Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Katolik w mniejszości - wywiad z ks. Andrzejem Dragułą Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28840 Przeczytał: 265 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 13:50, 23 Lip 2010 Powrót do góry

Za Gazetą Wyborczą wywiad z ks. Andrzejem Dragułą :

[link widoczny dla zalogowanych]

Ks. Andrzej Draguła - ur. 1966 r., kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, teolog i publicysta. Kieruje Katedrą Teologii Pastoralnej, Liturgiki i Homiletyki na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, członek Zespołu Laboratorium "Więzi". Ostatnio wydał "Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji" (Biblioteka "Więzi", Warszawa 2010)

Katolik w mniejszości

(...)

I nagle tysiące ludzi porzuciło chrześcijaństwo. Z dnia na dzień. Tak jak się zdejmuje za ciasny płaszcz. Dla wielu katolicyzm był bardziej strukturą religijno-socjalną niż osobistą relacją do Boga, która mogłaby się ostać, gdy przyszła modernizacja - mówi ks. Andrzej Draguła

Co się stało w Quebecu?

Ks. Andrzej Draguła : Mieszkaniec Quebecu nie rodzi się już katolikiem. Kościoły są zamieniane na hotele i sale koncertowe, a seminaria i domy zakonne - zamykane. Chrzci się coraz mniej dzieci. Procent uczestniczących w niedzielnej mszy spadł z 61 w 1961 roku do najwyżej 6-10 dziś. Niektórzy mówią wprost: "Kościół umiera".

"Koniec chrześcijaństwa quebeckiego! Koniec katechezy w szkole! Koniec wypełnionych kościołów w niedzielę! Koniec epoki, gdy słowa Kościoła i jego sług stanowiły prawo" - mówił arcybiskup Montrealu kardynał Jean-Claude Turcotte na inauguracji roku akademickiego w seminarium diecezjalnym.

(...)

Przecież soborowe otwarcie Kościoła powinno ludzi przyciągać.

- Kościół stał się przyjaźniejszy, ale u niektórych wywołało to poczucie zagubienia, np. z powodu nowej liturgii, do której nie byli przyzwyczajeni. Inna sprawa, że byli przywiązani bardziej do pewnych form i struktury niż do istoty rzeczy.

(...)

[link widoczny dla zalogowanych]

Proszę czytać całość. Bardzo dobre i celne podsumowanie tego wywiadu, które wyczytałam napisał użytkownik [link widoczny dla zalogowanych]:

Cytat:
Kazda spolecznoscia ludzka - od klubu kibicow po Kosciol - rzadza prawa dosc dobrze opisane przez socjologie. W kazdej sa liderzy i mieso armatnie, niezlomni i ledwo ledwo zaangazowani, goracy i letni. Geniusz Kosciola polega na tym, ze dzieki temu, ze sa swieci i gorliwi, ktorzy wytwarzaja cos w rodzaju duchowego ciagu, to czesc grzesznikow i szarej masy tez tym ciagiem trafi do nieba, jakby fuksem, na krzywy ryj, jak ci przymuszani przechodnie z przypowiesci o gosciach weselnych. Moze nie za wysoko, moze beda w czyscu do konca swiata, ale gdyby tej protezy nie bylo, to pewnie trafili by do piekla. Tym wlasnie ludziom posoborowie srobilo najwieksza krzywde. Zaczeto bawic sie w Kosciol otwarty, w dojrzalosc chrzescijanska, w dorosla wiare etc. podczas gdy dla wielu to nie bylo odpowiednie i nigdy nie bedzie. Oni na zawsze zostana dziecmi niezdolnymi do samodzielnosci i potrzebujacymi przykladu i opieki. Silnym w wierze aggiornamento nie zaszkodzilo, albo w niewielkim stopniu. Oni dzieki lasce i praktyce cnot potrafili odnalesc w tym balaganie punkty oparcia. Ale ci slabi i ulomni zostali punktow oparcia pozbawieni. Z dnia na dzien rzucono ich na gleboka wode. A jak sie rzuca na gleboka wode, to wiekszosc po prostu tonie, a nie zaczyna plywac. Kosciol posoborowy spycha z fotela kaleke i kaze mu brac udzial w olimpijskim biegu 4 x 100 metrow przez plotki.


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Śro 19:44, 12 Sie 2015, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28840 Przeczytał: 265 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 12:08, 11 Mar 2015 Powrót do góry

Powyżej napisałam, "proszę czytać całość" - jest to wywiad z 11.07. 2010 roku. Poniżej zamieszczam go w całości.

Ks. Andrzej Draguła - ur. 1966 r., kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, teolog i publicysta. Kieruje Katedrą Teologii Pastoralnej, Liturgiki i Homiletyki na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, członek Zespołu Laboratorium "Więzi". Ostatnio wydał "Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji" (Biblioteka "Więzi", Warszawa 2010)

Katolik w mniejszości

Image

I nagle tysiące ludzi porzuciło chrześcijaństwo. Z dnia na dzień. Tak jak się zdejmuje za ciasny płaszcz. Dla wielu katolicyzm był bardziej strukturą religijno-socjalną niż osobistą relacją do Boga, która mogłaby się ostać, gdy przyszła modernizacja - mówi ks. Andrzej Draguła


Ariadna Machowska, Katarzyna Wiśniewska: Co się stało w Quebecu?

Ks. Andrzej Draguła : Mieszkaniec Quebecu nie rodzi się już katolikiem. Kościoły są zamieniane na hotele i sale koncertowe, a seminaria i domy zakonne - zamykane. Chrzci się coraz mniej dzieci. Procent uczestniczących w niedzielnej mszy spadł z 61 w 1961 roku do najwyżej 6-10 dziś. Niektórzy mówią wprost: "Kościół umiera".

"Koniec chrześcijaństwa quebeckiego! Koniec katechezy w szkole! Koniec wypełnionych kościołów w niedzielę! Koniec epoki, gdy słowa Kościoła i jego sług stanowiły prawo" - mówił arcybiskup Montrealu kardynał Jean-Claude Turcotte na inauguracji roku akademickiego w seminarium diecezjalnym.

- Myślę, że arcybiskup chciał uświadomić przyszłym kapłanom, do jakiej posługi się przygotowują i w jakim Kościele będą pracować. Liczba seminarzystów w całej Kanadzie w ostatnich latach nie przekracza 100, w tym 60 w Quebecu, w całym Kościele kanadyjskim jest ich mniej niż biskupów.

Dlaczego tak się stało?

- Od XVIII w. wiara katolicka i język francuski były w Quebecu symbolami oporu wobec Korony Brytyjskiej i anglikanizmu. Kościół jednoczył Kanadyjczyków francuskojęzycznych i budował ich tożsamość. W połowie XIX wieku zaczął się "złoty wiek" quebeckiego katolicyzmu. Liczba księży, zakonników i zakonnic rosła dwukrotnie szybciej niż cała populacja. Kościół otoczył ludzi opieką zdrowotną i socjalną. Powstała sieć szpitali, hospicjów, sierocińców, żłobków, domów poprawczych, noclegowni. Montreal był nazywany miastem miłosierdzia. Mało gdzie na świecie istniała tak rozwinięta sieć szkolnictwa podstawowego, także na wsiach. I to zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt. Oczywiście było ono kościelne. Przy kościołach powstawały biblioteki i czytelnie. Na początku XX w. Kościół zainicjował ruch związkowy, a także system kas zapomogowo-pożyczkowych.

Taki Kościół społeczny, do którego często wzdychamy .

- Tak. Doszło do bardzo silnej symbiozy między życiem społecznym a kościelnym. Ale oprócz Kościoła społecznego, był także Kościół, który można nazwać politycznym, bardzo silnie związany nie tylko ze społeczeństwem, ale ze strukturą władzy, zwłaszcza za czasów premiera Duplessisa. Pytanie - na ile ten silny związek katolicyzmu ze społeczeństwem, Kościoła z władzą pokrywał się z doświadczeniem wiary? Ludzie byli zapewne bardzo religijni, bardzo kościelni, ale czy byli ludźmi wierzącymi?

Maurice Duplessis, premier Quebecu od 1936 aż do 1959 r., z przerwą w czasie II wojny, prowadził z powodzeniem liberalną politykę gospodarczą, a jednocześnie był strażnikiem konserwatywnych wartości: wizję państwa opierał na tradycyjnej kulturze wiejskiej i Kościele. Dążył do zwiększenia wpływu duchowieństwa na edukację i sferę socjalną. Zwalczał wszelkie przejawy wolnomyślicielstwa. Kawaler, ale wspierał tradycyjną politykę prorodzinną. Co się stało po jego śmierci?

- Rządy przejęła Partia Liberalna. W jej programie było m.in. przejęcie od Kościoła funkcji społeczno-edukacyjnych. Odbyło się to właściwie spokojnie i we współpracy z Kościołem, który z trudem radził sobie z rosnącymi potrzebami. I nagle - w latach 60. i 70. tysiące ludzi porzuciło chrześcijaństwo. Z dnia na dzień. Jak mówią sami mieszkańcy Quebecu: tak jak się zdejmuje płaszcz, który jest za ciasny i zaczyna uwierać. Okazało się, że dla wielu katolicyzm był bardziej strukturą religijno-socjalną niż osobistą relacją z Panem Bogiem, która mogłaby się ostać, gdy przyszła modernizacja, industrializacja. Nowe prądy kulturowe, które dotarły wraz z rozwojem mediów, a zwłaszcza telewizji, pokazały, że można żyć inaczej, można realizować życie poza przestrzenią kościelną, która do tamtej pory była tak wszechogarniająca, że nawet zabawy sobotnie robiono na plebanii. W ślad za świeckimi z Kościoła odchodzili księża i seminarzyści. Znajomy dominikanin z Montrealu opowiadał mi o przypadkach, gdy w ciągu tygodnia liczba seminarzystów malała o połowę. To było nagłe załamanie.

Jakie wnioski wyciągnął Kościół?

- Autorzy kościelnego raportu "Zaryzykować przyszłość" z roku 1989 postawili tezę, że od dawna wiara katolicka w Quebecu zbudowana była na konformizmie, a nie na osobistym wyborze. Konformizmie rozumianym jako dostosowanie się czy nawet podporządkowanie wartościom, poglądom, zasadom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. Ludzie byli katolikami, ponieważ tego wymagała kultura i tożsamość katolickiego społeczeństwa. Religia zbudowana na konformizmie nie mogła jednak przetrwać wobec zmian kulturowych w latach 60. i 70. Tak jak kiedyś ludzie byli katolikami, bo inni byli, tak przestawali nimi być, bo inni przestawali. Na to nałożyły się jeszcze reformy Soboru Watykańskiego II.

Przecież soborowe otwarcie Kościoła powinno ludzi przyciągać.

- Kościół stał się przyjaźniejszy, ale u niektórych wywołało to poczucie zagubienia, np. z powodu nowej liturgii, do której nie byli przyzwyczajeni. Inna sprawa, że byli przywiązani bardziej do pewnych form i struktury niż do istoty rzeczy.

Powstał raport i co dalej?

- Postulaty były rewolucyjne. Po pierwsze, porzucić niektóre metody duszpasterskie, m.in. edukację religijną dzieci, na którą idą siły i środki niewspółmierne do efektów. Kościół powinien się skupić na katechetycznym kontakcie z dorosłymi. Po drugie, nie zajmować się tzw. katolikami kulturowymi, którzy chodzą cztery razy w roku do Kościoła, bo taki jest zwyczaj. W raporcie uznano katolicyzm kulturowy za "rodzaj przesądu szkodliwego dla Kościoła", który "powoduje, że Kościół ulega złudnej wizji własnej roli historycznej, pozornej wiary w to, że reprezentuje całe społeczeństwo". Po trzecie, raport postawił tezę, że w nowoczesnym społeczeństwie religia może przetrwać tylko w formie ruchu mniejszości, a nie w dotychczasowej strukturze parafialnej. Zalecono więc tworzenie małych wspólnot.

A dlaczego miałoby to gwarantować przetrwanie Kościoła i prawdziwość intencji wiernych? Dlaczego w małych wspólnotach lepiej przeżywa się wiarę?

- Duże struktury społeczne nie są w stanie wytworzyć silnych relacji między jednostkami. Kościół masowy jest w dużej mierze Kościołem anonimowym, w którym trudno wytworzyć poczucie wspólnoty wiary. Autorzy raportu uznali, że wielkie parafie nie zachęcają wiernych do mówienia własnymi słowami. Dopiero małe wspólnoty dawałyby szansę rozmawiania o własnej wierze i o tym, co z niej wynika dla współczesnego świata. Proces ten jest zauważalny w Kościele posoborowym, i to nie tylko w Kanadzie. Małe grupy tworzą strukturę niejako uzupełniającą wobec dużych parafii. Na pewno w Kościele grup i wspólnot jest szansa na bardziej dojrzałe przeżywanie swojej wiary.

Co się stało z raportem?

- Nie podjęto żadnych radykalnych działań. Podczas kongresu w 1992 r. zarzucono mu nadmierny pesymizm prowadzący do postrzegania się katolików w kategoriach wspólnoty ludzi przegranych, a także determinizm i nieliczenie się z teologiczną możliwością pojawienia się nieoczekiwanego.

Jak jest w innych krajach zachodnich? Np. we Francji, gdzie ksiądz pracował, do kościoła chodzi już tylko 4,5 proc. społeczeństwa (wg katolickiego tygodnika "The Tablet" z sierpnia 2009 r.).

- Tam Kościół nigdy nie był Kościołem ludu. Do dziś jego ostoją są dzielnice burżuazyjne dużych miast. Pracowałem w Szampanii, gdzie społeczność wiejska jest zasadniczo antyklerykalna, podobnie jest w większości rejonów Francji, z wyjątkiem może Bretanii i Wandei. Wielu Francuzów ciągle postrzega Kościół jako sojusznika nie chłopów i robotników, ale arystokracji i burżuazji. Stąd w połowie XX wieku wziął się ruch księży robotników, którzy szli pracować do fabryk, by być blisko ludu. Ale dziś we Francji brakuje przede wszystkim księży, nawet, żeby odprawić msze dla tych wiernych, którzy się jeszcze z Kościołem identyfikują.

Jest ksiądz autorem książki na temat sekularyzacji pod zaskakującym tytułem "Ocalić Boga". Nie uważa ksiądz, że sekularyzacja jest groźna dla Kościoła?

- Sekularyzację rozumiem głównie jako porzucenie cywilizacyjnego kształtu wiary. Zatem może ona prowadzić do oczyszczenia wiary, to znaczy do wyzwolenia się z rozmaitych historycznych form, struktur. Sądzę, że przedstawiciele środowisk tradycjonalistycznych, skupionych np. wokół czasopisma "Christianitas", bronią właśnie pewnej struktury chrześcijańskiej, jak oni to mówią - widzialnego chrześcijaństwa. Nie bronią wiary jako takiej, ale jej historycznego sposobu wyrażania się w społeczeństwie. Sekularyzacja polega więc nie tyle na wycofywaniu się religii ze społeczeństwa, ile na zmianie jej miejsca na duchowej mapie społecznej. Religia i duchowość tracą stare przyczółki, a znajdują nowe.

Ale polski Kościół silnie broni swej obecności w sferze publicznej.

- Po 1989 r. nasz Kościół wszedł w przestrzeń publiczną, w której wcześniej nie mógł być obecny na zasadzie pełnoprawnego partnera. Wszedł jako potencjalny sojusznik władzy wtedy, gdy w wielu krajach Europy i świata Kościół takie miejsce już utracił. Społeczeństwa i Kościoły, które już mają to za sobą, wiedzą, do czego doprowadził sojusz katolicyzmu z frankizmem w Hiszpanii, z konserwatywnym Duplessisem w Quebecu. Widzą, że nagle rewolta przeciwko sklerykalizowanemu państwu rykoszetem odbija się na Kościele.

A co ksiądz sądzi o gremialnej obecności polityków - wierzących, niewierzących - na uroczystych mszach transmitowanych często w telewizji? W 2006 r. premier Hiszpanii został zrugany za nieobecność na mszy z Benedyktem XVI.

- Widzę tu nielogiczność: na mszach związanych z żałobą narodową byli obecni politycy różnej proweniencji. Potem przeczytałem w jednej z gazet, jakoby "przyłapano" kogoś niewierzącego na tym, że był u komunii. Potępiono go za przyjęcie komunii, a nie za obecność. Myślę, że nastąpiło tu oddzielenie mszy od komunii - że na mszy mogą być obecni wszyscy, a komunia jest dla niektórych. Ale przecież cała msza jest aktem sakramentalnym domagającym się wiary i przygotowania, czyli - inicjacji - jak mówi teologia. Moim zdaniem - jestem tu pewnie rygorystą - na mszę powinni przychodzić ci, którzy wierzą w to, co się tam dokonuje. Msza nie jest aktem reklamowym Kościoła. Ale w "społeczeństwach katolickich" msza może stać się bardziej wydarzeniem publicznym niż aktem sakramentalnym.

Może ludzie odchodzą, bo Kościół nie wystarczająco odpowiada na ich potrzeby duchowe? Pisze ksiądz w swej książce o kazaniu wygłoszonym 1 stycznia, w którym kapłan skupia się na historii pierwszych soborów i kwestii dwóch natur Jezusa. Tymczasem ludzie w kościele myślą: "Co mi ten nowy rok dobrego przyniesie"...

- Gdzieś przeczytałem, że Kościół odpowiada nieraz na pytania, których nikt nie stawia, a nie odpowiada na pytania, które ludzie sobie stawiają. Może dlatego, że łatwiej jest przekazać prawdy wiary, niż zinterpretować to, co się dzieje dokoła. Przytoczę mój ulubiony cytat z Szymborskiej: "jak żyć, spytał mnie w liście ktoś, kogo chciałam spytać o to samo". Pytamy się nawzajem i nie wiemy. Dla wierzących ostateczną odpowiedzią jest Ewangelia. Dlatego każde kazanie trzeba głosić tak, by ten, który przychodzi z radykalnym dylematem: za albo przeciw, przyjąć Boga albo Go odrzucić, otrzymał odpowiedź: tak, warto wierzyć.

A może ludziom chodzi głównie o świadectwo? Czy polski ksiądz ma w ogóle czas być z ludźmi?

- W dużej mierze nie ma. I myślę, że ma prawo czuć się czasami przepracowany. Bo ma rano szkołę (jako katecheta miałem 26 godzin w tygodniu), potem spowiedź, msza wieczorna. Jest Oaza, Żywy Różaniec, jest Odnowa w Duchu Świętym. I jeszcze w międzyczasie pogrzeby. A w mojej diecezji są parafie, gdzie jest jeden ksiądz i pięć kościołów filialnych, do których trzeba w niedzielę dojechać. Dla tej "małej trzódki", która naprawdę wierzy, liczba księży jest wystarczająca. Ale jeśli mamy objąć - chociażby nauczaniem religii - dzieci nie tylko małej trzódki, ale 90 proc. społeczeństwa, to jest to ogromny wysiłek.

Ale przecież Kościół sam bardzo zabiegał o naukę religii, o ocenę z religii na świadectwie.

- Tu nie ma prostej recepty. Z jednej strony szkoła daje możliwość dotarcia do większej ilości młodzieży niż salka parafialna. Z drugiej jednak religia w szkole siłą rzeczy staje się bardziej wiedzą, niż wprowadzeniem w doświadczenie wiary. Dzisiaj Kościół sobie coraz bardziej uświadamia, że trzeba iść równolegle dwiema drogami - katechezą szkolną i parafialną. Wciąż szukamy dobrego wyjścia. Niestety, doświadczenie jest takie, że bierzmowanie młodzież nazywa "sakramentem pożegnania z Kościołem", bo po nim nieraz całe klasy wypisują się z katechezy. Dlatego coraz częściej przygotowanie do bierzmowania dokonuje się w parafii, a nie w szkole.

Może księża muszą za dużo czasu przeznaczać na sprawy, które nie są takie ważne.

- Właśnie! Ale co ma robić Kościół!? Zająć się tym, co absolutnie istotne - być narzędziem zbawienia - czy też podejmować inne funkcje - być animatorem życia społecznego, kulturalnego itd. To pytanie postawiono w Quebecu: czy nie powinniśmy się dzisiaj zająć tylko tą "małą trzódką", tymi, którzy w Kościele są i wiedzą, po co są? Czy też mamy zajmować się także tzw. katolikami kulturowymi, którzy przychodzą do kościoła od wielkiego dzwonu.

Czyli ksiądz skłania się do tego, że Kościół powinien się skupić na tej mniejszości, która wierzy naprawdę, a nie z konformizmu czy przyzwyczajenia?

- Ja się nie skłaniam, tylko stwierdzam, że Kościół nie ma do końca pomysłu, co z tym zrobić. Bo czy możemy tę resztę odrzucić? Niektórzy teologowie krytykują takie elitarystyczne widzenie Kościoła. Podkreślają, że mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanym sposobem bycia w Kościele, z różnymi kręgami przynależności. Tych stopni i odcieni nie można lekceważyć.

Kanadyjski liturgista René Guimond proponuje, żeby nie zobowiązywać - pod karą grzechu ciężkiego - do uczestnictwa w liturgii osób, które nie są do tego przygotowane.

- To właśnie jedna z prób odpowiedzi na pytanie, czy należy zaakceptować różne sposoby i odcienie obecności w Kościele. W kościele katolickim jest to jasno zdefiniowane: dobrowolna i świadoma nieobecność na mszy świętej to grzech ciężki. Kościół protestancki i prawosławny tak tego nie widzą. Stąd ten dość kontrowersyjny postulat, by zobowiązanie do uczestnictwa we mszy świętej ograniczyć tylko do tych, którzy mają świadomość żywej obecności w Kościele czy żywą wiarę, a nie wyłącznie spełniają obowiązek człowieka ochrzczonego.

Czyli nie straszyć grzechem?

- Na pewno nie. Należy dążyć do tego, by obecność na mszy św. nie wynikała ze strachu przed grzechem i sankcjami, które się z tym łączą. Chodzi o to, by stymulować pozytywną motywację. Idę na mszę, by wraz z innymi wierzącymi świętować śmierć i zmartwychwstanie Pana.

Inny ciekawy pomysł: biskup z Czadu zakazał chrztu dzieci.

- Biskup wyszedł z założenia, że chrztu należy udzielać dopiero tym, którzy świadomie o tym decydują. Trudno powiedzieć, czy całkowite odejście od chrztu dzieci może być dobre. Kościół prawosławny nie tylko chrzci, ale i bierzmuje dzieci małe, bo odczytuje sakramenty przede wszystkim jako źródło wiary, z którego człowiek ma czerpać. W kwestii sakramentu chrztu teologia katolicka bliska jest prawosławiu, ale bierzmowanie widzi już inaczej, jako przede wszystkim sakrament wymagający minimum dojrzałości wiary.

Ksiądz był rzecznikiem Przystanku Jezus, to skuteczna forma ewangelizacji?

- Skuteczność działań kościelnych jest oczywiście pojęciem względnym. Nie da się Przystanku Jezus mierzyć tym, ilu ludzi się nawróciło, wyspowiadało itd. Ale myślę, że Przystanek Jezus jest bardzo dobrym działaniem - jeśli mogę tak powiedzieć - PR-owskim. To próba pokazania innej twarzy Kościoła. Kościoła, który nie osądza człowieka, tylko bez wstępnej oceny sam idzie do niego. I myślę, że to jest najważniejszy owoc Przystanku, że ludzie spotykają się z tym, co czasem trudno jest im znaleźć w parafii. Bo parafia jest strukturą administracyjną. Ale też jest to dobre dla księży, sióstr zakonnych, którzy tam przyjeżdżają, bo muszą się nauczyć innego, aktywnego bycia z ludźmi.

Bycia mniejszością?

- Tak, bycia mniejszością, czasami mniejszością oskarżaną, nielubianą. Trzeba mieć pewną odwagę, by pójść do ludzi ze swoją ofertą.

Jaką ofertą?

- Tą samą, co zawsze. Nie mamy nic nowego do zaoferowania. Jesteśmy ludźmi wierzącymi i twierdzimy, że warto wierzyć.

Nie spotykacie się z reakcjami wrogimi?

- Eee... Raz, w nocy, przyszło jakichś dwóch... pseudosatanistów, żeby krzyż przewrócić. Ale na 100 czy 200 tys. ludzi to jest żadne wydarzenie. Zdarza się, że ktoś rzuci: "O, cześć czarny". Ale to szybko przekształca się w taką pozytywną zaczepność. Nigdy nie czułem się tam niebezpiecznie. Doświadczenie pozytywne zdecydowanie przeważa. Mówiły to także siostry zakonne, co do których były zawsze największe wątpliwości. Ich przełożone się bały, co tam się wydarzy. Ale nic się nie wydarzyło.

Nie oburza się ksiądz na: "Cześć, czarny"?

- Nie. Traktuję to jako pewien sposób pozdrowienia. Nie trzeba wszędzie doszukiwać się nienawiści.

Czy będziemy mieć w Polsce drugi Quebec? Przecież wiara Polaków jest równie powierzchowna, dla wielu religia nie jest wyborem osobistym, tylko wynika z miejsca urodzenia, nawyku, kultury?

- W Polsce nie doszło do takiej symbiozy władzy i Kościoła jak w Hiszpanii czy w Quebecu. Spór sprzed lat o ustawę antyaborcyjną pokazuje, że Kościół musiał pójść na kompromis, politycy nie zgodzili się na wszystkie jego postulaty. Myślę, że raczej politycy chcieli się posługiwać instrumentalnie Kościołem, a nie Kościół politykami. Zresztą dzisiaj ten sojusz przejawia się już raczej na płaszczyźnie symbolicznej.

Ale mamy coraz mniej powołań.

- Bez względu na to, czy księży będzie mniej, czy więcej, zapomnieliśmy przede wszystkim o potencjale, który tkwi w Kościele - o świeckich. Człowiek świecki nie może odprawić mszy czy wygłosić kazania, nie może wyspowiadać, nie może udzielić namaszczenia chorych czy bierzmować. A wszystko inne może! Każde nabożeństwo może odprawić świecki! Jeden z polskich biskupów, nazwiska nie zdradzę, radykalnie powiedział, że nawet pogrzebać może człowiek świecki.

O, zaraz byłyby komentarze, że jakiegoś bezbożnika chowają. To chyba wymaga zasadniczej zmiany mentalności.

- Zmiana zarówno świeckich, jak i księży w myśleniu o sobie jest konieczna.

Mówi się, że Kościół quebecki został obnażony, upokorzony bez precedensu w historii. Co z tego dla niego wynika?

- Dzisiejsza bezpłodność Kościoła w Quebecu może stać się dla niego momentem łaski. Wspomniany arcybiskup Montrealu mówił seminarzystom: "...Mamy tutaj do zbudowania nowy Kościół, który nie wiemy dokładnie, czym będzie. Na pewno będzie bardziej pokorny od tego, który go poprzedza. Będzie mniejszościowy w społeczeństwie pluralistycznym. Będzie zaczynem w cieście. Pod wieloma względami będzie podobny do tego, który zbudowali pierwsi uczniowie, pozwalając się kierować Duchowi Świętemu. Będzie braterski".

A czy ksiądz znalazł jakiś własny pomysł na to, jak ocalić Boga?

- Myślę, że tej szansy powinniśmy się doszukiwać w odwadze teologicznego myślenia. To myślenie powinno być bardziej otwarte.

Twórcze, a nie tylko odtwórcze?

- Absolutnie twórcze, nawet idące w stronę takiej "futurologii teologicznej", żeby teologia nie była nieustannym powtarzaniem tego, co już było. Nam, teologom i duszpasterzom, brakuje odwagi, by pomyśleć, że Kościół może przybierać inne formy, że msza święta może inaczej wyglądać. Albo wręcz, że kościołów czy parafii może kiedyś nie być, a zamiast nich będą inne budynki czy struktury. Przecież to, co "nie jest chwiejne, jest nietrwałe", jak pisał ks. Halik. Przemija postać tego świata, więc przemija także postać Kościoła. Nie Kościół sam w sobie, ale jego kształt. Trzeba ocalić Boga, a nie formy, którymi Bóg obrósł.

Czyli nie bać się zdjąć ten uwierający płaszcz?

- Wiara musi zakładać płaszcz kultury, ale niech on będzie lekki, zwiewny. Bo Christianitas, o której wspominaliśmy, zamknęła nas w ciężkim mundurze, który przykleił się tak, że stał się naszą drugą skórą.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28840 Przeczytał: 265 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 12:49, 11 Mar 2015 Powrót do góry

Polecam ostatnią wypowiedź ks. Draguły z marca 2015 r.

Ks. prof. Draguła o badaniach CBOS: ludzie chcą wiedzieć, dlaczego mają przestrzegać przykazań
(...)
http://www.traditia.fora.pl/kosciol-w-mediach-polska,63/sondaz-95-proc-polakow-deklaruje-sie-jako-katolicy,6974.html#61420
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)