Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 Bóg jest sędzią, ale nie katem Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 30340 Przeczytał: 358 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 12:07, 24 Mar 2011 Powrót do góry

W 2004 roku po prezentacji filmu "Pasja" można było przeczytać wiele różnych wypowiedzi, komentarzy, pytań, wywiadów. Poniżej zamieszczam wywiad z 2004 z ks. prof. Andrzejem Zwolińskim, teologiem, wykładowcą Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie rozmawiają Tomasz Balon-Mroczka i Jarosław Szarek.

Dlaczego Pan jezus musiał umrzeć? Czy historia zbawienia mogła odbyć się bez krwawej kaźni? Skoro Bóg odkupił nasze winy, to dlaczego jeszcze my cierpimy? Dlaczego Bóg pozwala na cierpienie dzieci? Jaki to wszystko ma sens?

Jezus nie musiał aż tak cierpieć. odkupiłby nas również, gdyby w intencji naszych win ofiarował pół dniówki swojej pracy jako cieśla ....


Bóg jest sędzią, ale nie katem

Dlaczego właściwie Jezus musiał cierpieć i umrzeć?

Cierpienie Jezusa jest tajemnicą niezrozumiałą z perspektywy człowieka. Za tą tajemnicą nie kryje się jednak tylko milczenie, ale także próba odczytania przez teologów myśli i zamierzeń Boga zawartych w historii zbawienia. Chrystus cierpiał, gdyż to była kara, która zawsze związana jest z cierpieniem. Grzech pierworodny i inne odstępstwa od prawa Bożego wymagały bowiem odpokutowania. Trzeba było odkupić, zapłacić za coś, co było zniszczone przez grzech. Jezus ponosił karę oczywiście nie za swoje grzechy, lecz ludzkie. Była to wina człowieka, ktorą On wziął na siebie.

Dlaczego musiał to zrobić Chrystus, a nie ludzie?

Wielkość zniewagi, którą się wyrządza komuś, zależy od tego, kogo się obraża. Jeżeli obywatel obrazi króla, władcę, to obraza jest większa niż jeśli pokłóci się z sąsiadem. Godność i zajmowane stanowisko obrażonego powiększają jakby winę obrażającego. W przypadku grzechu pierworodnego przestępstwo dotykało samego Boga, czyli było ogromne, nie do odpokutowania przez człowieka. Jeżeli dziecko obrazi
w szkole nauczyciela, to w imieniu ucznia przychodzi z przeprosinami matka lub ojciec. Przeprosiny od dziecka w szkole mówią o jego postawie, zrozumieniu błędu, gotowości poprawy, ale są za male. W takiej sytuacji wzywani są rodzice i to oni przepraszają w imieniu dziecka. Te same relacje możemy przenieść na stosunki człowieka z Bogiem. Człowiek obraził kogoś, kogo godność jest nie do ogarnięcia rozumem. Zatem przeprosiny człowieka nie były możliwe i dlatego podjął się ich Syn Boży.
Jezus nie musiał aż tak cierpieć. Swą śmiercią na krzyżu dał wyraz, jak bardzo Mu zależy na pogodzeniu się człowieka z Bogiem. Odkupiłby nas również, gdyby w intencji naszych win ofiarowal pół dniówki swojej pracy jako cieśla, lecz On chcial pokazać maksymalną miłość, jak bardzo Mu zależy na pojednaniu człowieka z Bogiem. Dlatego wybral tak drastyczną formę zapłaty, zgodził się na nią. Przeprosił taką radykalną miarą, dając wyraz swej miłości i świadomości, że bardzo chce tej zgody.

Dlaczego jeszcze cierpi człowiek?

Cierpienie człowieka włącza się także w sens Jezusowego cierpienia. Oczywiście nie każde. Dziecko, za którego rodzice przeprosili nauczyciela, czuje się też winne i powinno przeprosić na swój sposób. W przypadku relacji pomiędzy człowiekiem a Bogiem mamy do czynienia z sytuacją, w której człowiek chce się włączyć w to cierpienie Chrystusowe. Możemy swój ból uczynic formą świadomej zapłaty za swoje lub innych ludzi grzechy. Na przykład stygmatycy często nie cierpią za swoje grzechy, a w intencji innych, którzy już żyli bądź dopiero się narodzą. To jest nadawanie cierpieniu sensu zbawczego.

Zwykle trudno przyjąć cierpienie, a co dopiero dopatrzyć się w nim sensu zbawczego. Czy mógłby Ksiądz podać przykład sensownego cierpienia?

Cierpienie może być, na przykład, formą próby dopuszczonej przez Boga na człowieka. Tak jest w przypadku Hioba, gdy próbowana jest jego wiara: "Czy Mnie miłujesz?". Bardzo łatwo odmawiając modlitwę Ojcze nasz wypowiadamy słowa: "bądź wola Twoja". Jako dzieci czy ludzie młodzi nawet się nad nimi nie zastanawiamy. Niekiedy zamieniają się one w bardzo trudną modlitwę, gdy człowiek naznaczony jest konkretnym nieszczęściem i musi powiedzieć Panu Bogu: "Bądź wola Twoja". Wtedy próbuje się jego wiara. Cierpienie może mieć jeszcze inny sens, jako skutek niewyjaśnionego spadku, dziedzictwa w rodzinie, jak również poza nią.

Czyli Bóg zsyła cierpienie?

Nie zsyła, ale dopuszcza. Bóg jest sędzią, lecz nie katem. On mówi: "Jesteś winny". Kara zaś "wykonywana jest" różnymi drogami, na przykład siłami natury, które zakodowane zostały już wcześniej. Nie czynimy z Boga pastwiącego się kata. Nim stają się siły przyrody, choroba, kondycja psychiczna, duchowa czy biologiczna człowieka. Jednakże ostatecznie nigdy nie wyjaśnimy do końca, dlaczego cierpi ten, a nie ktoś inny.

Pan Bóg jest przecież wszechmocny. Dlaczego nie uwolni nas przynajmniej od cierpienia niesprawiedliwego? Dlaczego ktoś cierpi nieświadomie za czyjeś grzechy? Dlaczego dotyka ono dzieci? To niesprawiedliwe.

Kiedyś przyszedł do mnie były więzień obozu w Auschwitz. Trafił do obozu, gdzie spotkał przyjaciela. Obaj podtrzymywali się na duchu, pomagali sobie w cierpieniu obozowym. Po jakimś czasie usłyszał od przyjaciela wieczorem: "On chyba o nas zapomnial", a na drugi dzień ów przyjaciel rzucił się na druty. Ten mężczyzna powiedział mi: "Proszę Księdza, ile razy chciałem klęknąć do spowiedzi, myślalem sobie, dlaczego ja się mam tlumaczyć ze swoich małych grzechów? Niech mi On wytłumaczy dlaczego do tego dopuścił, że młody chłopak wolał rzucić się na druty niż żyć. Dlaczego mój przyjaciel musiał powiedzieć: "On chyba o nas zapomniał". Mężczyzna ten przeżył wojnę, zamieszkał w Wielkiej Brytanii, chodził do kościoła, lecz nigdy do spowiedzi. Wreszcie po 50 latach przyszedł do mnie ze słowami: "Proszę Księdza, już teraz wiem. Kimże ja jestem; żeby się Bóg przede mną tłumaczył? Wszystko od Niego otrzymałem, moje istnienie, trwanie. Wszystko mam od Boga. Jak ja mogę przeniknąć Jego plany i zamiary. Może mi kiedyś pozwoli to zrozumieć". Taką postawę uważam za niezwykle dojrzałą.

Pytanie dlaczego i oskarżanie Boga jest zawsze formułowane w płaszczyźnie jednego życia. Rzadko myślimy kategoriami wychodzącymi poza to jedno życie. Nie widzieliśmy swoich pradziadków, nie będziemy widzieć prawnuków, więc jesteśmy tylko wycinkiem dłuższego ciągu czasu. Szersza perspektywa, ponad jedno życie, ucieka nam, a jedynie taka świadomość nakazuje nam zawiesić tego typu oskarżenia. "Kimże ja jestem?", "Wszystko mam od Niego!", "Gdzie byłem sto lat temu, gdzie będę za sto kolejnych?". Przy pytaniu o sens cierpienia musimy dotknąć podstawowych kwestii egzystencjalnych. Nie otrzymamy jednak odpowiedzi o jego sens, gdyż mamy tylko jako dane: skrwawione drzewo krzyza i mękę Chrystusa, która ma sens zbawczy. Gdyby to nie było przygotowane wcześniej, to kolejne ukrzyżowanie w Imperium Rzymskim pozostałoby niezauważone, podobnie jak tysiące innych. Ale przygotowanie nas, ludzi, że Bóg ześle Syna swego, który odkupi za nas nasze winy, pozwala z wiarą podejść do tego drastycznego obrazu - On na krzyżu, sam ten krzyż wybrał, mógł z niego zejść, lecz chciał go wybrać. Tak nas umiłowal, że aż tyle zniósł cierpienia za nas. Cierpienie może więc mieć sens, nie jest to jednak odpowiedź, która poza wiarą trafi do człowieka. Stajemy bezradni wobec tajemnicy cierpienia umierającej matki rodzącej dziecko. Potrzebuje jej, a ona umiera. Dlaczego tak się dzieje, skoro taką miłością obdarzyła to dziecko i jest mu potrzebna chociaż na parę lat? Konkretne cierpienie człowieka jest przez nas nie do przeniknięcia. Probujemy zatern formułować nie odpowiedzi, a tylko kierunki myślenia.

Dlaczego w takim wypadku Bóg nie pozwoli nam przynajmniej tego zrozumieć?

Gdybyśmy zrozumieli i zobaczyli, jaką wartość niesie to cierpienie, to bylibyśmy zmuszeni do pójścia za Nim. Człowiek ma zakodowany mechanizm: musi wybrać dobro, które jest większe. Wybiera zawsze to, co wydaje się mu cenniejsze. Gdyby Bóg nam okazał, jak wielką wartość zawarł w swym cierpieniu, to bylibyśmy zmuszeni je wybrać. Nie mielibyśmy wyboru. Zlikwidowana zostałaby nasza wolność wyboru. Ta miłość okazana do końca, pokazana racjonalnie przekroczyłaby nasz rozum - już teraz i tak przekrazza.

I to byłoby coś złego?

Tak, bo bylibyśmy zniewoleni. Nie moglibyśmy Boga wybrać.

Ale bylibyśmy szczęśliwi.

Jak szczęśliwi? Bez wolnej woli? Tak jak w totalitarnym systemie, gdzie wódz wie, że jest szczęściem dla ludu?

A może wolna wola wcale nie jest błogosławieństwem dla nas?

Wolna wola według wielu filozofow była przekleństwem, a tymczasem właśnie ona świadczy o wartości osoby ludzkiej. Bóg traktuje nas jak partnerów. Oczywiście, my najczęściej nie dorastamy do tej roli, ciągle nam czegos brakuje, chociaż tak bardzo nas wywyższył, pozwalająć do siebie mówić: "Ojeze".

Lecz Pan Bóg wiedział, co z posiadania wolnej woli przez człowieka wyniknie; zło, wojny, morderstwa, zawiść...

Ale nie musi z tego wyniknąć. To wynika z samej woli, lecz ze złej woli. Jaki byłby sens miłości Boga, gdyby On nas nią zniewolił, związał ręce, zamknął oczy i uszy i powiedział: "Mam was, jesteście ze Mną!"?

Nie wiemy tego przecież.

Ale gdyby tak bylo, to odebrałby nam istotę osoby ludzkiej. Byłoby to bez sensu. Małżonkowie przechodząc przez kłótnie mowią, że to było błogoslawione. Otworzyło im oczy, poznali się lepiej i związali ze sobą. To, co widzimy jako zło, jako element niesprawiedliwości Boga, które On dopuszcza, to mogą być i często są elementy dojrzewania miłości, o wiele ważniejsze niż te elementy, które w naszych kategoriach dostrzegamy jako potężne zło ścielące się się po świecie. Lecz czy my mamy możliwość obliczenia tego, jakie są na świecie proporcje zła i dobra? Zło jest krzykliwe, śmierdzące, bardzo łatwe do zauważenia. Wydaje się nam, że jest wszędzie obecne. Natomiast dobro jest ciche, ma zupełnie inny mechanizm rozwoju, inne przymioty. Często wydaje się, że jest niewielkie. Czy całe zło Oświęcimia może być przeważone przez miłość Maksymiliana Kolbego, Edyty Stein czy innych, którzy byli w obozie? Dobro jednostki wobec milionów ofiar? Co jest cenniejsze; wagon błota czy okruch złota? Zło jednak przechodzi przez wolną wolę człowieka.


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Czw 10:54, 02 Mar 2017, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Teresa
Administrator


Dołączył: 07 Cze 2007
Posty: 30340 Przeczytał: 358 tematów

Skąd: z tej łez doliny
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 12:09, 24 Mar 2011 Powrót do góry

Naturalnie człowiek chce uniknąć cierpienia. Ale skoro ono ma taką wartość, to czy to oznacza, że wierzący powinien chcieć cierpieć, powinien szukać cierpienia?

W postawie heroicznej, na przykład u stygmatyków, którzy rozumieli sens cierpienia, pojawia się modlitwa o cierpienie. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus modliła się, by mogla cierpieć za misjonarzy, żeby wysłużyć potrzebne łaski i dary. To jest heroiczna postawa, ale nikt jej od nas nie wymaga. Nie musimy szukać dodatkowego cierpienia. Zresztą ono jest nieodłącznym elementem każdego życia. Czyż bycie odpowiedzialną matką i ojcem nie jest cierpieniem, rownież w sensie psychicznym, na przyklad obaw rodziców o rozwój dziecka, czy dobrze go wychowujq, co z niego wyrośnie, czy nie zagubi darów otrzymywanych w domu? Nie ma istnienia ludzkiego bez cierpienia. Najczęściej rozumiemy go w wymiarze fizycznym - choroby, bólu. Cierpienie ma jednak wiele twarzy, na przykład cierpienie społeczne, gdy ludzie krępują się, wstydzą, że są biedni, bezrobotni, czują się niepotrzebni. Oczywiście jest to nieprawda, lecz system ekonomiczny im to podpowiada. Może być też cierpienie człowieka poszukujqcego prawdy. Cierpienie fizyczne jest najbardziej wymierne, choć sami lekarze stwierdzają, że czasem jest czymś dobrym. Pytają oni sparaliżowanego, czy boli go noga. Jeśli tak, to jest dobrze. Ból może także sygnalizować chorobę.

Mówi się, że Bóg nie dopuszcza więcej cierpień niż człowiek może udźwignąć ...

Na tym polega sprawiedliwość i miłość Boga. Miara cierpienia jest dziwnie dobrana. W Jerozolimie, przy trzeciej stacji Drogi krzyżowej w kaplicy zbudowanej przez żołnierzy polskich wędrujących do Ojczyzny z gen. Andersem, jest obraz przedstawiający Chrystusa niosącego krzyż. Za Nim idzie mnóstwo Polakow, a poznać ich po żołnierskich mundurach, strojach łowickieh, krakowskich, góralskich. Wszyscy niosą krzyże i każdy ma swój; dzieci, rodzice, kobiety, każdy innego rodzaju, ale swój. Jezus nawet zaprasza: "Kto chce pójść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje". Wzywa On do podjęcia swojego krzyża. Są różne rodzaje krzyża, które niesie człowiek. Towarzyszą mu od samego poczqtku. Rodzimy się z płaczem, jakby z protestem. Dostajemy klapsa od położnej na powitanie. To taki znak narodzin - krzyk placzącego dziecka - zaproszenie do niesienia ciężaru życia.

Zatem jaką postawę powinien przyjąć człowiek wierzący wobec cierpienia?

Modlić się tak, jak Jezus w Ogrójcu: "Oddal ode Mnie, Panie, ten kielich". Nie chodzi o odepchnięcie cierpienia, lecz prośbę, gdyż boimy się tego doświadczenia, wydaje nam się, że nie wytrzymamy, obawiamy się o swoją kondycję. Boimy się, ale mówimy: "Niech się dzieje wola Boża". My uczymy się tego od zawsze, od kiedy odmawiamy Ojcze nasz i wypowiadamy słowa, o których już wspomnialem: "bądź wola Twoja" i nieustannie powtarzamy modlitwę z Ogrójca. To jest postawa chrześcijańska. Pamiętać także należy jedno: że łatwo się to wypowiada w słoneczny dzień, a jakże trudno, kiedy jest pochmurno i ciemno.

Czy Pan Jezus mówiąc: "Odal ode Mnie, Panie, ten kielich", dopuszczał możliwość, że historia zbawienia mogłaby się potoczyć inaczej?

Oczywiście, że mogłaby się potoczyć inaczej. On był świadomy, z jaką miarą świadectwa przyszedł na ten świat. Wielokrotnie w czasie swego nauczania powoływał się na wolę Ojca. Był świadomy misji, którą przyjął. Tuż przed spełnieniem się tej misji przeszedł normalną ludzką reakcję - był Bogiem i człowiekiem - doświadczył ciemności, która dotyka człowieka cierpiącego, owego dna cierpienia, doznał go. Doświadczał ogromnego bólu, bardziej natury wewnętrznej. Wtedy padła ta bardzo ludzka modlitwa: "bądź wola Twoja". Mamy prawo prosić Boga:" Panie, daj zdrowie, uchroń przed cierpieniem, daj spokojne życie", a z drugiej strony musimy być świadomi, że nie jesteśmy niewysłuchani, jeżeli Bóg inaczej prowadzi, gdyż wcześniej mówiliśmy: "bądź wola Twoja". Nie, nic nie chcemy Mu dyktować i nie dyktujemy.

Ale z drugiej strony jest napisane: "Proście, a będzie wam dane, kołaczcie, a otworzą wam ..."

Oczywiście, lecz cały czas musimy pamiętać, że ból może być błogosławiony. Przecież gdy idziemy do dentysty, nikt nas tam nie prowadzi. Boimy się, a idziemy, wiedząc że będzie bolało. Sami doświadczamy bólu, ale wiemy, że jest konieczny. Mamy prawo się modlić, aby był jak najmniejszy. Cierpienie nie jest czymś, co jest pragnieniem człowieka, bo uciekamy przed nim, lecz nie w sposób paniczny i absolutny, dlatego że jesteśmy świadomi, iż ono ma swój sens. Nie jest to postawa pomieszania, ale postawa wynikająca z myślenia o człowieku w jego całkowitej kondycji psychicznej , duchowej, fizycznej oraz odpowiedniej, długiej perspektywie, jaką jest historia zbawienia. Czasami tylko chciałoby się zapytać, jak ów Żyd ze Skrzypka na dachu, gdy dowiedział się, że czeka ich kolejny pogrom ze strony Rosjan: "Panie Boże, ja wiem, że jesteśmy narodem wybranym, ale może byś tak na chwilę wybrał sobie inny naród". Świadomość wartości Jezusowego cierpienia każe nam je świadomie przyjąć, niekoniecznie szukać, ale przyjąć.

Co oznaczają słowa: "Boże mój, czemuś Mnie opuścił" wypowiedziane na krzyżu?

To są słowa psalmu, który każdy pobożny Żyd odmawiał w momencie śmierci. Żydzi mieli różne psalmy na różne okoliczności, podobnie jak my mamy modlitwy na różne okazje. Gdy człowiek czuł nadchodzącą śmierć, odmawiał psalm Boże mój, czemuś mnie opuścił. Słysząc te słowa w czasie męki Pańskiej, gdy w Wielki Piątek stajemy pod krzyżem, przeszywają one nas na wskroś. Wyrażają one ogromne osamotnienie umierającego, prawdę o tym, że umieramy pojedynczo, tak pojedynczo, że nawet trudno odczuć obecność Boga. Jesteśmy sami. Żyjąc w małżeństwie przez 60 lat, małżonkowie będą umierać samotnie. Samotność w umieraniu jest niesamowita. W życiu bowiem żyjemy w różnych wspólnotach: rodzinie, gronie przyjaciół, znajomych. Ale w tę ostatnią podróż wyruszymy sami. Nawet Bóg, do którego podążamy, wydaje się wtedy milczący.

Co wiemy o nagrodzie wiecznej za nasze dobre ziemskie życie?

Powracamy do harmonii w życiu z Bogiem, do tej wartości, która została zaatakowana przez grzech pierworodny. Swoim życiem chrześcijanie próbują naprawić ów nieład. Idziemy do nieba, wracamy do raju. To powrót do porzqdku, do przyjaźni z Bogiem. To, co nas czeka, jest skąpo opisywane dlatego, że kategorie, którymi się posługujemy na ziemi, są nieprzystające do tego, co nas czeka. Brakuje nam słów, by opisać smak chleba czy miłość. Posługujemy się wtedy poezją, różnymi porównaniami. A jak opisać świat, którego nie znamy, w którym nie ma czasu, inna jest przestrzeń, komunikacja? Wiemy jedno, że zmierzamy do jednoki z Bogiem. Mówią o tym przypowieści Jezusa o uczcie, o radości na spotkanie z Ojcem, który czeka w progach domu. Wtedy człowiek zrozumie, że to wszystko miało sens. Szczęście to jest tak proste i niezwykle przystpne, jasne, że nas to zaskoczy. Nie bawimy się w owo uszczegółowienie. Wizje, które mają mistycy, niewiele nam dają, gdyż są pisane poprzez odczucia świata ziemskiego, naszego. Najważniejszą prawdą, która powinna nas napawać radością, jest to, że będziemy trwali. Jest takie logiczne rozumowanie pokazujące rozwój fizyczny człowieka, który wzrasta do czterdziestego roku życia. Później rozpoczyna się starość. Stary człowiek to taki, który przekroczył 40 lat. Więcej doskonałości biologicznej w nas już nie będzie. Nie przybędzie więcej komórek nerwowych, będzie spadać sprawność fizyczna. W momencie naturalnej śmierci, około osiemdziesiątego roku życia, ciało się kończy, jest niedołężne. A rozwój duchowy? On w dniu śmierci, przy sprawności intelektualnej osiąga maksimum swoich możliwości. Zatem w chwili, gdy człowiek jest duchowo najbardziej doskonały, kończy się biologicznie. Zatem albo jesteśmy najbardziej absurdalnym stworzeniem na ziemi, albo też to, co jest w człowieku, co tworzy jego "ja", rozwija się dalej. Podobnie jest z rozwojem człowieka w łonie matki, gdzie wiele rzeczy rozwija się jakby pozornie niepotrzebnie. Po co tam oczy, słuch, nóżki, ręce. Zatem podobnie: po co nam cały rozwój duchowy - aby się zawalił w momencie śmierci, czy też jak w przypadku rozwoju dziecka ma to sens? Chrześcijaństwo w swym objawieniu mówi nam, że to ma sens, ponieważ dalej będzie rozwijane poprzez spotkanie Boga twarzą w twarz. "Teraz widzicie mnie jak w zwierciadle, a później zobaczycie twarzą w twarz" - jak mówi św. Paweł. "Trwają tak samo wiara, nadzieja i miłość, a największa z nich jest miłość". Wiara przestanie być potrzebna, bo będziemy widzieć, nadzieja się spełni, zostanie tylko miłość, będzie się dalej rozwijała. Oczywiście wierzymy w to. Dowodów nie ma.

To dlaczego Pan Bóg nie pokaże tego choćby przez chwilę?

Z tego samego powodu, o którym już wcześniej mówiliśmy. Nie byłoby elementu, który jest nieodzowny do rozwoju miłości, a mianowicie wolnej woli. Gdybyśmy Boga zobaczyli, stalibyśmy się Jego niewolnikami. Mógł nas mieć w ten sposób jako wierne, bezmyślne monstrum, ale czy to miałoby sens?

Mając wolną wolę, moglibyśmy Go odrzucić?

Widzenie bezpośrednie odebrałoby nam wolną wolę. Tę prawdę i obawy o wolność wobec wielkich znaków widzialnych mamy na przykład w bajkach. Król boi się powiedzieć o swej miłości pasterce, gdyż przyćmiłby ją posiadanym złotem. Dlatego przebiera się za pasterza i w tej roli zdobywa jej serce. Zdobywa ją dobrocią i później już nie boi się pokazać jej swego bogactwa. Wie, że to jest miłość prawdziwa. lnaczej obawiałby się, że nie jest to miłość prawdziwa, lecz pójście za bogactwem, które przyniósł z sobą jako król. Ta bajka wyraża podobną obawę Boga, że może odebrać wolną wolę człowiekowi, który nigdy wcześniej tyle dobra nie widział. To jest bajka nieporównywalna ze skalą spotkania człowieka z Bogiem. Pan Bóg pokaże nam taką ucztę, takie skarby, że na pewno tego nie odrzucimy.

Ale czemu wcześniej nie pokazał choć troszeczkę? Byłoby nam łatwiej.

To jest moment wybierania Boga. Widzimy Jego owoce, efekty, nasze trwanie. Bóg mówi: "Wybieraj", i my musimy się zdecydować. Nie rzuca nam złotem w oczy, lecz swoją miłością.


Ostatnio zmieniony przez Teresa dnia Czw 10:59, 02 Mar 2017, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)