencjami” – pisze, jakby była to Ewangelia, Zychowicz. Deklaracja von Rohra – człowieka współodpowiedzialnego za wcześniejszą rzeź Ochoty - została złożona 7 września. Szkoda, że w książce nie ma nawet wzmianki o dokonanej 27 września przy mokotowskiej ul. Dworkowej egzekucji 140 powstańców.

Zacytujmy też nieobecną w „Obłędzie” korespondencję z tych dni nt. kapitulacji. „Główną trudnością przy przeprowadzeniu kapitulacji – sił zbrojnych (…) – jest ich absolutna nieufność wobec niemieckich zapewnień. Nieufność tę podzielają nie tylko dowódcy poszczególnych rejonów obrony, lecz w pierwszym rzędzie masa żołnierzy AK. Nieufność ta uzasadniona jest niestety całym szeregiem powszechnie znanych przypadków, gdzie w toku wojny zobowiązania względnie zapewnienia poszczególnych dowódców niemieckich później albo nie były respektowane przez wyższych dowódców albo też nie były dotrzymywane przez władze administracji cywilnej a przede wszystkim przez władze policyjne” – pisał Bór do Rohra. Ten mógł mu tylko tak odpisać: „Odmawiam skomentowania Pańskich obelżywych wyrazów braku zaufania”.

Komu Państwo bardziej wierzą w tej wymianie zdań?

Autor „Obłędu” podaje minimalną wysokość strat niemieckich w Powstaniu – ok. 1600 zabitych. To dane z jednego z meldunków gen. Bach-Zelewskiego. Ale w innym meldunku, wcześniejszym, Bach-Zelewski pisał o wyższych stratach Niemców. Dlaczego Zychowicz przyjął tę, a nie inną, liczbę? Tego nie tłumaczy. Pisze, że Powstanie nie było wysiłkiem dla Niemców. „Siła bojowa wojsk, zaangażowanych na terenie Warszawy – po stracie 9000 zabitych i rannych – od 1 VIII 44 wyczerpuje się. Jednostki po tygodniach walk ulicznych są wykrwawione” – pisał 18 IX niemiecki gen. Vormann. Takich cytatów nie znajdziecie Państwo u Zychowicza.

Można długo jeszcze wymieniać przemilczenia, nadużycia i manipulacje zawarte w tej książce. Piotr Gontarczyk bronił już gen. Okulickiego. Słusznie zauważył też, że kuriozum jest oskarżanie człowieka takiego jak Kazimierz Pużak o to, że spotkał się z gen. Sierowem w oczekiwaniu na apanaże w powojennej Polsce. My na koniec odnotujmy jeszcze jedną manipulację.

„WiN w jego zamyśle miał być raczej organizacją polityczno-propagandową niż zbrojną. Jej ideowe oblicze było zaś co najmniej zaskakujące. W części deklaracji WiN, która dotyczyła polityki zagranicznej, znalazło się między innymi takie zdanie: „za konieczne uważamy utrzymanie dobrych stosunków politycznych i gospodarczych ze Związkiem Radzieckim [tak w oryginale – P.Z.]”. Jak więc państwo widzą, był to antybolszewizm bezobjawowy” – czytamy na s.471.

Tyle, że całość tego fragmentu deklaracji ideowej WiN brzmi: „Za konieczne i pożyteczne uważamy utrzymanie dobrych stosunków politycznych i współpracy gospodarczej ze Związkiem Radzieckim. Należy o tym pamiętać by te stosunki układały się przy pełnej równorzędności i niezawisłości Polski. Poniesione dla ułożenia tych stosunków ofiary terytorialne przekroczyły jednak ramy sprawiedliwości. Utraciliśmy ziemie, których wkład w kulturalne i duchowe życie Polski był wielki. Utraciliśmy poważne źródła naftowe, a około 3 milionów Polaków zostało pozbawionych swych wiekowych siedzib. Krzywda ta powinna być wyrównana w drodze układów dalszych i rewizji tych jednostronnych decyzji”.

Za ów „bezobjawowy” antybolszewizm bardzo wielu ludzi związanych z WiN straciło życie. Tak jak wielu ludzi mikołajczykowskiego PSL.

Jeszcze jedno. Kim są pozytywni bohaterowie Zychowicza. To garść publicystów, którzy nie mieli za sobą środowisk politycznych. Najczęściej błyskotliwi, ale równie ekscentryczni. Cat-Mackiewicz? Po upadku Francji chciał dogadywać się z Niemcami. To dopiero szaleństwo, zważywszy jak Niemcy rozmawiali wtedy z Francuzami. Co mogła, poza upokorzeniem, oferować emigracyjna garstka Polaków? Potem zresztą w atmosferze skandalu Cat wrócił do PRL. Taki z niego realista.

Skiwski. Ewidentny kolaborant niemiecki. Wydawca prasy gadzinowej. Co go różniło od Wandy Wasilewskiej? Chyba tylko brak skuteczności.

A za cholerę nie wiadomo, kto to jest cytowany obszernie niejaki Andrzej Solak. W cytatach oskarża o najgorsze rzeczy dowódców Powstania, ale nie dowiemy się – nawet z bibliografii – kto zacz i skąd cytaty. Internet podpowiada, że to jakiś autor piszący w pismach typu „Myśl Polska”. Nie wiemy, jaki jest jego dorobek naukowy czy pisarski, ale w książce Zychowicza funkcjonuje jako sędzia surowo rozliczający AK-owskich generałów.

Piotr Zychowicz oskarża nie tylko przywódców. Oskarża otwarcie naród, jako dziecinny, nieracjonalny, szalony. My osobiście uważamy, że Polacy czasu wojny tacy nie byli. Zaś dziecinne jest oczekiwanie, że Polska mogła inaczej wyrysować boisko.

Gdy zaś pojawiają się zarzuty pod adresem całego narodu warto przypomnieć antykomunistyczne słowa komunistycznego pisarza. „Czyż nie byłoby przecież prostszym rozwiązaniem, gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał drugi?”

To słowa Bertolta Brechta z 1953r. Ówczesny rząd NRD, po stłumieniu powstania robotników berlińskich, wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że naród zawiódł jego oczekiwania.


[link widoczny dla zalogowanych]


Śmiało można powiedzieć:

Nec Hercules contra plures – "Niczym Herkules wobec wielu"



Tego samego autora:

Węgrzy czczą przegranych powstańców z 1848 i 1956, Irlandczycy Powstanie Wielkanocne, francuska prawica Wandeę, a lewica Komunę Paryską. Długo by wymieniać przykłady dumy z przegranych spraw. Heroiczna ofiara jest czymś konstytuującym nasze człowieczeństwo. Nikt kto zaczynał jakiekolwiek działanie w dziejach nie miał 100-procentowej gwarancji, że będzie zwycięzcą.
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28964 Przeczytał: 272 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 12:58, 06 Sie 2014 Powrót do góry

A do tego spustoszenia należy też dołożyć:

OŚWIADCZENIE
W ZWIĄZKU Z 70. ROCZNICĄ WYWOŁANIA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Janusza Korwin-Mikke

(...)
http://www.traditia.fora.pl/swobodna-dyskusja,11/zlo-liberalizmu,8699-45.html#55686


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Sob 11:41, 01 Sie 2015, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28964 Przeczytał: 272 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 11:44, 11 Lis 2016 Powrót do góry

Powstanie Warszawskie to wydarzenie historyczne, które wywołuje chyba najwięcej emocji. Było potrzebne czy nie? Nie nam to oceniać. Chcemy zaprosić do obejrzenia odcinka, w którym Wojtek Drewniak przybliża nieco mniej znane aspekty tego zrywu.

"Nie mamy prawa tego oceniać, to mogą robić tylko jeszcze żyjący powstańcy ... czemu? bo to były decyzje podejmowane w strasznych czasach ..."

https://youtu.be/SRoBlWiUOZ4?t=961

Powstanie Warszawskie. Historia Bez Cenzury

Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)