Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Dietrich von Hildebrand "Spustoszona Winnica" Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28889 Przeczytał: 302 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 14:32, 12 Kwi 2011 Powrót do góry

Dietrich von Hildebrand "Spustoszona Winnica"

fragment

Pseudoekumenizm

W książce "Koń trojański w mieście Boga" mówiliśmy o właściwym sensie używania słowa „ekumenizm". Przedstawiliśmy też niektóre niebezpieczne nadinterpretacje tego pojęcia, które pojawiły się w okresie posoborowym. Pierwotny zamysł, jaki stał u źródeł ruchu ekumenicznego, wynikał z przekonania, że na schizmatyków, protestantów, żydów, muzułmanów, hinduistów czy buddystów nie można patrzeć jedynie jako na wrogów. Nie można jedynie podkreślać ich błędów, ale trzeba także wskazywać pozytywne elementy w ich religiach. Już pierwsza Encyklika Pawła VI Ecclesiam suam pokazywała, że inny jest stosunek do schizmatyków i do protestantów. Ci pierwsi są tylko schizmatykami - od protestantów natomiast różnią nas kwestie dogmatyczne. Zupełnie czym innym jest jednak stosunek katolików do wszystkich niechrześcijan. Trzeba tu zróżnicować, czy chodzi o naszą relację z monoteistami, czyli na przykład żydami i muzułmanami, czy o stosunek do wyznawców religii niemonoteistycznych. Jakkolwiek jednak nie rozumielibyśmy znaczenia ekumenizmu, jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: nie wolno dla jedności zawierać takich kompromisów, które groziłyby odstąpieniem choćby na jotę od depositum catholicae fidei.

Tu zajmiemy się przede wszystkim stosunkiem do żydów. Właśnie z nimi łączy nas głęboka więź. Łączy nas o tyle, o ile uznaje się Stary Testament za prawdziwe objawienie Boga; z drugiej strony pozostajemy do nich w osobliwym stosunku przeciwieństwa, bowiem zaprzeczają oni objawieniu Boga w Chrystusie i w objawieniu tym widzą zafałszowanie.

Otóż źle rozumiany ekumenizm - choroba, którą można by nazwać pseudoekumenizmem - tu właśnie przyniósł najbardziej zaskakujące rezultaty. Powszechną wręcz opinią stało się dziś w Kościele spoglądanie na religię Izraela jako na równoległą drogę do Boga, która może jest tylko trochę mniej doskonała niż droga chrześcijan. Nie powinno się już więcej próbować nawracać żydów - powinno się, co ma być wyrazem szacunku i respektu, pozwolić im podążać własną drogą.

Ten pogląd pozostaje jawnie w radykalnej sprzeczności ze słowami Chrystusa i intencją Apostołów. Czyż mało jest fragmentów w Ewangeliach, gdzie Chrystus daje wyraz swemu bólowi, że Żydzi go nie poznali? Czyż tymi, którym zwiastował Objawienie Boże, apostołami i uczniami nie byli właśnie Żydzi? Czy Piotr na pytanie Chrystusa: „Za kogo mnie macie?", nie powiedział: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga Żywego" (Mt 16,16)? I czy pierwszym zadaniem Apostołów po Zesłaniu Ducha Świętego nie było nawrócenie Żydów do pełnego objawienia chrześcijańskiego? Gdy Żydzi pytali apostołów: „Bracia, cóż winniśmy czynić?", Piotr odpowiedział: „Żałujcie za grzechy i niechaj każdy z was da się ochrzcić" (Dz 2,37). Czyż święty Paweł nie mówił o nawróceniu Żydów jako o wielkim celu i czyż nie powiedział „odłamane zostały z powodu niewiary" (Rz 11,20) i dalej „ale i oni, jeżeli nie będą trwali w niewierze, zostaną wszczepieni" (Rz 11,23)? Czyż fakt, że Nowy Testament stanowi wypełnienie Starego, nie jest oczywistym przeświadczeniem i dla katolików, i dla protestantów?
To przeświadczenie jest znacznie głębsze aniżeli uznanie Starego Testamentu za Objawienie Boże.
Abstrahując już od tego, że rozpowszechniona dziś w Kościele opinia pozostaje w sprzeczności ze słowami Chrystusa i apostołów - ba, z całą nauką Kościoła - jest ona także objawem wielkiego braku miłości do Żydów.
Najgłębszym źródłem prawdziwej miłości bliźniego jest troska o jego zbawienie wieczne. Dlatego przy każdym spotkaniu z innym człowiekiem należy upatrywać w nim albo żywego członka Ciała Chrystusa, albo katechumena in spe.
Niech nikt nie mówi: człowiek może zdobyć swe zbawienie wieczne także poza Kościołem - czy to jako protestant, czy jako niechrześcijanin - bo jest to dogmat zdefiniowany już w czasie I Soboru Watykańskiego.

Tak jest z pewnością, ale nie zmienia to niczego w nakazie Chrystusa: „Idźcie na cały świat, uczcie wszystkie narody i chrzcijcie je" - podobnie jak nie ulega zmianie ogromne znaczenie uwielbiania Boga w prawdzie, w Chrystusie, per ipsum, cum ipso, et in ipso. Chwała Boga [glorificatio], która możliwa jest tylko w prawdziwej wierze, w związku z Bogiem przez łaskę uświęcającą i wszystkie sakramenty, ma nieskończoną wartość. Tego zatem wezwania do apostolstwa, które wypływa z prawdziwej miłości do Chrystusa, nie można oddzielać od prawdziwej miłości bliźniego. Miłość bliźniego ufundowana jest bowiem na miłości Chrystusa.

Dziś na miejsce prawdziwej miłości wkracza grzeczny szacunek - typowy przykład „zeświecczenia". Jeszcze gorszy jest fakt, że rezygnuje się z przyporządkowania Starego Testamentu Nowemu. Trzeba zapytać: czy Chrystus jest tym Mesjaszem, o którym mówi Izajasz - czy jest on Synem Boga, który zbawił ludzkość? Jeśli tak, to oczekiwanie na innego Mesjasza jest oczywistym błędem, a nie równoległą drogą do Boga. Twierdzenie takie, w świetle Prawdy i przed Bogiem, jest zdradą Chrystusa i zaprzeczeniem faktu, że objawienie Starego Testamentu stanowi istotną część Objawienia chrześcijańskiego.

Czy Chrystus jest Synem Boga - Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba? Czy jest On przyrzeczonym Abrahamowi przez Boga Zbawcą? Czyż Chrystus nie powiedział: „Abraham, ojciec wasz, cieszył się, że miał oglądać dzień mój, i oglądał i radował się" (Jan 8,56); i dalej czy nie mówił: „Nie przyszedłem znieść prawa, ale je wypełnić" (Mt 5,17)? Jak to możliwe, że pseudoekumenizm przyniósł owoce, które pozostają w radykalnej opozycji do Ewangelii, nauki apostołów i Kościoła? Powszechny pogląd na nawrócenie Żydów pozostaje zatem w jaskrawej sprzeczności w stosunku do nauki Ewangelii i Listów świętego Pawła. Nauce tej w takim samym stopniu przeczy inna, rozpowszechniona opinia dotycząca przyjmowania niekatolików do Kościoła świętego. Można dziś spotkać wielu teologów, duszpasterzy, a nawet misjonarzy, którzy twierdzą, że prawdziwym zadaniem katolika nie jest już nawrócenie pojedynczego człowieka na katolicyzm - ale połączenie danej wspólnoty religijnej w całości z Kościołem katolickim - i to tak, aby wspólnota ta nie musiała zmieniać swej wiary. To miałby być cel prawdziwego ekumenizmu. Protestantowi, muzułmaninowi lub hinduiście, którzy - w prawdziwym sensie tego słowa - chcieliby się nawrócić, trzeba by raczej powiedzieć, że powinni stać się lepszym protestantem, muzułmaninem czy lepszym hinduistą. Czyż ci teologowie, księża i misjonarze w ogóle czytali kiedykolwiek Ewangelię? A może zapomnieli, co Chrystus powiedział przed Wniebowstąpieniem: „Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Mk 16,15-16).

W tej rozpowszechnionej postawie, w owym wypaczonym ekumenizmie, kryje się wiele ciężkich błędów. Po pierwsze: jest to jawne ignorowanie nakazu Chrystusa. Po drugie: wobec niechrześcijan jest to fatalne pomniejszenie Objawienia Boga. Teologowie ci zachowują się tak, jakby Objawienie Boga w Chrystusie, czy też śmierć Chrystusa na krzyżu były czymś zbytecznym. Bowiem z punktu widzenia wyznawców pseudoekumenizmu wszyscy zostaliby zbawieni wtedy, gdy dochowaliby wierności swej religii. Dotyczy to przede wszystkim Żydów.

Po trzecie: w takiej postawie objawia się całkowity brak zainteresowania Prawdą. Pytanie o to, która religia jest prawdziwa, traci zupełnie znaczenie. Ostateczna powaga, która przynależy prawdzie, i od której zależny jest los wszelkiej religii, zostaje zignorowana. W ten sposób jednak niszczy się istotę Kościoła świętego - ba, całej religii chrześcijańskiej! Nie ma wtedy racji dla ich istnienia. Albo nauka Kościoła jest prawdziwym objawieniem Boga - objawieniem Chrystusa, czyli czymś absolutnie i bezwarunkowo prawdziwym, albo jest niczym.

Po czwarte: ze stanowiska tego wynika eliminacja chwały Boga - glorificatio. Jakąś rolę odgrywa wyłącznie zbawienie - salvatio.

[...] Po piąte w końcu: w opisanej tu, rozpowszechnionej postawie teologicznej przejawia się w najwyższym stopniu depersonalizacja i kolektywizm, który polega na tym, że liczy się nie osoba, a tylko wspólnota. Indywiduum nie potrzebuje nawrócenia, nie potrzebuje przewodnika od ciemności do światła, nie potrzebuje w pełni doświadczyć objawienia Chrystusa, nie potrzebuje zdobyć udziału w nadprzyrodzonym życiu łaski przez chrzest i doznawać strumienia łaski za Pośrednictwem sakramentów. Ważne ma być jedynie zewnętrzne połączenie wszystkich wspólnot religijnych. Tylko, że takie połączenie nigdy nie będzie jednością- będzie tylko sumą. Dążenie do owej pozornej jedności jest typowym skutkiem ciężkiego błędu, który polega na przedkładaniu jedności nad prawdę.

Czyż teologowie ci nie widzą, że taki zewnętrzny związek nie przyczyniałby się w żadnej mierze do uwielbienia Boga i w żadnej mierze nie byłby wypełnieniem uroczystego nakazu Chrystusa i jego modlitwy: Ut unum sint?!
Apostolstwo należy do istoty Kościoła świętego; apostolstwo, czyli dążenie do nawrócenia każdej duszy, która w oczach Kościoła znaczy więcej niż los jakiejkolwiek naturalnej wspólnoty. Apostolstwo jest koniecznym owocem tak miłości Boga, jak też prawdziwej miłości bliźniego. Miłość Boga pobudza Kościół, ale także prawdziwego chrześcijanina do tego, by pociągnąć każdego człowieka do pełnego światła prawdy, którą zawiera nauka świętego Kościoła. Każdy chrześcijanin musi tęsknić do tego, by wszyscy poznali objawienie Chrystusa i odpowiedzieli na nie wiarą; aby każde kolano zgięło się przed Jezusem Chrystusem. I tego samego wymaga prawdziwa miłość bliźniego. Jak mogę kogoś kochać i nie płonąć pragnieniem, by poznał on Jezusa Chrystusa, jednorodzonego Syna Bożego i Epifanię Boga, aby nie został pociągnięty do Jego światła, aby w Niego wierzył, kochał Go, by wiedział, że jest przez Niego kochany? Jak mogę kochać bliźniego, nie życząc mu już na ziemi największego szczęścia: błogosławionego spotkania z Jezusem Chrystusem? Jak mogę się zaspokoić tym, że nieskończone miłosierdzie Boga - być może - mimo błędnej wiary albo niewiary danego człowieka nie odmówi mu wiecznego szczęścia?

Zaprawdę, wszelkie dzieła miłości bliźniego są niczym, jeśli stanę się obojętny wobec tego, co jest najwyższym dobrem człowieka: znalezienie prawdziwego Boga i włączenie się do mistycznego Ciała Chrystusa.
Widzimy, do jakich strasznych błędów może prowadzić pseudoekumenizm i do jakich, niestety, wielokrotnie doprowadził. Nie ma to nic wspólnego z duchem prawdziwego ekumenizmu, więcej: radykalnie mu zaprzecza.

[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pon 22:44, 19 Gru 2016, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28889 Przeczytał: 302 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 14:54, 02 Wrz 2015 Powrót do góry

Dietrich von Hildebrand. Przeciw mitom i buntom
(...)
http://www.traditia.fora.pl/permanentna-rewolucja,27/dietrich-von-hildebrand-przeciw-mitom-i-buntom,5271.html



"Kryzys Kościoła i scenariusze rozwiązania" - Wywiad z dr Alice von Hildebrand
(...)
http://www.traditia.fora.pl/permanentna-rewolucja,27/kryzys-kosciola-i-wywiad-z-dr-alice-von-hildebrand,3233.html



Alice von Hildebrand: tylko prawda może jednoczyć
(...)
http://www.traditia.fora.pl/permanentna-rewolucja,27/alice-von-hildebrand-tylko-prawda-moze-jednoczyc,4230.html



Sobór Watykański II: Dlaczego Papież Jan XXIII zapłakałby dziś?
(...)
http://www.traditia.fora.pl/permanentna-rewolucja,27/swii-dlaczego-papiez-jan-xxiii-zaplakalby-dzis,1675.html
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28889 Przeczytał: 302 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 15:44, 02 Wrz 2015 Powrót do góry

Dietrich von Hildebrand o letargu strażników wiary

Ortodoksja JEST prawdą, a wszelkie herezje nie są skrajnością, nie są one czymś przesadzonym, lecz są po prostu fałszywe i nie dają się pogodzić z objawieniem Chrystusa. Nawet jeśli jakaś herezja wyrasta z nadmiernego akcentowania jakiejś prawdy kosztem jakiejś innej i ma uzasadnienie psychologiczne, ona sama nie może być traktowana jako skrajność, której przeciwieństwem jest biegunowa skrajność nadmiernej ortodoksyjności - ona jest po prostu fałszywa, nieprawdziwa.

[...]

Gdy idzie o przełożonych i biskupów, to ich ocena ulega zafałszowaniu także przez to, że traktują brak posłuszeństwa i podporządkowania jako rzeczy ważniejsze od ortodoksji. Oczywiście mowa tylko o tych, którzy sami są ortodoksyjni i ubolewają nad wszelkimi herezjami. Ale obrażanie Boga poprzez głoszenie herezji jest dla nich często nie aż tak dotkliwe i irytujące jak akt otwartego buntu przeciwko ich autorytetowi. Rzecz jasna powinni oni korzystać także ze swojego autorytetu, gdy podwładny odmawia im posłuszeństwa. Ale pierwszeństwo przy podjęciu autorytatywnej interwencji winno mieć pytanie, czy podwładny w sprawach wiary i moralności reprezentuje z zasady prawdę.

[...]

Jedną z najbardziej przerażających chorób, które dziś szerzą się w Kościele, jest letarg strażników wiary. Mowa nie o biskupach, którzy mają zamiar zniszczyć Kościół od środka, ale o grupie o wiele liczniejszej, która nie ma takiej intencji, a jednak - gdy idzie o interwencje przeciwko heretyckim teologom i księżom lub przeciwko bluźnierczemu deformowaniu kultur - nie czynią żadnego użytku ze swojego autorytetu. Albo zamykają oczy i próbują ignorować ciężkie niedomagania oraz obowiązek podejmowania interwencji, prowadząc strusią politykę. Albo też boją się, iż zaatakuje ich prasa oraz środki masowego przekazu i okrzyczy mianem ludzi reakcyjnych, małodusznych, średniowiecznych. Boją się bardziej ludzi niż Boga. Do niech odnoszą się słowa św. Jana Bosko: "Potęga ludzi złych żywi się tchórzostwem dobrych"

[...]

Fakt, że ta choroba wdarła się do Kościoła, jest jednym ze strasznych objawów zastąpienia walki przeciwko duchowi świata - uległością wobec ducha czasów. Jeśli weźmie się pod uwagę letarg tak licznych biskupów i przełożonych zakonnych, którzy sami są jeszcze ortodoksyjni, ale nie mają odwagi interweniować przeciwko występującym w ich diecezjach i zakonach najjaskrawszym herezjom i wszelkiego rodzaju nadużyciom, nasuwa się myśl o najmicie, który pozostawia swą trzodę wilkom. Szczególnie oburzające jest, gdy biskupi okazujący obojętność wobec heretyków, zajmują rygorystycznie autorytatywną postawę wobec wiernych, walczących o ortodoksję - czyniących to, co oni sami czynić powinni. Pewien biskup napisał list do grupy ludzi, która bohatersko opowiada się za prawdziwą wiarą, za czystą, niezafałszowaną nauką Kościoła i za papiestwem, a przeciwko heretykom. Grupa ta przezwyciężyła więc tchórzostwo, o którym mówił św. Jan Bosko i powinna być dla biskupa największą radością. W liście było napisane: "jako dobrzy katolicy nie macie żadnego innego zadania, jak posłusznie przestrzegać wszelkich zarządzeń swojego biskupa".

Takie pojmowanie roli "dobrego" katolika szczególnie zaskakuje w czasie, gdy ciągle podkreśla się dojrzałość współczesnego świeckiego. Jednak również ono jest całkiem błędne, gdyż to, co właściwie w czasach gdy w Kościele nie ma herezji, a co nie spotyka się z natychmiastowym potępieniem Rzymu, nie odnosi się do danego przypadku i byłoby nieodpowiedzialne w czasach, w których herezje bezkarnie szerzą się w Kościele. A są nimi dotknięci także biskupi i nie są za to odwoływani. Czy w czasach arianizmu, gdy większość biskupów była arianami, wierni, zamiast walczyć przeciwko herezji, powinni byli ograniczyć się do grzecznego i posłusznego wypełniania zarządzeń biskupów? Czy wierność wobec prawdziwej nauce Kościoła nie jest rzeczą nadrzędną wobec posłuszeństwa biskupowi?

[...]

Toleruje się gadanie heretyków - kapłanów i świeckich, w milczeniu ulega się zatruwaniu wiernych, ale ludziom niezłomnym, opowiadającym się za ortodoksją, chce się zamknąć usta, traktuje się ich jak siewców niepokoju, a gdy w swej gorliwości stracą umiar lub pozwolą sobie na przesadę - karani są nawet suspensą. Ukazuje to również wyraźnie tchórzostwo, kryjące się za nie korzystaniem z posiadanego autorytetu. Ortodoksów nie trzeba się bać. Nie dysponują mediami, prasą, a z powodu swej uległości wobec kościelnych autorytetów nigdy nie będą tak agresywni, jak tak zwani postępowcy.

[...]

Wszelki autorytet w kwestiach dyscypliny, wszelkie posłuszeństwo wobec biskupów zakłada przecież istnienie czystej nauki Kościoła świętego. Gdy tylko autorytet kościelny ulegnie pluralizmowi w sprawach wiary, utraci prawo do egzekwowania posłuszeństwa wobec swych rozporządzeń dyscyplinarnych.

Dietrich von Hildebrand, Spustoszona Winnica


[link widoczny dla zalogowanych]


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Pon 22:40, 19 Gru 2016, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28889 Przeczytał: 302 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 22:39, 19 Gru 2016 Powrót do góry

HILDEBRAND O REFORMIE LITURGII

REFORMA POSTAW

Na II Soborze Watykańskim mówiło się z nadzieją o wielkiej odnowie religii, o jej pogłębieniu i uwolnieniu od konwencjonalności. Gdyby jednak ktoś spojrzał na dzisiejszy Kościół bez uprzedzeń i porównał go z Kościołem roku 1956, to cóż by zauważył? Zmiany – owszem. Ale czy odnowę i pogłębienie wiary w objawienie Chrystusowe, zapisane w depositum catholicae fidei, bardziej aktywne życie w Chrystusie, żywsze naśladowanie Go? Tego szukałby daremnie…

W wielu miejscach mszę świętą odprawia się przy muzyce jazzowej albo w rytm rockandrolla. Na poprawnie celebrowanych mszach świętych widzimy w wielu kościołach wiernych przyjmujących komunię na stojąco. Dlaczego – pytamy się – zastąpiono klęczenie staniem? Czyż klęczenie nie jest klasycznym wyrazem modlenia się? Jest to nie tylko szlachetny wyraz proszenia, błagania, jest to także typowa forma pełnego czci oddania, podporządkowania, spojrzenia w górę, a przede wszystkim – wyraz modlenia się, pokornej konfrontacji z absolutnym Panem.

Gilbert Chesterton powiada, że człowiek nie rozumie jak wielką jest istotą, jak gdy klęczy. Tak, człowiek nigdy nie jest piękniejszy niż w postawie pokory, gdy klęcząc, zwraca się ku Bogu. Dlaczegóż więc zastępować ją postawą stojącą? Czyżby klęczenie miało być w złym guście, ponieważ budzi skojarzenia z czasami feudalizmu, ponieważ nie pasuje już do demokratycznego, nowoczesnego człowieka? Czyżby odnowa religijna polegała na tym, że poddajemy się wolnej grze skojarzeń (co jest oznaką otumanienia), albo zapadamy na nieszczęsną chorobę socjologitis, która w sposób pozbawiony sensu wywodzi ludzkie prazjawiska z określonej epoki historycznej i określonego rodzaju ducha? I dlaczegóż to wierni nie mogą już klęczeć obok siebie przy przyjmowaniu komunii przed ołtarzem, co przecież jest tak wielkim wyrazem wspólnoty, lecz mają maszerować gęsiego do ołtarza? Czyżby to bardziej odpowiadało charakterowi wieczerzy, jaki ma komunia święta, co tak się dziś często podkreśla, aniżeli wspólne klęczenie wszystkich?

W wielu miejscach udziela się niestety komunii świętej na rękę. W jaki sposób forma ta ma odnowić i pogłębić przyjmowanie komunii? Czy przez to, że przyjmujemy ją do naszych niepoświęconych rąk, zamiast z konsekrowanej dłoni kapłana, wzmaga się głęboka, przepełniająca nas drżeniem cześć z jaką przyjmujemy ten niepojęty dar?

Nietrudno dostrzec, iż niebezpieczeństwo upadku na posadzkę części konsekrowanej hostii jest tu o wiele większe, a groźba zbeszczeszczenia jej, ba, strasznego bluźnierstwa, jest bardzo wielka. A cóż takiego ma się przez to zyskać? Teza, że dotknięcie hostii rękoma czyni ją bardziej realną, jest bodaj największym bezsensem. Albowiem nie realność materialna hostii jest tu ważna, ale świadomość pochodząca z wiary w to, że hostia jest w rzeczywistości ciałem Chrystusa. Pełne uwielbienia przyjęcie ciała Chrystusa na nasz język z uświęconych rąk kapłana o wiele bardziej wzmacnia tę świadomość, aniżeli przyjmowanie komunii naszymi własnymi rękoma. „Visus tactus, gustus in te fallitur sed auditu solo tuto creditur” („Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak. Kto się im poddaje, temu wiary brak. Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę, że w postaci chleba utaiłeś się”), powiada św. Tomasz z Akwinu w swym wspaniałym hymnie „Adoro te”.

Czy nie jest też kardynalnym błędem twierdzenie, że przez naśladowanie zewnętrznych obyczajów pierwszych chrześcijan moglibyśmy odzyskać wiarę, jaką oni posiadali? Obyczaje te były wówczas dobre, ponieważ istniała niewzruszona, heroiczna wiara – posiadający ją wyznawcy Chrystusa ryzykowali swoim życiem. W czasach, gdy przeciwieństwo między tym, co święte a tym, co świeckie, było tak żywe, pewne formy były akceptowalne. Ale przez samo ich przywrócenie nigdy nie uczyni się wiary konwencjonalnego czy modernistycznego katolika doby współczesnej żywszą ani nie pogłębi się jego nabożnej czci. W zamian, jak zauważa wielu ludzi, charakter mszy jako posiłku ulega przez to wzmocnieniu. Czy komunia święta jest momentem, w którym należy odgrywać przedstawienie i naśladować wieczerzę świętą – która różni się przecież od rzeczywistego posiłku – zamiast skupić się na niewysłowionym misterium miłosnego zjednoczenia naszej duszy z Jezusem, a poprzez Niego z wszystkimi wiernymi? Naśladowanie zwyczajnego posiłku jest – jak zauważyć musi każdy rozumny człowiek – bluźnierstwem, które niestety się zdarza, ale dzięki Bogu nie jest oficjalnie dozwolone w wielu krajach. Podawanie komunii na rękę jest wprawdzie dozwolone w wielu krajach, ale w żaden sposób nie zaleca tego Rzym.

ZMIANA ROKU KOŚCIELNEGO

O wiele poważniejszą sprawą jest nieszczęsne okrajanie roku kościelnego i liturgii mszalnej w nowym porządku nabożeństw. Czy fakt, iż podstawowa dla prawdziwego etosu chrześcijańskiego sprawa wspólnoty z chrześcijanami wcześniejszych epok zupełnie przygasła, ma odnowić i ożywić naszą wiarę? Czy wspólnota z żywymi, współczesnymi stanie się silniejsza przez to, że wspólnota ze świętymi wcześniejszych wieków ulegnie osłabieniu? Wręcz przeciwnie. Wspólnota chrześcijańska, która ma charakter nadprzyrodzony, rozciąga się na współczesność i przyszłość. Stanowi to szczególną cechę owej nadprzyrodzonej wspólnoty, w odróżnieniu od wszelkich czysto naturalnych i humanitarnych rodzajów społeczności. Doświadczalna łączność ze świętymi wcześniejszych epok jest przecież specyficznym przejawem prawdziwej wiary, przełomem w kierunku obowiązującej nadprzyrodzonej realności. Znajdowała ona swój chwalebny wyraz w uroczystościach ku czci świętych, podczas których świętego danego dnia wymieniało się nie tylko w modlitwie wstępnej, jak obecnie, ale w każdej części mszy świętej – w tekście Introitu, Graduału i w doborze czytań… Można tu zobaczyć, w jaki sposób liturgia tworzyła w pełni intymne więzi ze świętymi… Ludzie byli świadomi istnienia głębokiej, nadprzyrodzonej wspólnoty: tylko w niej może współistnieć najbardziej osobista intymność ze świętą jawnością. Wszystko to po części zanikło, częściowo zeszło na plan dalszy, ustępując miejsca podkreślaniu mniej lub bardziej przypadkowej wspólnoty parafialnej.

Otóż nowej liturgii nie ułożyli święci, homines religiosi i ludzie o zamyśle artystycznym, lecz tak zwani eksperci, którzy nie uświadamiają sobie własnego braku uzdolnień do tych rzeczy. Dzisiejsze czasy wyrażają się w niesłychanych zdolnościach w zakresie techniki, badań medycznych – nie umieją zaś organicznie kształtować środków wyrazu dla świata religijnego. Żyjemy w odpoetycznionym świecie, a to oznacza, że podwójnie głęboką czcią powinniśmy podchodzić do skarbów przekazanych przez tradycję, a nie łudzić się, że możemy zrobić to lepiej.

Tak zwana odnowa liturgii pozbawiła nas możliwości prawdziwego współprzeżywania roku kościelnego. W liturgii trydenckiej poprzez liturgię przeżywało się aktywnie Adwent, czas Bożego Narodzenia, Objawienie Pańskie, Niedzielę Siedemdziesiątnicy, okres Wielkiego Postu i Wielki Tydzień, Zmartwychwstanie Chrystusa, okres Wielkiej Nocy, Wniebowstąpienie Jezusa, oczekiwanie na przyjście Ducha Świętego i Jego Zesłanie. Jak wyraźnie przemawiało wszystko w strukturze mszy świętej: Introit, Epistoła, Ewangelia dotycząca święta, które się obchodziło! Zawarta w tym była cała głębia świętowania, umacniająca prawdziwą wspólnotę w Chrystusie, wspólną świętą radość: „Gaudeamus omnes in Domino diem festum celebrantes” („Rozradujmy się w Panu, obchodząc dzień świąteczny”). A wraz ze świętowaniem zanikło nasłuchiwanie, przepełniająca duszę święta cisza, która jest warunkiem, by najpierw słowo Boże przeniknęło do niej, byśmy następnie wzięli udział w niepojętym misterium ofiary Chrystusa, a potem przyjęli Jezusa, Pana naszego i nasze szczęście.

UMIEJSZENIE WYMIARU NADPRZYRODZONEGO

Nowa liturgia nie ma dawnego blasku, jest monotonna, nie wciąga nas już do prawdziwego przeżywania roku kościelnego w wyniku katastrofalnej niwelacji hierarchii świąt, oktaw, wielu uroczystości ku czci wielkich świętych i zredukowania nawet tych, które się obchodzi, do samych tylko oracji. Doprawdy, gdyby jednemu z diabłów z „Listów…” C.S. Lewisa zlecono podminowanie liturgii, nie mógłby tego uczynić lepiej. Zamiast głębokiej ekspresji, która obejmuje również nasze ciało – siedzenie podczas czytań i ofiarowania, stanie w czasie hymnu Gloria, Ewangelii i wyznania wiary, a także adorujące klęczenie – praktykuje się ciągłe falowanie, które nie sprzyja skupieniu. Jaka idea przyświecała wydłużeniu liturgii słowa w niedzielę, a w wielu wypadkach także w dni powszednie, i skróceniu właściwego sacrificium? Jaka idea każe czytać i wygłaszać kolejno wszystkie cztery Ewangelie? Czyż funkcja czytań na mszy świętej nie jest zupełnie inna, aniżeli zapoznawanie wiernych ze Starym i Nowym Testamentem? Do czytania Biblii trzeba zachęcać bez końca, zaś wieczory biblijne, w trakcie których ksiądz czytałby z wiernymi teksty ze Starego i cały Nowy Testament, z pewnością sprzyjałyby bliższej znajomości Słowa Bożego. Ale na mszy świętej, gdzie centralnym punktem jest najświętsza ofiara, poprzez którą wielbi się Boga, oraz komunia, głoszenie Ewangelii nie ma przecież funkcji instruktażowej, ale służy duchowemu przygotowaniu do ofiary i komunii. Właściwą postawą, z jaką należy podejść do czytań, nie jest nauczanie, lecz pełne czci poddanie się światłu objawienia, przy czym powinny to być te fragmenty, które pozostają w szczególnym stosunku do obchodzonego święta… Nawet jeżeli jest to częstokroć utrzymane także w nowej liturgii w odniesieniu do wielkich świąt, to jednak w przypadku świąt poszczególnych świętych i w całym roku kościelnym zastępuje się organiczną strukturę mechaniczną zasadą, by czytane były jedna po drugiej kolejno Ewangelie świętego Mateusza, świętego Marka, świętego Łukasza i świętego Jana, tak by w ciągu roku przeczytane były wszystkie Ewangelie.

Uniwersalna łacina, która przez tyle epok była świętym językiem Kościoła rzymskokatolickiego, zastąpiona została językami narodowymi, a teksty przetłumaczono w sposób, który utrudnia wciągnięcie do sakralnego świata nadprzyrodzoności, ba – świat ten zastępuje banalnością. A cóż mamy powiedzieć o zniesieniu chorału gregoriańskiego – pełnego chwały, ponadczasowego głosu Kościoła, który miał niemal charakter sakramentalium? Czy wszystkie te zmiany przyczyniły się do odnowy i ożywienia wiary? Wręcz przeciwnie. Liczba powołań kapłańskich spada, zmniejsza się ilość konwersji. Nowy Ordo Missae zwłaszcza reforma obchodzenia świąt i całego roku liturgicznego jest tak bezbarwna, nieorganiczna i sztuczna, że nie przetrwa zbyt długo. Ustanowiona na Soborze Trydenckim msza święta, która w rzeczywistości czytana była na długo przedtem, a także forma obchodzenia świąt Pana Jezusa, Matki Bożej, uroczystości poszczególnych świętych oraz Commune Sanctorum, potężnie uzewnętrzniają świat sakralny w jego organicznej strukturze i pięknie, zwłaszcza w połączeniu z chorałem gregoriańskim, a przez to przepełnione są wewnętrznym życiem i siłą, z której nie utraciły niczego przez minione wieki. W przypadku nowej liturgii cechy te zanikają. Dlatego mamy nadzieję, iż obecnie wprowadzana liturgia żyć będzie przez krótki tylko czas, co zapowiada już fakt, że nie sprawdza się ona z duszpasterskiego punktu widzenia. Tak więc możemy oczekiwać, iż Kościół w niedługim czasie powróci do pełnej chwały mszy św. Piusa V i wspaniałej organizacji całego roku kościelnego we wszystkich częściach zmiennych mszy świętej.

ZANIK WIARY I EKSPERYMENTOWANIE

W przerażający sposób rozpowszechnił się, także wśród katolików, promiskuityzm. Niektóre uniwersytety katolickie stały się nawet, o czym już wspominałem, miejscami bezwstydnej rozpusty uprawianej publicznie, a wielu pracujących tam profesorów – duchownych i zakonników – nie tylko naucza o sprawach dogmatycznych w sposób, którego nie da się pogodzić z nauczaniem Kościoła, ale i broni promiskuityzmu. Gdzież jest obiecana odnowa?

Zło zakorzenione w całym programie odnowy polega na tym, że przyznano szeroką rolę eksperymentowaniu ab ovo. Dziecinne i prymitywne idealizowanie nauki wywołało u wielu wyobrażenie, jakoby także w sferze działalności duszpasterskiej należało ustalić za pomocą eksperymentów, co silniej oddziałuje, bardziej przyciąga ludzi. O ile jednak w dziedzinie nauk przyrodniczych eksperyment jest niezbędny, o tyle w filozofii nie jest on użyteczny ani możliwy do przeprowadzenia, nie mówiąc już o naszym życiu praktycznym. Nie można eksperymentować na duszach. Nie można zmieniać sposobów głoszenia objawienia Chrystusowego, żeby stwierdzić co najbardziej przyciąga ludzi. Nie można oddzielać duszpasterstwa od istotnej treści i celu objawienia – od duszy człowieka, ani od tego, co powinno być. Nigdy nie wolno go uczynić sprawą czysto psychologiczną. Postawa eksperymentująca, neutralna jest nie do pogodzenia z postawą duszpasterską. Poważne traktowanie nieśmiertelnej duszy jako ostatecznego celu każdego prawdziwego apostolstwa jest przeciwieństwem obojętnej postawy wobec przedmiotu, na którym przeprowadza się eksperymenty. Jednak skłonność do czynienia z eksperymentu idola przeniknęła na łono Kościoła. Dochodzi ona do głosu nawet wśród osób posiadających pewien autorytet, a hasło eksperymentowania jest kluczem do uzyskania zgody na podejmowanie wszelkich możliwych działań. Zarazem przybiera na sile złudzenie, iż dokonuje się odnowy, uwalnia wiarę od wszelkiej konwencjonalności, gdy tymczasem ta postawa ab ovo nie da się pogodzić z postawą prawdziwie religijną i jest o wiele groźniejsza niż godna ubolewania konwencjonalność.

Gdy pomyślimy o autentycznej odnowie oraz prawdziwym rozkwicie wiary i życia katolickiego z początku obecnego wieku we Francji, o czasach ludzi takiego pokroju jak Leon Bloy, Claudel, Peguy, Jammes, Maritain, Psichari i wielu innych, o rozkwicie tego życia także wśród robotników, o okresie, w którym św. Pius X zainicjował prawdziwą odnowę liturgii oraz prowadził chwalebną walkę z modernizmem – to żartem wyda się nam mowa o odnowie, pogłębieniu i ożywieniu wiary i życia chrześcijańskiego przez II Sobór Watykański. Nawet jeżeli wiele przed soborem wymagało reform, to porównanie Kościołą z roku 1956 i 1972 przypomina człowiekowi słowa psalmisty: „Super flumina Babylonis illic sedimus et flevimus cum recordaremur Sion” („Nad rzekami Babilonu – tam myśmy siedzieli i płakali, kiedyśmy wspominali Syjon”).

ZMIANA DLA ZMIANY

Jednym z podstawowych błędów o niezliczonych konsekwencjach jest wyobrażenie, jakoby zmiana, przekształcenie, była oznaką życia… Słusznie mówi się, iż w sferze życia, w odróżnieniu od królestwa czystej materii, dokonują się wzrost, przemiana, rozwój. Ale we wszystkich tych procesach prócz zmian istnieje także tożsamość: pojedyncza roślina, konkretne zwierzę. Bez niej nie byłoby żadnej istoty żywej, ani w ogóle niczego realnego. Gdy zaś idzie o twory duchowe, jak dzieła sztuki, właśnie niezmienność jest ich warunkiem koniecznym. Gdy wystawia się opery w zmienionej formie, co niestety dzieje się niekiedy w naszych czasach, bądź gdy zmienia się oryginalną scenografię, lub też gdy śpiewacy pojawiają się w nowoczesnych strojach, albo gdy wprowadza się samowolnie skróty, dopuszczać się to powinno tylko pod warunkiem, że wzrośnie wartość artystyczna danej sztuki. Jednak na ogół te zmiany wprowadza się dla samego zmieniania, chcąc osiągnąć efekt nowości. Platon powiada: „wszelka zmiana, w czymkolwiek by zachodziła, jest zawsze, wyjąwszy przypadki, gdy mamy do czynienia z czymś złym, rzeczą ogromnie niebezpieczną”. Odnosi się to również do zmieniania ustaw, klasycznych form życia etc.

Zajmujemy się tu jednak infantylnym zadowoleniem jakie wielu ludziom sprawia zmienianie, poczucie, że nie są bierni, bezczynni. Tymczasem właśnie utrzymywanie dobra, opieranie się rytmowi zmian jest o wiele większą zasługą. Wytrwanie w miłości do innego człowieka w stanie wiecznej niedojrzałości, a tym bardziej wzrastanie w miłości do Chrystusa, co przecież także wymaga stałości, jest o wiele większą oznaką siły duchowej i życia, aniżeli dopuszczanie się niewierności. Nie wolno nam też zapominać, iż zmiana zachodząca w procesie wzrostu oraz zmiana, w wyniku której nowe zastępuje stare, albo w trakcie której dokonuje się zniszczenie czegoś – są to dwie całkowicie odmienne rzeczy. Jednak dla naszych rozważań kwestią decydującą jest przede wszystkim to, czy mamy do czynienia ze wzrostem dobra czy też zła.

Możemy się też spotkać ze wzrostem w sensie przechodzenia ze stanu implicite do stanu explicite w sensie szczegółowego, jasnego formułowania pierwotnych, odwiecznych przekonań. Jest to wzrastanie, które stanowi przeciwieństwo zmiany w pełnym znaczeniu tego słowa, ruch radykalnie przeciwstawny niszczeniu i zastępowaniu czegoś czymś innym. W przypadku tego ruchu rzuca się w oczy decydująca o jego specyfice identyczność – brak istotnych zmian, wszelkich przeobrażeń. Jest to cud istnienia Kościoła przez całe dwa tysiące lat… Prawda jest ze swej istoty niezmienna. Ale bardzo zmienny jest człowiek. Stałość w dobru jest wielką wartością. Wzrost w sensie wzrastania naszej miłości do Boga, albo też do przyjaciela czy żony lub męża jest przecież wzmocnieniem i pogłębieniem przy którym wszystko to, co było niegdyś, żyje dalej i nie zanika…

Struktura całego roku kościelnego i msza trydencka były czymś wielkim, cudownym i miały największe znaczenie dla apostolstwa, gdyż mogły nas przenieść z przeciętności dnia codziennego, ba, ze skończoności doczesnej, w świat nadprzyrodzonego misterium, w rzeczywistość Chrystusa. W tym wypadku idea zmiany i reformy nie ma sensu. I to nie tylko dlatego, że żyjemy w czasach, gdy zdolność do nadawania kształtu liturgii jest bardzo rzadka, a ponadto powierza się to – wychodzącym od błędnej diagnozy współczesności bądź też od mitu nowoczesnego człowieka – ekspertom, a nie ludziom pełnym czci dla wielkiej Tradycji. Chcemy tutaj podkreślić wartość stałości, polegającą na tym, byśmy modlili się w taki sam sposób, jak czynili to święci i homines religiosi dawnych czasów. To tutaj realizuje się owa wspólnota wyższego rzędu (o której już mówiliśmy), odnosząca się do przeszłości, a nie tylko do teraźniejszości. Dyletanckie zmiany dla samych zmian są nie tylko postępowaniem infantylnym, ale w swych pedagogicznych skutkach prowadzą do zgubnego zamieszania.

– Dietrich von Hilderbrand, „Spustoszona winnica”, Warszawa 2013, s. 87–102.

[link widoczny dla zalogowanych]
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28889 Przeczytał: 302 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 16:06, 26 Sty 2017 Powrót do góry

Dietrich von Hildebrand
Letarg strażników

Jedną z najbardziej przerażających chorób, które dziś szerzą się w Kościele, jest letarg strażników wiary. Nie mam tu na myśli owych biskupów – członków piątej kolumny, którzy niszczą Kościół od środka lub chcą go przekształcić w coś całkiem innego, co równa się zniszczeniu prawdziwego Kościoła. Mam na myśli o wiele liczniejszych biskupów, którzy nie mają takich intencji, a jednak – gdy idzie o interwencje przeciwko heretyckim teologom i księżom lub przeciwko bluźnierczemu de formowaniu kultur – nie czynią żadnego użytku ze swego autorytetu.

Albo zamykają oczy i próbują ignorować ciężkie niedomagania oraz obowiązek podejmowania interwencji, prowadząc strusią politykę. Albo też boją się, iż zaatakuje ich prasa oraz środki masowego przekazu i okrzyczy mianem ludzi reakcyjnych, małodusznych, średniowiecznych. Boją się bardziej ludzi niż Boga. Do nich odnoszą się słowa św. Jana Bosko: Potęga ludzi złych żywi się tchórzostwem dobrych. Oczywiście, letarg ludzi zajmujących pozycje autorytatywne jest szeroko zakorzenioną chorobą naszych czasów, także poza Kościołem.

Wykrywa się ją wśród rodziców, rektorów uniwersytetów, w college’ach i niezliczonych innych organizacjach, a także wśród sędziów, przywódców państw i innych. Ale fakt, że ta choroba wdarła się także do Kościoła, jest jednym ze strasznych objawów zastąpienia walki przeciwko duchowi świata pod hasłem aggiornamento – uległością wobec ducha czasów. Jeśli weźmie się pod uwagę letarg tak licznych biskupów i przełożonych zakonnych, którzy sami są jeszcze ortodoksyjni, ale nie mają odwagi interweniować przeciwko występującym w ich diecezjach i zakonach najjaskrawszym herezjom i wszelkiego rodzaju nadużyciom, nasuwa się myśl o najmicie, który pozostawia swą trzodę wilkom. Szczególnie oburzające jest, że niektórzy biskupi okazujący obojętność wobec heretyków, zajmują rygorystycznie autorytatywną postawę wobec wiernych, walczących o ortodoksję – czyniących to, co oni sami czynić powinni.

Miałem okazję przeczytać list, pochodzący z bardzo wysokiego szczebla, skierowany do pewnej grupy, która bohatersko opowiada się za prawdziwą wiarą, za czystą, niezafałszowaną nauką Kościoła i za papiestwem, a przeciwko heretykom. Grupa ta przezwyciężyła więc tchórzostwo ludzi dobrych, o którym mówił św. Jan Bosko i powinna być dla biskupów największą radością. Było tam napisane: jako dobrzy katolicy nie macie żadnego innego zadania, jak posłuszne przestrzeganie wszelkich zarządzeń swego biskupa.

Takie pojmowanie roli dobrego katolika szczególnie zaskakuje w czasie, gdy ciągle podkreśla się dojrzałość współczesnego świeckiego. Jednak również ono jest całkiem błędne, gdyż to, co właściwe w czasach gdy w Kościele nie ma herezji, a co nie spotyka się z natychmiastowym potępieniem Rzymu, nie odnosi się do dane go przypadku i byłoby nieodpowiedzialne w czasach, w których herezje bezkarnie szerzą się w Kościele. A są nimi dotknięci także biskupi i nie są za to odwoływani. Czyż w czasach arianizmu, kiedy to większość biskupów była arianami, wierni, zamiast walczyć przeciwko herezji, powinni byli ograniczać się do grzecznego i posłusznego wypełniania zarządzeń biskupów? Czyż wierność prawdziwej nauce Kościoła nie jest rzeczą nadrzędną wobec posłuszeństwa biskupowi? Czyż nie jest właśnie rzeczą słuszną na gruncie posłuszeństwa wobec treści wiary przyjętych od urzędu nauczycielskiego Kościoła, gdy prawdziwi wierni zaczynają się bronić? Czy oczekuje się od wiernego, by nie zwracał uwagi, gdy w kazaniach głoszone będą rzeczy zupełnie nie do pogodzenia z nauczaniem Kościoła – podczas gdy pozwala się na działalność nauczycielską teologów, twierdzących, że Kościół musi zaakceptować pluralizm, albo że nie ma życia po śmierci; gdy zaprzecza się, iż promiskuityzm jest grzechem, ba, toleruje się nawet jawną niemoralność, co ujawnia żałosną miarę niezrozumienia dla pierwotnie chrześcijańskiej cnoty czystości?

Toleruje się gadanie heretyków – kapłanów i świeckich, w milczeniu ulega się zatruwaniu wiernych, ale ludziom niezłomnym, opowiadającym się za ortodoksją (a powinna ona radować serca biskupów, być ich pociechą, umocnieniem dla prze zwyciężenia ich własnego letargu), chce się zamknąć usta, traktuje się ich jak siewców niepokoju, a gdy w swej gorliwości stracą umiar lub pozwolą sobie na przesadę – karani są nawet suspensą. Ukazuje to również wyraźnie tchórzostwo, kryjące się za nie korzystaniem z posiadanego autorytetu. Ortodoksów nie trzeba się bać. Nie dysponują mediami, prasą, nie są przedstawicielami opinii publicznej. A z powodu swej uległości wobec kościelnych autorytetów bojownicy o ortodoksję nigdy nie będą aż tak agresywni, jak tak zwani postępowcy. Gdy się ich gani i każe, nie ryzykuje się tego, iż zostanie się zaatakowanym przez liberalną prasę i że będzie się okrzyczanym mianem reakcjonisty.

Niekorzystanie z ustanowionego przez Boga autorytetu jest praktycznie bodaj najpoważniejszym w skutkach błędem współczesnego Kościoła. Albowiem przez to choroby, otwarte herezje, a przede wszystkim podstępne pustoszenie winnicy Pana nie tylko nie zostaną powstrzymane, lecz pozwala się im przenikać zewsząd. Owo niekorzystanie ze świętego autorytetu dla obrony wiary prowadzi z konieczności do dezintegracji Kościoła.
Tutaj, jak w przypadku wszelkich niebezpieczeństw, ważne jest powiedzenie: principiis obsta (zasady stoją na przeszkodzie). Im dłużej daje się jakiemuś złu czas, by się rozwinęło, tym trud niej będzie je wykorzenić. Dotyczy to wychowania dzieci, życia państwowego i, w sposób szczególny, życia moralnego jednostki. Ale dotyczy to w całkiem nowy sposób interwencji autorytetu Kościoła wobec wiernych. Jak powiedział Platon: Zrozum, ganienie rzeczy niedających się naprawić i w których zabrnęło się daleko w błędy, nie jest przyjemne, jakkolwiek niekiedy konieczne.

Nie ma nic bardziej błędnego od wyobrażenia, iż należy pozwolić się wyszumieć i cierpliwie odczekać, aż wszystko samo się uspokoi. Może to być słuszne w odniesieniu do dzieci w okresie dojrzewania. Ale gdy idzie o bonum commune (dobro wspólne), jest rzeczą całkiem fałszywą. A tym bardziej, gdy idzie o bonum commune Kościoła świętego – o potępienie herezji, które w przeciwnym razie zatrują niezliczone dusze, o bluźnierstwa w kulcie. Tutaj przypowieść o zbożu i plewach nie ma zastosowania.

Dietrich von Hildebrand

Powyższy tekst stanowi początkowy rozdział książki „Spustoszona Winnica” pod tytułem j.w.
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 28889 Przeczytał: 302 tematy

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 16:22, 26 Sty 2017 Powrót do góry

Dietrich von Hildebrand, wielki teolog i pisarz katolicki, zmarł
dokładnie czterdzieści lat temu - 26 stycznia 1977. Warto i trzeba co nie co przypomnieć.

"Jedną z najbardziej przerażających chorób, które dziś szerzą się w Kościele, jest letarg strażników wiary. Zamykają oczy i próbują ignorować ciężkie niedomagania, oraz obowiązek podejmowania interwencji, prowadzą strusią politykę. Boją się bardziej ludzi niż Boga."

https://www.youtube.com/watch?v=leY-bNfYJkw
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)